Nie można odejść z teatru. Można w nim tylko umrzeć

Rozmowa z Krzysztofem Jasińskim

Pisał anonimowo teksty piosenek biesiadnych i pozwolił sobie na posadzenie Lenina na sedesie. Miał fantazję i odwagę. Krzysztof Jasiński, twórca Teatru STU niedawno skończył 70 lat. - Z teatru nie da się odejść, w teatrze trzeba umrzeć. Przestanę być dyrektorem, ale pozostanę właścicielem, patronem, reżyserem. Dyrektorem byłem po to, by stworzyć warunki do pracy sobie - reżyserowi. Za dwa lata klucze oddam innemu menedżerowi - mówi.

Nazwa Teatru STU zrodziła się na łamach "Dziennika Polskiego".

- Prawie 50 lat temu Krystyna Zbijewska napisała o nas pierwsza, że sztukę Osborne'a wystawia Studencki Teatr "Uwaga", choć na plakacie było zwyczajnie: "Uwaga! Teatr Studencki" (co wzmacniał duży wykrzyknik zaprojektowany przez Waldemara Krygiera). I z tego S.T.U. zrobiłem Teatr STU. Potem okazało się, że to nazwa magiczna, zawierająca wiele znaczeń ukrytych w znaku, którym jest trójkąt w kole i kwadracie.

Wyobrażałeś sobie, tworząc STU, że zajmie Ci całe zawodowe życie?

- Zostałem tak wychowany, że nie należy marnować czasu, trzeba mieć plan i to dalekosiężny. Nie na rok, a na znacznie dłużej. Dlatego lubię sadzić drzewa i patrzeć, jak rosną.

"To zawsze miało trwać do końca życia" - mówiłeś przy 40. STUlecia.

- Tak miało być.

Parę lat temu zapowiedziałeś jednak, że na 50. STUlecie odejdziesz. Wyobrażasz sobie STU bez Jasińskiego?

Z teatru nie da się odejść, w teatrze trzeba umrzeć. Przestanę być dyrektorem, ale pozostanę właścicielem, patronem, reżyserem. Dyrektorem byłem po to, by stworzyć warunki do pracy sobie - reżyserowi. Za dwa lata klucze oddam innemu menedżerowi.

Przecież nie chowałeś następcy.

- Jest kilka osób, które pretendują...

Wyobrażasz sobie, że osiądziesz na Mazurach i będziesz tu przyjeżdżać dwa razy na miesiąc?

- Nie muszę sobie wyobrażać. Mam wszystko poukładane, ale najpierw muszę doprowadzić do końca projekt "Wędrowanie". Jak się powiedzie, wyczerpie moje oczekiwania, będę wreszcie mógł zająć się tym, co odkładałem na potem.

Na przykład?

- Odmawiałem innym teatrom gościnnej reżyserii. Może teraz skorzystam. No i nadrobię zaniedbania w ogrodzie i w piwnicy. Pasjonują mnie założenia parkowe i bimbrownictwo. Konkretnie przerabianie tego, co rośnie w ogrodzie i w parku na nalewki, które dojrzewają i po latach nadają się do spożycia. Zupełnie jak w teatrze. Na Mazurach zbudowałem azyl nad jeziorem. Raj z książkami w ogrodzie. Tam powstawały najważniejsze moje przedstawienia ostatnich lat. Gdy kończy się sezon, pakujemy walizki i wyjeżdżamy na całe lato. Próby odbywają się w przystosowanej stodole. Jest spokój i warunki do twórczego skupienia.

W 1988 r. pisałeś: "O przyszłość teatru STU jestem spokojny". Nadal jesteś?

- To tak się mówi dla lepszego samopoczucia. Wtedy rzeczywiście kolejny raz wychodziliśmy na prostą. Dzisiaj myślę o tym, co będzie, jak się już skończy jubileusz i przed Teatrem STU otworzy się nowa perspektywa... Dam na mszę, żeby wszystko poszło w dobrą stronę.

Z okazji 35-lecia mówiłeś: "Scena STU nie jest już teatrem Krzysztofa Jasińskiego, jak niegdyś".

- Wtedy oddałem część swojego terytorium, a jednocześnie serca innym. Najpierw Mikołajowi Grabowskiemu, później kolejnym. To był świetny czas. Mikołaj Grabowski zrobił w STU "Scenariusz dla trzech aktorów" i "Opis obyczajów", a Zbigniew Zapasiewicz "Pana Cogito"... Przed naszym 40-leciem przyszedł Jan Peszek z propozycją, by u nas zadebiutował Michał Zadara. I to było "Wesele", które nosiłem w sercu od lat.

Nie był to sukces.

- Przeciwnie. Przyjechali krytycy z Warszawy i bardzo chwalili przedstawienie. Dostało nagrodę zespołową na Festiwalu Wyspiańskiego.

Zbyt długo na afiszu nie było.

-Cały sezon. Jak zaplanowaliśmy.

A Twój spektakl "Wariat i zakonnica" był grany 25 lat!

- Gra się do ostatniego widza, a poważnie mówiąc, szykuję się do wznowienia, bo ta inscenizacja ciągle ma się świetnie.

W grudniu odebrałeś Nagrodę Miasta Krakowa. Już po raz drugi.

- Pierwszą dostałem dawno temu za sukcesy Teatru STU na świecie... Należała mi się. Byliśmy w czołówce światowej awangardy. Trendy wyznaczał Festival Mondial du Theatre w Nancy. Przyjeżdżały tam teatry z Ameryki i całego świata, a potem my do nich jeździliśmy. Wszystko skończyło się wraz ze stanem wojennym. Na następną nagrodę pracowałem, jak się okazuje, tak, jak kropla drążąca skałę - w jednym miejscu przy al. Krasińskiego w Krakowie. 30 lat. Naprawdę nie spodziewałem się żadnego wyróżnienia. Od lat unikam jak diabeł święconej wody tego, co festiwalowe, modne, bo nie mogę sie z tym zgodzić. Czekam na lepsze czasy.

Niegdyś STU był jedną z czołowych scen awangardowych, sytuowaną w nurcie kontestacji, Nowej Fali.

- Różnie nas nazywano, na ogół bez sensu. To wy, prasa, musicie koniecznie nas zaszufladkować, nazwać, podzielić, kategoryzować. Tymczasem teatr jest jeden, a najwyżej dwa. Zawodowy albo amatorski. Jedna z gazet napisała o nas niedawno na podsumowanie sezonu, że ciekawe rzeczy dzieją się również w teatrze komercyjnym, jakim jest Teatr STU. To przecież głupie. Co to znaczy komercyjny? Że bilety droższe i że trudno je dostać? A niech inne teatry wystawią Dostojewskiego, Wyspiańskiego, Fredrę i Szekspira po 100 zł. Zobaczymy, jaką będą mieli frekwencję. STU przeżył kilka wcieleń. Byliśmy kiedyś teatrem politycznym, z konieczności, na szczęście krótko. Nazywano nas tak, jak nazywały się festiwale na świecie, na które jeździliśmy. Nawet we Wrocławiu słynny festiwal międzynarodowy nazywał się Festiwalem Teatru Otwartego. Czy to miało znaczyć, że inne były zamknięte? Nie lubiłem teatru interwencyjnego, takiego, co mu się zdaje, że może natychmiast zmieniać rzeczywistość. Taki teatr z natury rzeczy ogranicza artyzm na rzecz publicystycznej paplaniny.

Twoje pokolenie, Twój teatr w politykę wepchał Marzec '68...

- 8 marca w południe pod uniwersytetem pałowało ZOMO i strzelały armatki wodne. W ciągu dnia byłem szefem strajku w PWST, a wieczorami graliśmy w Jaszczurach "Kobietę - demona" Sacher-Masocha. Napięcie iskrzyło w powietrzu. Stuhr z Trelą w błysku geniuszu w jednym momencie z artystów kabaretowych stali się aktorami rewolty '68 roku, która u nas w Polsce zaczęła się dwa miesiące wcześniej niż w Paryżu. Musieliśmy w to wejść. Pierwsze sukcesy międzynarodowe mieliśmy już za sobą. Wygrywaliśmy festiwale w '66 i '67 roku. Potem pracując już nad "Spadaniem", które miało premierę w '70 roku w Amsterdamie, sumując doświadczenia, chciałem wpisać się w światowy ruch kontestacji i sprawdzić, czy umiem operować nowym językiem, jakim posługują się teatry na Zachodzie. Tyle że znów zawiał wiatr historii i "Spadanie" nagle stało się manifestem politycznym mojego pokolenia. Grand Prix w grudniu '70 na festiwalu w Łodzi zobowiązywało. Tego dnia Gierek zastępował Gomułkę.

Odjechałeś z tamtego teatru kontestacji "Szaloną lokomotywą".

- Uciekłem, bo się dusiłem w tej kontestacji. Zaczynaliśmy być teatrem etatowych buntowników. Potrzebna była radykalna zmiana i wyszliśmy z podziemia na świeże powietrze, pod płachtę namiotu, gdzie czekała prawdziwa publiczność. STU zmieniał się potem jeszcze kilka razy.

Twoi koledzy, jak Edward Chudziński, współautor scenariuszy dawnych spektakli, z zarzutem mówią, że teraz chcesz prowadzić teatr mieszczański. Zgadzasz się?

- Określenie "mieszczański" jest prowokacyjnym wytrychem, bo tak naprawdę nie ma mieszczaństwa i taki teatr nie istnieje. Najważniejsza jest publiczność, która przychodzi do teatru. Trzeba ją przyciągnąć i zatrzymać, utrwalić nawyk przychodzenia. Ona chce mieć swój teatr, chce się w nim przeglądać jak w lustrze. Mamy z sobą bardzo wiele do zrobienia i jest to robota na lata. Publiczność przychodzi z kredytem zaufania i będzie dalej przychodziła, jak się tego zaufania nie zawiedzie. STU po 10 latach nieustannego podróżowania po świecie osiadł na stałe w Krakowie i pielęgnuje kontakt ze swoją publicznością.

STU to obecnie repertuarowy teatr impresaryjny?

- Po co ten drugi przymiotnik? Nikt nie wie, co to znaczy. Może chodzi o to, że w STU nie ma etatów artystycznych i wszyscy aktorzy są na kontraktach do roli. Może chodzi o to, że jako jedyna scena w Polsce ogłaszamy repertuar i sprzedajemy bilety na cały sezon. Zbudowałem ten model i wiem, że się świetnie sprawdza. Jest ekonomicznie efektywny, mimo że nasza roczna dotacja jest 10-krotnie mniejsza od państwowego teatru w Krakowie. Z trudem utrzymujemy kilkanaście pozycji w stałym repertuarze. Pomagają nam mecenasi. Bez nich nie byłoby nowych przedstawień.

Ewolucję STU bardziej kształtowała rzeczywistość - ekonomia, oczekiwania widzów, czy Twój z dawna przyjęty plan?

- Wszystko razem, jak to w ewolucji. Nie zmieniłem tylko swoich przekonań, ze teatr jest dla publiczności, że pojawia się wieczorem i znika, by znów się pojawić, że istnieje tylko w grze. Znika dosłownie. Nie można go utrwalić, zapisać, sfotografować. Fenomen teatru polega na tym, że zostaje w serdecznej pamięci widzów, i że jest przeżyciem, które może kształtować człowieka, a więc go zmieniać. Uczyłem się na przedstawieniach Grotowskiego, Kantora i całej awangardy światowej, a przede wszystkim w najlepszym teatrze narodowym, jakim był przez lata Stary Teatr.

Dla publiczności, czyli...?

- Dla ciekawych świata i wtajemniczonych. To jest tak jak z podróżami, o których Piotr Skrzynecki mówił, że kształcą pod warunkiem, że się jest wykształconym. Więc teatr ma pod tym względem obowiązki. Ludzie przychodzą do teatru, żeby należeć do wtajemniczonych, żeby się dowiedzieć, po co żyć i jak walczyć ze śmiercią. Teatr jest dla elity.

"Teraz patrzę na to bardziej w kategoriach hazardu - jak połączyć tradycję z konkurencją w zabiegach o widza. Jak znaleźć złoty środek między poziomem artystycznym a pełną widownią" - mówiłeś 10 lat temu. I udaje Ci się; masz drogie bilety i pełną widownię. A na afiszu: "Biesy", "Hamlet", "Król Lear" "Wyzwolenie", ale i "Sztuka kochania", "Kogut w rosole"...

-Dziękuję, zobacz jeszcze, jacy znakomici aktorzy.

Ale łatwiej sprzedać komedię niż wybitny monodram Jerzego Treli wg prof. Kołakowskiego. To też wiele mówi o nas...

- Publiczność generalnie woli lżejszy repertuar, więc sukcesem jest pełna widownia na spektaklach trudniejszych, bo to Kołakowski straszy, a nie Trela. Mimo to gramy już 8 sezonów i końca nie widać. Mamy też inny spektakl z Jerzym Trelą - "Wielki John Barrymore" - biletów już nie ma. Układanie rocznego repertuaru jest sztuką, bo chodzi o to, żeby wszystkie miejsca były zajęte, wszystkie miejsca sprzedane. I choć komedie cieszą się większym wzięciem, to o frekwencji decyduje poziom artystyczny i zaufanie widzów. Spektakl przy pełnej widowni jest świętem i trzeba wysokiego profesjonalizmu, żeby to dźwigać co wieczór. Przyjdą na "Wyzwolenie", bo słyszeli, że "Wesele" jest świetne. Niestety, nie Wyspiański czy Beckett decydują o przyjściu do teatru, a opinia o poziomie przedstawienia i pierwsze, często podprogowe skojarzenie z tytułem. Bo z czym się kojarzy "Wyzwolenie" - z 11 listopada? Lepiej się kojarzy "Wesele", bo każdy brał to w szkole.

Nie masz najlepszego zdania o nas, odbiorcach.

- O ludziach generalnie nie najlepsze, ale lubię wrażliwą widownię. Poziom wykształcenia humanistycznego jest niestety niski. Byłbym naiwny sądząc, że ktoś z widzów przeczytał "Biesy". Ci nieliczni giną w tłumie. Niestety, nikt nie czytał "Króla Leara". Nikt lub prawie nikt nie wyniósł z domu i ze szkoły nawyku obcowania z poezją. Kto czytał "Biblię - Pismo Święte"?

Z tego płyną wnioski i dla teatru?

- Jaki procent populacji chodzi do teatru? To musi być elita, którą dzisiaj są potomkowie Czepca i Jaśka z "Wesela". Chodzenie do teatru nobilituje. Fascynująca jest siła teatru, która łamie bariery komunikacji potęgą przeżycia. Przez serce do rozumu.

W teatrze, lubisz podkreślać, od samego początku interesowała Cię jego strona magiczna...

- Bardziej metafizyka. Sama materia teatralna to sprawa rzemiosła, wiedzy i wyobraźni. Znam wielu reżyserów, którzy po premierze zostawiają spektakl teatrowi, bo dla nich najważniejszy jest okres prób, a mnie bardziej interesuje fenomen odbioru.

Jesteś na każdym swoim spektaklu. Wsłuchujesz się w reakcje widowni i pod ich wpływem modyfikujesz spektakl?

- Nieustannie. Jeżeli jakaś intencja nie dociera, to jest to moja wina, a nie widzów. Malarz maluje samotnie i później w galerii nie jest ważne, czy połowa oglądających rozumie go czy nie. Obraz może wisieć do skutku. W teatrze wszystko się dzieje w jednej chwili i najważniejsze jest wspólne przeżywanie tego, co się dzieje między sceną a widownią. I do tego potrzeba szczególnego rodzaju skupienia. Inaczej spektakl nie dostanie skrzydeł.

Ale Twoje spektakle działają i magią formy: nią oddziaływałeś na widzów zagranicą, przecież tekstu "Exodusu" czy "Pacjentów" nie rozumieli...

- To były widowiska, w których obraz i muzyka wywiedzione z tekstu odgrywały wielką rolę. Dlatego "Exodus" mógł być grany w Auditorio Nationale w Mexico City dla 12 tys. widzów, a podczas festiwalu Cervantino w Guanajuato transmitowany przez telewizję.

Porozmawiajmy o Tobie. Pół roku temu skończyłeś 70 lat, jak z tej perspektywy postrzegasz swą młodość?

- Trochę za mgłą... Generalnie nie spoglądam wstecz, szkoda mi na to czasu, a może nawet wolałbym nie pamiętać...

Wolałbyś, bo?

- Boli mnie wiele rzeczy. Śmierć ojca, gdy, miałem 10 lat, potem młodość, którą przysporzyłem mamie tylu trosk i zmartwień.

Z dwóją z zachowania powtarzałeś pierwszą klasę liceum.

- To za włamanie do szkolnego magazynku z bronią, gdzie były mausery z lat I wojny i za wejście z kolegami nocą do pokoju dyrektora i powpisywanie sobie lepszych ocen do dziennika... Byłem z dala od domu, w internacie, sam... I tak przez wiele lat. Przyjechałem na studia do Krakowa, nie znając nikogo i nie mając niczego. Ani walizki. Tyle, co na sobie. A potem zacząłem kupować książki.

Repetowanie klasy Cię nie poskromiło, rok później stanąłeś przed sądem.

- Byłem harcerzem, poszliśmy z kolegą do budynku organizacji młodzieżowych, gdzie mieściła się też siedziba partii, do naszego hufcowego. Czekając na niego, zaczęliśmy zabawiać się popiersiem Lenina. A że hufcowy był na posiedzeniu komitetu powiatowego partii, czasu mieliśmy wiele. I fantazji. Finał był taki, że wódz rewolucji siedział zamknięty na sedesie z czapką, ale pozbawioną dystynkcji, komendanta Milicji Obywatelskiej, w jego płaszczu, z twarzą umalowaną na kolorowo... W czasie śledztwa poznałem cele w Rawiczu i Sztumie. A potem usłyszałem: dwa lata więzienia z zawieszeniem na dwa lata. Moja biedna mama wydała wszystkie pieniądze na adwokatów. Znajomi ojca też pomogli. Trafiłem do schroniska dla nieletnich... Rachunki z Leninem wyrównałem, odsłaniając jego pomnik w Nowej Hucie. Nie doszłoby do tego, gdybym został księdzem, jak chciała moja matka.

Kontestator pod pomnikiem Lenina - jakiż symbol schizofrenii tamtego czasu.

- Wtedy wydawało mi się, że nie mam wyboru. Takie były czasy.

"...wódz, bo tak Krzysztofa nazywaliśmy, nigdy nie chciał być bohaterem umierającym na barykadzie. Prowadził swoje gry z paranoją polskiej historii wciąż mając nadzieję, że lepiej mieć teatr, niż go nie mieć, i że co jakiś czas da się tam zrobić coś naprawdę wspaniałego. I dawało się" - pisał o Tobie Tadeusz Nyczek w książce "Rodzina STU".

- Zawsze kierowałem się instynktem pragmatyka, bo nie cynika, co podkreślam. Także latem 1980 roku, kiedy graliśmy w Gdańsku, w swoim namiocie nasze trzy przedstawienia - w tym "Pacjentów". W stoczni już trwał strajk, w mieście sztrajfy głosiły "Ostatnie dni cyrku radzieckiego", który akurat tam występował, wystarczyło przekroczyć bramę i grać dla stoczniowców. Dobrze, że się wtedy na to nie zdecydowałem. Teatr nie jest od tego.

A propos harcerstwa; wiem, że "Obozowe tango", które sam śpiewałem na koloniach, to Twoje dzieło!

- Trzy zwrotki i muzyka.

Śpiewali to artyści "Gali piosenki biesiadnej", w tym matka dwojga Twoich dzieci - Maryla Rodowicz. Wiedziała, że jesteś autorem?

- Wiedziała, ale nigdy się tym nie chwaliłem. Napisałem też w całości "Na dancingu tańczą goście" oraz polski tekst do słynnej melodii "Petite fleur" ("Mały kwiatek")

Zacytuj.

- (śpiewa) "Nocy cień, płaszczem złotym od gwiazd, aksamitnym płaszczem swym dzisiaj otuli nas...". Okropna grafomania.

I wciąż są to utwory anonimowe!

- Ale mam świadków, że moje!

Gdybyś zgłosił do ZAIKS-u, sam byłbyś mecenasem Teatru STU, zamiast TAURONU.

- To dzięki jego światłemu mecenatowi w ciągu dwóch sezonów przejedziemy z "Wyzwoleniem", "Weselem" i "Akropolis" 50 polskich miast. Projekt się nazywa "Wędrowanie" i jest wymyślony na 50-lecie teatru.

O chęci wystawienia tryptyku Wyspiańskiego mówiłeś od lat.

- W moim Teatrze Niemożliwym jedną z pierwszych figur był Stanisław Wyspiański. Nie sądziłem, że będę kiedyś miał warunki do wystawienia tych arcydzieł.

Zacząłeś nie od "Wesela", a "Wyzwolenia", które jest tekstem bardziej wieloznacznym...

- Zasada inscenizacyjna "Wyzwolenia" jest kluczem do całości. To był też wymagający warsztat dla zespołu aktorskiego. Już jesteśmy po premierze "Wesela" i pracujemy nad "Akropolis" z muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza.

Byłeś na "Akropolis" w Starym?

-To ciekawy wideo-art. Z tekstem Wyspiańskiego ma niewiele wspólnego.

Od lat nie kryjesz, że czekasz na odrodzenie teatru narodowego takiego, który zapewnia ciągłość tradycji.

- Teatr narodowy to nie formacja artystyczna, to instytucja państwowa z obowiązkami - wobec dramaturgii i wobec widzów.

Z czego jesteś najbardziej dumny po 48 latach STU?

- Z adresu przy al. Krasińskiego 16-18, z wielopokoleniowej rodziny artystów, którzy w STU zaczynali kariery. Długa to lista. Nie tylko aktorów. STU wychował też wielu scenografów i dyrektorów teatrów. I tak powstała ogromna Rodzina STU. I, co ważniejsze, ta formacja wciąż ma się nieźle. Jerzy Trela znów gra w naszym teatrze, Edward Chudziński od początku jest z nami, od "Spadania" grają Franciszek Muła, Włodzimierz Jasiński, Wiesław Smełka, powrócił Janusz Szydłowski. Od 30 lat grają Andrzej Róg i Dariusz Gnatowski, od 25 lat Beata Rybotycka, Łukasz Rybarski. Wielu najmłodszych już porobiło kariery i oglądamy ich w telewizji.

A porażkę też wskażesz?

- Zostawmy sprawy osobiste. Boleję, że nie udało mi się stworzyć alternatywnego studia aktorskiego. Zawsze mi coś przeszkadzało. Albo stan wojenny, albo transformacja ustrojowa. Tego już nie nadrobię.

Czujesz się spełniony?

- Jeszcze trochę z tym poczekajmy. Najpierw wyruszymy w Polskę z Wyspiańskim. Potem będę spełniony.

Krzysztof Jasiński (urodzony w Śmiglu w 1943 r.) - absolwent Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie (1968). Dwa lata wcześniej założył Teatr STU, w którym stworzył najważniejsze spektakle. Zrealizował także wiele widowisk plenerowych, m.in. "Harfy Papuszy" na Błoniach. Przez lata był twórcą znanych z TVP, organizowanych w STU benefisów. Zagrał w kilku filmach i serialach.

Mąż Beaty Rybotyckiej, z którą ma córkę - Zofię. Wcześniej przez kilka lat był partnerem Maryli Rodowicz, z którą ma dwoje dzieci - Jana i Katarzynę. Po raz pierwszy ojcem został przed maturą. Tamtą córkę, jak przyznał na łamach krakowskiego "Zdania", zobaczył po raz pierwszy, gdy miała 19 lat. Teraz odwiedza ojca wraz z dziećmi na Mazurach.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
23 stycznia 2014

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia