Nie należy mylić prawdy z opinią większości*

"Aktorzy prowincjonalni" - reż. A. Holland - Teatr Kochanowskiego w Opolu

To, że na prowincję przyjechała słynna na cały świat reżyserka, można było zaobserwować już w foyer. Kilkumetrowe choinki przystrojone lampkami, dywan z napisem nazwy spektaklu i witające gości pracownice teatru to sceneria, która stanowiła preludium do oglądanego przedstawienia. Jakże witać gości z Warszawy, jeśli nie rozwijając dywan i zapalając światełka?

Przeprowadzeni przez teatralne korytarze, garderoby, w których aktorzy przygotowują się do występu, znajdujemy się na widowni, usytuowanej na obrotowej scenie. Będziemy obracać się na cztery strony świata, aby przenosić się w kolejne miejsca - do mieszkania Krzysztofa (Maciej Namysło) i Anny (Aleksandra Cwen), do teatralnej garderoby, na scenę, gdzie wystawiane jest Wyzwolenie Wyspiańskiego, do sali prób. Pomysł ciekawy, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że częste zmiany miejsca akcji miały zastępować filmowy montaż, a zaadaptowanie scenariusza filmowego na potrzeby sceny okazało się sprawą dość problematyczną.

Dobrze znana historia została w spektaklu - z oczywistych względów - pozbawiona kontekstu politycznego, pozostały dylematy związane z pracą aktorów, odwiecznymi dążeniami artystów z prowincji, którzy marzą o wyjeździe do Warszawy, jak czechowowskie siostry, które całe życie wybierają się do Moskwy. Jednak kiedy pracującego w zapyziałym miasteczku Krzysztofa odwiedza kolega z Warszawy Michał (Leszek Malec) okazuje się, że stolica to świat pełen zawiści, w którym nie ma miejsca na przyjaźń, a najmniejsza rólka w serialu może się okazać kością niezgody.

Jespół prowincjonalnego teatru wystawia Wyzwolenie i już na etapie prób możemy dostrzec, że prowincja nie jest kategorią geograficzną, lecz ma związek z mentalnością. Ten musi wyjść na zebranie, tamten się spieszy - jedynymi osobami zainteresowanymi zrobieniem dobrego spektaklu “o czymś” są Krzysztof nieustannie zastanawiający się nad statusem Konrada oraz grająca Muzę Hanka (niezwykle wyrazista Judyta Paradzińska), która postrzega głównego bohatera dramatu Wyspiańskiego jako artystę walczącego o własną wolność. Niestety reżyser (Norbert Kaczorowski) ma inne zdanie - ubiera aktorów w żenująco kiczowate stroje przypominające kreskówkę “Mucha Lucha” z Cartoonnetwork i każe im odgrywać historię, która nie jest w żaden sposób kontrowersyjna, nie stawia pytań, nie przysparza nikomu problemów, ale też o niczym ważnym nie mówi.

Jednym z najpiękniejszych i najbardziej metaforycznych momentów spektaklu jest scena, w której Krzysztof ogląda występ żony - aktorki teatru lalek. Widzimy umieszczony wysoko nad sceną rozświetlony balkon-parawan, na którym rozgrywa się historia postaci (lalkę - główną postać animuje Anna) otoczonej zewsząd przez wrony. To jedyna scena spektaklu stwarzająca pole do różnych interpretacji. Osaczenie i niezrozumienie, samotność wyzierająca z ruchów próbującej wydostać się z potrzasku postaci, ale także widoczne jak na dłoni niedopasowanie. “Kiedy trafisz między wrony, musisz krakać tak jak one” - przysłowie zobrazowane za pomocą teatralnych środków jest czytelne, ale jednocześnie przedstawione środkami, które tworzą zapadający w pamięć efekt wizualny.

W spektaklu uderza stereotypowość postaci - reżyser jest stereotypem reżysera, krytyk stereotypowym krytykiem. Jeśli takie poprowadzenie postaci było zamierzone, by tym bardziej na ich tle wyeksponować życie wewnętrzne Krzysztofa, jego dylematy, problemy i obawy, nie był to zabieg do końca udany, tekturowe postaci bez życia wewnętrznego nie są bowiem dobrym sposobem na pokazanie, że oto ktoś spośród nich jest inny, lepszy, bogatszy wewnętrznie. Od strony aktorskiej trudność tego przedstawienia polegała na znalezieniu złotego środka pomiędzy przeteatralizowaniem, nienaturalną nadekspresją, a graniem bliskim filmowemu, czyli byciem po prostu sobą, gdyż dialogi w dużej mierze zostały przeniesione z filmu. W pamięć zapadają przede wszystkim postaci drugoplanowe, jak goniący do pracy swoich podwładnych brygadier (Waldemar Kotas), czy maszynista Adaś (Przemysław Czernik), który zdaje się być jedynym pracownikiem teatru naprawdę kochającym to miejsce. Jak na ironię to właśnie on popełnia błąd i zostaje wyrzucony z pracy. Na uwagę zasługuje także postać Andrzeja (świetny Andrzej Jakubczyk), kolegi Krzysztofa, a także suflerki Maliny (Ewa Wyszomirska), która łączy w sobie elementy komizmu i tragizmu, co rusz dowcipkując czy wybuchając na bankiecie spazmatycznym płaczem.

W oszczędnej, monochromatycznej scenografii przy dźwiękach nastrojowej, delikatnie podkreślającej przeżycia bohaterów muzyki rozgrywa się dobrze znana historia o aktorach, którzy żyją w myśl zasady “dobrze jest tam, gdzie nas nie ma”. Obrotowa scena nie rekompensuje braku zawrotów głowy, jakie wywołują wybitne spektakle. Obyło się bez fajerwerków - chyba, że mogą je zastąpić lśniące w foyer lampki choinkowe. Prawdziwe emocje gdzieś wyparowały, a dramaty przeżywane przez niektóre postaci rozpłynęły się w bezkształtnym tłumie schematycznych charakterów. Choć spektakl należy pochwalić za konsekwentne unikanie taniego efekciarstwa, operowanie oszczędnymi środkami i nastrojową muzykę, to jednak nie wytrzymuje on porównania z wybitnym dziełem polskiej kinematografii. Wobec faktu, iż w ostatnim czasie znaczna części zespołu Kochanowskiego przeniosła się do Warszawy i innych, większych miast, słowa wypowiadane przez niektórych bohaterów brzmią zatrważająco prawdziwie. I to jest prawda, która łączy widzów i aktorów i która jest największą, choć pozaartystyczną, wartością tego spektaklu.

*słowa francuskiego poety i dramaturga Jeana Cocteau

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Opole
8 grudnia 2008

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia