Nie ma zgody!

"Zemsta" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr Polski w Warszawie

"Zemsta" w Teatrze Polskim zachowuje swój klasyczny kształt, ale przemawia językiem teatralnym, który trafia do wrażliwości współczesnego widza.
W ciągu miesiąca w Warszawie odbyły się dwie premiery "Zemsty" Aleksandra Fredry: w Och-Teatrze [na zdjęciu] i w Teatrze Polskim. Dla widzów to niepowszednia okazja do porównań - inscenizacje są z gruntu odmienne. Wszelako jedno je łączy. Końcowa scena pojednania między Cześnikiem a Rejentem okazuje się fiaskiem. Nie ma zgody i nie będzie. Znak czasów?

Mimo pesymistycznego finału, w którym ręka Cześnika (Daniel Olbrychski) zawisa w powietrzu, sobotnia premiera wyreżyserowana przez Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze Polskim nagrodzona została entuzjastyczną owacją na stojąco. Z pewnością zasłużenie. Spektakl iskrzy dowcipem, zachwyca brawurową grą aktorów, utrzymuje znakomite tempo, dzięki któremu uwaga widowni nie słabnie ani na chwilę.

Już pierwsza scena porywa dynamiką. Rozwija się w takt muzyki Piotra Rubika. "Piękne dobra w każdym względzie...". Z wielkiej beczki, służącej za kąpielową balię, wychyla się nagi tors Olbrychskiego, ozdobiony wizerunkiem ryb - żartobliwym nawiązaniem do roli Azji Tuhajbejowicza.

I rzeczywiście, ten Gześnik ma w sobie zawadiacki rys sienkiewiczowskich bohaterów, choć to raczej postarzały Kmicic niż Azja. Także ucharakteryzowany na starca Rejent Andrzeja Seweryna wydaje się w istocie krewki, dzięki czemu powstaje komiczny dysonans między jego powierzchownością a zachowaniem. Malowniczą galerię postaci uzupełnia żywiołowa Klara (Lidia Sadowa) oraz zaciągająca z wileńska Podstolina (Joanna Trzepiecińska).

Na pierwszy plan zdecydowanie jednak wysuwa się rewelacyjny Papkin Jarosława Gajewskiego. To on jest głównym bohaterem przedstawienia. Pełen temperamentu spryciarz, choć zarazem dureń, portretowany wyraziście, ale i precyzyjnie, bez farsowej jednoznaczności, starannie obmyślony w detalach zachowań. Nieodparcie śmieszny w scenie oświadczyn oraz po powrocie od Rejenta, gdy po pijanemu balansuje szablą wysuwającą się z pochwy. Niezwykle ruchliwy, tryska energią, która właściwie organizuje cały spektakl. Trzeba przyznać, że dzieje się tak również dzięki przyzwoleniu partnerów, co jak najlepiej świadczy o zespołowych umiejętnościach aktorów Teatru Polskiego.

Wszyscy oni są w wysmakowanych kostiumach z epoki, stylowi, a jednak witalni i spontaniczni. Pozostają w bardzo bezpośrednim kontakcie z widownią, który uzyskują poprzez traktowanie granych postaci z lekkim przymrużeniem oka, bez rodzajowości, z czytelnym cudzysłowem wskazującym, że wyobrażają nie tyle autentycznych ludzi, ile raczej ikony naszej kultury. Dzięki temu komedia Fredry zachowuje swój klasyczny kształt, ale przemawia językiem teatralnym, który trafia do wrażliwości współczesnego widza.

Zupełnie inną drogą próbuje do niej dotrzeć Waldemar Śmigasiewicz w Och-Teatrze. W kostiumach i rekwizytach wiele jest akcentów współczesnych. Klara (Zofia Zborowska) występuje w czarnych spodniach i białej koszuli, a zachowuje się jak wyzwolona, pozbawiona zahamowań kobieta. Wiktor Zborowski w roli Rejenta (obchodzi swój jubileusz 40-lecia pracy artystycznej) paraduje w sandałach typu Reebok. Cezary Żak jako Cześnik nosi długą szatę, która jednak bardziej kojarzy się ze szlafrokiem niż z kontuszem. Dyndalski (Wojciech Pokora) słucha z radia "Pana Tadeusza" czytanego przez Gustawa Holoubka.

Znani z telewizji artyści grają "Zemstę", posiłkując się obficie stylistyką seriali i sitcomów, co widzom obytym bardziej z telewizyjną niż z teatralną konwencją gry aktorskiej ułatwia odbiór komedii, ale pozbawia ją stylowego blasku i prymitywizuje. Dotyczy to nawet najlepszej roli spektaklu, którą znów - jak w Teatrze Polskim - jest Papkin Artura Barcisia. Postać wielowymiarowa - śmieszna, żałosna i wzruszająca zarazem - ale tak jak i pozostałe zagrana dość dobitnie, ze skłonnością do farsowych przerysowań. Do niezbyt wyrafinowanych gustów odwołują się też pewne zabiegi reżyserskie, w tym uporczywie przywoływane odgłosy wiejskiego życia, gdakania, szczekania itp.

"Zemsta" jest sztuką o nas, współczesnych Polakach, przekonuje Śmigasiewicz, podzieliwszy scenę na dwie części: białą i czerwoną. Wyobrażać one mają zapewne nieusuwalność konfliktu wpisanego jakoby na zawsze w polską tożsamość, a stymulowanego przez sejmikowych krzykaczy w rodzaju Cześnika z jednej strony, z drugiej zaś - przez podobnych Rejentowi fanatyków religijnych. Żeby dosadniej unaocznić tę tezę, reżyser przydaje Milczkowi towarzystwo murarzy przyodzianych w komże.

Uwspółcześniona w ten sposób komedia Fredry staje się utworem przystępnym dla widzów nawykłych do telewizyjnej estetyki i publicystycznej dosadności. Niestety nabiera zarazem cech - by tak rzec - "Zemsty" pauperum, przeznaczonej, tak jak niegdyś Biblia Pauperum, dla odbiorców niezbyt wykształconych i wybrednych.

Najwidoczniej taka też jest potrzebna.

Wanda Zwinogrodzka
Gazeta Polska
13 marca 2013

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia