Nie rozbawiły widowni

"Wesołe kumoszki" - reż. Laco Adamik - Teatr Rozrywki w Chorzowie

Teatr Rozrywki w Chorzowie wprowadził na polską scenę nowy tytuł. W sobotę widzowie obejrzeli pierwszą w Polsce inscenizację sztuki pt. "Wesołe kumoszki. Musical" czyli muzyczną wersję "Wesołych kumoszek z Windsoru" Williama Szekspira. Na informacji, że to polska prapremiera, sukces się jednak kończy. Przedstawienie można określić krótko: ani to Szekspir, ani musical

Gdyby nie wysiłek artystów Teatru Rozrywki, którzy są w stanie stworzyć spektakl nawet bez udziału reżysera, moglibyśmy mówić o totalnej klapie. Na szczęście sprawdzona gwardia - na czele z Marią Meyer, Anną Ratajczyk, Martą Tadlą, Adamem Szymurą, Jacentym Jędrusikiem i Dariuszem Niebudkiem - sprawiła, że chociaż aktorstwo ocaliło ten spektakl. I na szczęście orkiestra, pod dyrekcją Jerzego Jarosika, grała bez zarzutu. Laco Adamik, reżyser "Wesołych kumoszek" powinien dziękować im wszystkim od rana do wieczora

Na niepowodzenie złożyło się kilka przyczyn. Materiał jest wątły; trudno go nawet nazwać musicalem. To raczej śpiewogra. W wątki oryginału wpleciono po prostu piosenki, które nie stanowią integralnego elementu widowiska. Po drugie, eklektyczną muzykę Paula Englisby\'ego trudno zilustrować scenicznym obrazem. Laco Adamik zaś, ze zdumiewającym uporem nie wykorzystuje rubasznego humoru, stanowiącego jądro komedii Szekspira, a także jego musicalowej wersji. Można nie wierzyć recenzentom, ale jeśli na widowni śmiech (nieśmiały) pojawia się w 42. minucie komediowej inscenizacji, to coś w niej nie gra!

Nie gra zresztą przez całą pierwszą, półtoragodzinną część przedstawienia, która wlecze się niemiłosiernie. W drugiej jest lepiej; ratują ją aktorzy. Bo, o co w tej inscenizacji chodzi, trudno zgadnąć. Akcja sztuki, przeniesiona niby we współczesność, czy też niby do "teatru w teatrze", rozłazi się i irytuje brakiem logiki (akurat współczesny Falsaff przestraszyłby się elfów!). W dodatku większość scen rozgrywa się statycznie, czego zupełnie nie rozumiem. Teatr Rozrywki ma przecież śpiewający balet i tańczący chór, które wykorzystywane są tylko dwa razy w całym widowisku. Na to wszystko nakładają się dekoracje, najwyraźniej specjalnie zbudowane z nieefektownej płyty paździerzowej.

"Wesołe kumoszki z Windsoru" nie muszą być inscenizowane serio (choć mogą), ale przynajmniej bawić powinny. Nie tym razem, niestety.

Henryka Wach-Malicka
Polska Dziennik Zachodni
7 grudnia 2010

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia