Nie tylko Gombrowicz

13. Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski w Radomiu

Szósty dzień Międzynarodowego Festiwalu Gombrowiczowskiego był jednym z najbardziej udanych. Radomska publiczność oglądać mogła „Deprawatora" z Teatru Polskiego w Warszawie i spektakl „Ja, Feuerbach", który tego wieczoru miał swoją premierę.

"Deprawator" w reżyserii Macieja Wojtyszki w przeciwieństwie do pozostałych spektakli zaprezentowanych podczas festiwalu nie był jednym z dramatów Gombrowicza. Ta sztuka, opowiadała o spotkaniach Witolda Gombrowicza z Czesławem Miłoszem i ich „niezwykłej relacji", jak to określiła kiedyś żona pierwszego z nich – Rita Gombrowicz. Tytuł utworu pochodzi z listu Zbigniewa Herberta do Miłosza z 1967 roku, w którym to początkujący poeta i eseista określił autora „Ferdydurke" „Deprawatorem, acz artystą".

Sztuka autorstwa Macieja Wojtyszki skupiająca się na relacjach Gombrowicza z Miłoszem i Miłosza z Herbertem ukazywała artystów od strony prywatnej, która nie jest tak dobrze znana. Co więcej, sztuka była ciekawą debatą najważniejszych artystów polskich XX wieku o Polsce i jej przeszłości. Z jednej strony patriota Zbigniew Herbert (Paweł Krucz), z drugiej uznani przez komunistyczny reżim za zdrajców narodu Witold Gombrowicz (Andrzej Seweryn) i Czesław Miłosz (Wojciech Malajkat).

„Deprawator" Macieja Wojtyszki podejmuje temat, który pozostaje kontrowersyjny po dziś dzień. W groteskowo-dramatycznym tonie, pojawia się wiele intrygujących niuansów i nawiązań do twórczości Gombrowicza, które to radomska publiczność, bardzo dobrze rozeznana w jego twórczości, głównie dzięki odbywającemu się tu już od ćwierć wieku Festiwalowi Gombrowiczowskiemu, bez żadnych problemów wyłapywała.

Spektakl okazał się być dla aktorów doskonała okazją do stworzenia barwnych i wirtuozerskich kreacji. W tytułowego deprawatora wcielił się Andrzej Seweryn, który w charakterystyczny dla siebie sposób przypominał Gombrowicza takiego, jakiego możemy go sobie wyobrazić, czytając jego Dzienniki. Sewerynowi wybornie udało się zimitować niełatwą i (chyba) prawdziwą mimikę twarzy pisarza, co wraz z interesującymi dialogami bardzo dobrze go uwiarygodnia. Bez szczególnego ryzyka można stwierdzić, że Andrzej Seweryn dodatkowo polubił swoją postać, w którą oprócz pracy nad dialogami włożył wiele dobrze „widocznego" z widowni ciepła, życzliwości, co znacznie odbrązowiło wieszcza naszej teatralnej współczesności.

Z kolei w Czesława Miłosza wcielił się Wojciech Malajkat. Stworzył on także interesującą kreację ukazującą „codzienną" sylwetkę naszego Noblisty, jakiej dotąd nie znaliśmy. Wymagającą rolę miała również Anna Cieślak, grająca Ritę, francuską żonę artysty. Przez większość czasu posługiwała się na scenie językiem francuskim z niebywale naturalnym efektem. Cóż się dziwić, kiedy jej scenicznym partnerem i zapewne językowym konsultantem jest Andrzej Seweryn, aktor, dla którego język francuski jest drugim językiem.

Z kolei Janinę Milosz – żonę Czesława Miłosza i Izę de Neyman – przyjaciółkę domu Gombrowicza zagrały dwie heroiny polskiego teatru: Grażyna Barszczewska i Magdalena Zawadzka. Warsztatowa powściągliwość, elegancja i wdzięk tych wciąż jeszcze pięknych aktorek, niewątpliwie dodawały specjalnego uroku i wiarygodności atmosferze francuskich czasów końcówki lat sześćdziesiątych, czasów kiedy dzieje się ta, opowiedziana z wyszukanym smakiem, przez dojrzałego i znanego z wrażliwości, delikatności i subtelności, Macieja Wojtyszkę.

Jest zrozumiałe, że w tym „towarzystwie" dość trudno musiało się pracować Katarzynie Skarżance - wnuczce Hanki Skarżanki (Charlotte Caire) i Pawłowi Kruczowi (Zbigniew Herbert) ale i oni wybrnęli z swoich zadań bez zarzutu.

Z kolei premiera „Ja, Feuerbach" było wydarzeniem towarzyszącym 13. edycji Festiwalu. Spektakl wyreżyserowany przez, dyrektora Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, Zbigniewa Rybkę, opowiadał o starszym, doświadczonym aktorze, usiłującym powrócić do zawodu po wielu latach przerwy, której powody pozostają owiane tajemnicą. Co więcej, tekst niemieckiego dramatopisarza, Tankreda Dorsta, był metaforyczną polemiką o teatrze, w którym stare konfrontuje się z nowym. W sztuce brało udział trzech aktorów, lecz potraktować ją można jako monodram, gdyż przez większość czasu opowieść jest snuta przez tytułowego bohatera.

Rola Feuerbacha stworzona została dla aktora po „przejściach" i wieloletnich zmaganiach z wieloma różnorodnymi rolami, rozmaitymi dyrektorami, reżyserami i problemami zarówno w ich artystycznym ale i ludzkim wymiarze. Zatem wymaga ona bagażu doświadczeń, zbieranych na przestrzeni wielu lat pracy w teatrze. Dlatego to najczęściej podejmowali się Feuerbacha niemal wyłącznie aktorzy o silnej osobowości. W 1988 i 1990 zagrał go Tadeusz Łomnicki, w 1993 Zdzisław Kuźniar, w 1996 i 2008 Tadeusz Kwinta, w 2013 Piotr Fronczewski, a w 2018 w radomskim teatrze w roli tej zobaczyć można Jarosława Rabendę.

Z całą pewnością Zbigniew Rybka, decydując się na wystawienie w swoim Teatrze wielkiego, znanego i niezwykle trudnego reżysersko i aktorko tekstu Tankreda Dorsta od początku miał na myśli pracę z Jarosławem Rabendą. Rabenda bowiem jest wiodącym aktorem w radomskim zespole, aktywnym i niezwykle doświadczonym.
Posiada ukształtowany i bardzo urozmaicony warsztat aktorski, który pozwala na oddanie wielu zawartych w tekście emocji, nastrojów, a w szczególności (po siedmioletniej przerwie) wielkiemu pragnieniu powrotu na scenę.

Rzeczywiście, wypadł przekonująco i autentycznie. Ukazał zarówno wielobarwność jak i całą paletę szarości aktorskiego życia. Z olbrzymim ładunkiem emocji przekazywał swoje zawodowe marzenia, pragnienia i dążenia. Jego bohater poświęcił życie swojej zawodowej drodze, na której niespodziewanie i skutecznie stanęła choroba.

Aktor wypadł przekonująco i autentycznie. Rabenda z sobie właściwym wewnętrznym umiarem oddał rozterki i problemy emocjonalne swojego bohatera, który poświęcił życie dla doskonalenia swojego aktorskiego poziomu.

Na szczególną uwagę zasługuje właściwe rozłożenie emocjonalnych akcentów oraz umiejętne pokazanie włożonej w postać wielkiego, niemal niespożytego, pełnego wewnętrznych napięć intelektualnego wysiłku energetycznego.

W spektaklu ważną rolę odegrała muzyka, którą skomponował Piotr Salaber. Tajemnicza, urokliwie łącząca się z prostą, odpowiednią do potrzeb spektaklu scenografią zaprojektowaną przez Wojciecha Stefaniaka uzupełniała spektakl. Walory estetyczne dopełniała niebanalna i ciekawa gra świateł, za jaką odpowiedzialny był Tomasz Świątkowski.

Szóstego dnia festiwalu radomska publiczność z pewnością mogła czuć się dopieszczona. Poziom obu spektakli, choć bardzo różnych, odbył się na bardzo wysokim poziomie, co tylko potwierdza, jak elitarnym wydarzeniem jest Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski.

Jan Gruca
Dziennik Teatralny Radom
26 października 2018

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...