Nie uważam, żeby poczucie bycia z prowincji było czymś złym

rozmowa z Daną Łukasińską

- Białystok musi wyrobić sobie markę miasta z dobrym teatrem, a to trwa latami - mówi dramatopisarka DANA ŁUKASINSKA. Mam nadzieję, że Warszawa o Białymstoku słyszała i wie, że dzieją się tu od jakiegoś czasu różne ciekawe rzeczy.

- Białystok musi wyrobić sobie markę miasta z dobrym teatrem, a to trwa latami - mówi dramatopisarka DANA ŁUKASINSKA. Mam nadzieję, że Warszawa o Białymstoku słyszała i wie, że dzieją się tu od jakiegoś czasu różne ciekawe rzeczy.

O czym pani myślała pisząc "Shakespeare"?

- Na pewno nie chcieliśmy, żeby to była ściąga dla uczniów z twórczości Szekspira. Nie miała to też być jego biografia. Zastanawialiśmy się kim Szekspir jest dla każdego nas. "Szekspirowatość" potraktowaliśmy jako funkcję i tak potraktowany Szekspir otworzył nam oczy, że dotkliwie mówi o każdym z nas i jego twórczość jest bardzo uniwersalna.

Zaglądając za kulisy teatru elżbietańskiego chciała pani udowodnić, że nic się nie zmieniło w rozrywce? Krew, przemoc, zbrodnia - to najlepsze magnesy do przyciągnięcia widowni?

- Trochę tak. W teatrze elżbietańskim zaczęto wikłać sztukę w politykę i walczyć o widza w dość bezwzględny sposób, stąd bardzo krwawe sztuki pisane "pod widza". W tych czasach również rozpoczął się proceder pozyskiwania pieniędzy na teatr od rządzących. W ten sposób teatr zaczął zależeć od przychylności polityków.

Krytycy już dawno doszli do wniosku, że współczesna sztuka głównie karmi się przeszłością.

- Dziś dochodzimy do takiego zjawiska, które w sztuce nazywa się kanibalizmem. Pierwsi dostrzegli to przedstawiciele sztuk wizualnych, którzy zauważyli, że każde kolejne pokolenie artystów czerpie z twórczości poprzedników, a granica pomiędzy inspiracją, a zjadaniem czyjejś pracy jest bardzo płynna. Moim zdaniem ten kanibalizm obecny jest sztuce, w teatrze, literaturze.

A sponsorzy? Właśnie z Białegostoku wyniósł się prywatny teatr, rzekomo dlatego, że miasto nie chciało mu dać pieniędzy. Sztuka potrzebuje publicznych pieniędzy?

- Teoretycznie można tworzyć teatr w ogóle bez pieniędzy. Jeżeli wszyscy artyści tworzą go non-profit w jakimś idealnym świecie... W "Shakespeare" dotykam tego tematu, istnienia teatru niezależnego, który jeśli jest niezależny, to tylko od pieniędzy publicznych, ale nie pieniędzy w ogóle.

Czy taki teatr bez mecenasów ma szansę na zdobycie widowni?

- Moim zdaniem nie ma zależności między źródłem pieniędzy a publicznością. Publiczność przychodzi nie dlatego, że teatr jest finansowany lub nie, przez państwo, ale przychodzi na określone tematy. Na to, co ten teatr oferuje.

Wracając do "Shakespeare" - knucie tak zwanych polskich polityków bawi panią?

- Nie. Oni mnie żenują. Przedstawieni w "Shakespeare" politycy są pewnymi znakami. Są zwyczajnymi dziwkami ideologicznymi, zmieniającymi swoje ideologie i zdanie w zależności od koniunktury, zysków, od kierunku, z którego zawieje polityczny wiatr. Nie czuję do zawodu polityka, z wyjątkiem kilku być może osób, szacunku. Jak ktoś się źle zachowuje to mam takie swoje powiedzenie - "zachowujesz się jak poseł". Nie bez powodu mówi się "scena polityczna" - bo w polityce, jak na scenie, rozgrywają się sceny dramatyczne, komiczne - te chyba najczęściej, ale też tragiczne przez swój komizm. Politycy, kiedy tylko poczują na sobie oko kamery, zaczynają grać. Zmieniają maski, udają coś, kogoś, by wstrząsnąć publiką, by pozyskać elektorat. Posługują się grą aktorską - na tym polega ich rzemiosło.

Czy robienie z Szekspira występu marchewek albo kartofli może być jakimś odkryciem?

- Ta scena to pstryczek w nos, który daję współczesnemu teatrowi i temu, co się nazywa współczesną dramaturgią. Temu rozdętemu do granic absurdu poszukiwaniu oryginalnego odczytania klasyków, żeby zaszokować. Ginie myśl przewodnia autora oryginału, forma przerasta treść, nikt prócz samego reżysera nie wie o co chodzi. A czasem i sam reżyser nie rozumie co właściwie wystawia, bo wydaje mu się, że sam chaos jest rzeczą twórczą i to powinno wystarczyć. No nie wystarcza.

Takie dziesiątki pustych często wizji, moim zdaniem, pozwalają przetrwać w Polsce wielu nieudacznikom.

(śmiech) - Dobrze, że to pan powiedział. Nie chciałabym występować w roli kogoś, kto ocenia pracę kolegów. Chodzi mi o pewną granicę i uczciwość poszukiwań artystycznych. W momencie, kiedy te poszukiwania polegają głównie na szukaniu "czegoś, czego do tej pory nie było" i to staje się celem samym w sobie, to jest to coś strasznego. Ginie idea sięgania po klasykę. Wykorzystuje się tytuł i to, co się ludziom z nim kojarzy, by przedstawić swoje własne dziwne wizje, często nie mające ze sztuką nic wspólnego. W ten sposób karmi się ego wielu ludziom, którzy na siłę szukają własnej drogi artystycznej.

Czy publiczne instytucje kultury łatwiej się nabierają na importowanych reżyserów i ich nietrafione pomysły?

- Nie dzieliłabym w tym pytaniu teatrów na publiczne i prywatne. Prywatne trochę inaczej podchodzą do swoich przedsięwzięć. Muszą być finansowo samowystarczalne, nie żyją przecież z dotacji. Dlatego szukają takich przedsięwzięć teatralnych, które będą im te zyski przynosić. Najczęściej to komedie i musicale, które mają zwabić jak największą widownię.

Czyli tylko publiczny teatr może sobie pozwolić na eksperyment?

- Tak, i po to właśnie jest teatrem publicznym, żebyśmy w tej wysokiej kulturze, za jaką teatr uchodzi, nie spoczęli tylko na rozrywce. To naturalne, że rozwój teatru, poszukiwanie nowych form, ciekawych tematów - to zadanie instytucji publicznych. A czy łatwiej je oszukać? Skoro tylko tam jest miejsce na eksperymentowanie, odpowiedź jest prosta.

Według wielu osób w Białymstoku to Białostocki Teatr Lalek jest uważany za poszukujący, to dlatego w pani tekście politycy decydują, że Szekspira będą mogły grać tylko teatry lalkowe?

(śmiech) - Nie chodziło mi o konkretne miasto i teatr. W moim pełnym absurdów tekście dochodzi do tego, że skoro ludzie-aktorzy się zbuntowali, to politykom nie pozostaje nic innego jak tylko odebrać im prawo do grania Szekspira i scedować je na lalki, którymi łatwiej sterować. Absolutnie nie chciałam uderzać w przyjaźń pomiędzy teatrami.

W Białymstoku mieliśmy niedawno bardzo współczesną i ciekawą próbę odczytania mickiewiczowskich "Dziadów". Pani pracuje w Warszawie - czy ktoś w stolicy o takiej inscenizacji słyszał?

- Nie jestem przedstawicielem tego środowiska. Nie siedzę w kawiarniach z ludźmi z branży, nawet nie mam konta na facebooku. Mam nadzieję, że Warszawa o Białymstoku słyszała i wie, że tam jest teatr i, że dzieją się tam od jakiegoś czasu różne ciekawe rzeczy. Mam nadzieję, że tak jak w innych, nazwijmy je - prowincjonalnymi - miastach, dobrze się dzieje w teatrze i o wiele lepiej niż w samej Warszawie.

To dlaczego do Wrocławia na "Dziady" ciągną pielgrzymki teatromanów, a nie do Białegostoku?

- Przed Białymstokiem jest jeszcze długa droga, żeby stał się takim Wrocławiem, czy Wałbrzychem, Legnicą, Bydgoszczą, które w pewnym momencie stały się ważnym miastem na teatralnej mapie Polski. Białystok musi wyrobić sobie markę miasta z dobrym teatrem, a to trwa latami.

Pani "Shakespeare" kończy się buntem, przypominającym tłumy połączone katastrofą smoleńską na Krakowskim Przedmieściu - kpi Pani z polskiego uwielbienia martyrologii?

- Nie mam wrażenia, że to było połączenie konkretnie z katastrofą smoleńską, to pana interpretacja. "Shakespeare" kończy się ogólnym buntem i pielgrzymowaniem. Jesteśmy narodem, który się potrafi jednoczyć w nieszczęściu. Jesteśmy też narodem, który bardzo łatwo sobie różne rzeczy przywłaszcza i robi to pod różnymi sztandarami i ideami. Może to być wolność, równość i braterstwo, ale może też tą ideą być wiara.

A może ludzie chcieli się zbuntować w Pani sztuce, bo potrzebowali czegoś, co ich połączy? Nie przeżyli Solidarności, stanu wojennego, to może pielgrzymka?

- Pielgrzymka spełnia wiele różnych funkcji. Ludzie nie tylko chcą dojść do świętych miejsc, rozwijać się duchowo, umartwiać, przeżywać wspólne uniesienia związane z wiarą, ale też mają - tak przypuszczam - jakieś cele towarzyskie. Przecież pielgrzymka to też spotkanie z ludźmi. W procesie jakim jest droga, która powinna służyć dojściu do celu, powinno dochodzić do jakiegoś samorozwoju. Pielgrzymka po serce Szekspira jest takim ironicznym spojrzeniem na to, co się dzieje z Polakami i z Polską, z poszukiwaniem tożsamości i wielkości.

Bo bardzo chcielibyśmy zaistnieć w Europie na scenie politycznej jako naród, który wydał z siebie sławnych Polaków.

Oraz Szekspira.

- Oczywiście (śmiech). Dlaczego nie? Jeżeli jeszcze prawdą jest lancasterska teoria, że był krypto-katolikiem to już w ogóle jest nasz. Cały nasz.

Nie bała się Pani kpienia ze sceny z pielgrzymkowego pędu Polaków?

(śmiech) - A dlaczego miałabym się bać? Byłam nawet rozczarowana, że nic się po tym spektaklu nie dzieje, nikt brzydko mnie nie nazwał, nie poczuł się urażony. Pomyślałam, że albo moje wyobrażenia o białostoczanach są jakieś przestarzałe albo nikogo tym nie dotknęłam, albo widzowie się już uodpornili na pewne rzeczy, które kiedyś mogłyby ich zaszokować.

Ale były protesty przeciwko czytaniu "Golgota Picnic".

- Myślę, że one pojawiły się trochę tak z automatu. Gdyby media o tym nie mówiły, to nie wiem czy ludzie w Białymstoku, czy w innych miastach, poczuliby się tym osobiście dotknięci.

W programie kulturalnym Polskiego Radia Białystok na początku tego roku zaproszeni goście narzekali, że białostockie teatry nie zajmują się współczesnością - miałem wrażenie, że zapatrzeni na inną scenę, "Shakespeare'a" przegapili.

- Mogę tylko apelować, żeby obejrzeli ten spektakl jak najszybciej (śmiech). Ten spektakl wiele mówi o współczesności, ale też o prowincji. Kiedy pisałam ten tekst, był tam też monolog aktora z Polski B, ale z braku miejsca, wypadł. Zaczyna się od słów: "Jestem aktorem z Polski B, ktoś tu musi grać - nie? Chciałbym uciec z prowincji - nie mogę, noszę ją w sobie". Myślę, że gdyby zamiast aktora, wstawić tam człowieka, ten monolog rozpoczynałby się od słów: "Jestem człowiekiem z Polski B, ktoś tu musi żyć - nie?" Przyznaję sobie prawo mówienia o prowincji, bo sama pochodzę z Piotrkowa Trybunalskiego, tam się urodziłam, tam skończyłam szkołę średnią. Sama w sobie też noszę prowincję. Nie uważam, żeby poczucie bycia z prowincji było czymś złym. Ważne, jak się tę prowincję noszoną w sobie umie wykorzystać. Mnie zawsze napędzała do samorozwoju, dawała ambicje i siłę żeby się uczyć, żeby te kompleksy przekuć w coś dobrego. Czasem myślę, że fajnie by było żeby białostoczanie nie traktowali swojej prowincjonalności jako czegoś co ich umniejsza. Żeby spojrzeli na siebie i swoje miasto bez kompleksów. Polska składa się przede wszystkim z prowincji.

Chciałaby Pani, żeby tekst ..Shakespeare" poszedł w Polskę?

- Oczywiście.

O czym powinien mówić teatr na przysłowiowych rubieżach Polski?

- Myślę, że teatry, które są w tak zwanej Polsce B albo nawet C, powinny czerpać z tego miejsca, w którym są zakotwiczone. Moim zdaniem to jest kopalnia tematów. Dzięki poruszaniu tematów lokalnie urodzonych teatr ma możliwość stania się bliższym dla swoich widzów. Warto opowiadać o lokalnych konfliktach, lokalnych trupach pozamykanych w historycznych szafach, bo to są tematy mogące być przyszłością teatru. Trzeba szukać wartości ponadczasowych w naszych lokalnych przeżyciach.

Ale do tego potrzebni są sprawni dramaturdzy...

- Moim zdaniem nie brakuje ich w Polsce, tylko trzeba ich dopuścić do głosu. Wracając do tematów - choćby "Antyhona" - nie jest przecież prostym spektaklem. Jest też ważnym dla społeczności tej części Polski i bardzo dotkliwym. Nie wszyscy zgadzają się z tym, o czym "Antyhona" mówi. Agnieszka Korytkowska-Mazur, reżyserka tego spektaklu, opowiadała mi, że pewna pani rozpoznała ją w Krynkach, złapała ją za rękę i powiedziała groźnie, że ona "się nie wyprowadzi ze swojego domu". Najpewniej mieszkała w pożydowskim domu i po obejrzeniu spektaklu poczuła się w jakiś sposób zagrożona. Ale o takie reakcje nam chodzi. W tej kobiecie się coś poruszyło, dało jej do myślenia. Od tego trzeba zacząć, żeby teatrem dotknąć widza, by zaczął coś odczuwać.

Teraz otwiera Pani szafę z bieżeństwem?

- Zobaczymy, co nam wyjdzie. To też pominięty temat. W ogóle I wojna światowa została u nas bardzo szybko przykryta doświadczeniami drugiej, ważniejszej choćby dlatego, że byliśmy wtedy ukonstytuowanym państwem. Razem z Teatrem Dramatycznym zabieramy się za rok 1915, za Polskę pod zaborami. Co ciekawe bieżeńców stanowili głównie mieszkańcy zaboru rosyjskiego, przede wszystkim ludność prawosławna - być może ten fakt jest przyczyną, że bieżeństwo nie wpisuje się w naszą historyczną pamięć? Polską pamięć historyczną zdominował katolicki punkt widzenia i o tym też chcę opowiedzieć.

Nie czuje się Pani zabawnie, że o problemach Ściany Wschodniej opowiada osoba z centrum Polski?

- Nie. Być może jest mi łatwiej, bo mam dystans. Pochodząc z Piotrkowa mam jakieś poczucie równości z ludźmi z Podlasia, bo jesteśmy z tej samej Polski B, a że nie dotyczy to osobiście mojej rodziny, mogę spojrzeć na temat z pewnego rodzaju obiektywizmem. Może warto o to zapytać twórców w Białymstoku? Być może dla nich to sprawy tak oczywiste, że nie dostrzegli konieczności, by o nich mówić? Nie wiem.

**

Bieżeństwo - po rosyjsku termin ten oznacza uchodźstwo; określa się tak również konkretne uchodźstwo -z terenów zajmowanych przez nieprzyjacielską armię podczas I wojny światowej. 3 maja 1915 roku wojska niemieckie przerwały linię frontu i szybko posuwały się na wschód. Armia rosyjska przyjęła taktykę spalonej ziemi: z pozostawianych terenów wyganiała ludność a majątek przejmowała lub niszczyła. Bieżeństwo dotknęło głównie chłopów z zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego. Najliczniej - z guberni grodzieńskiej (do niej należały ziemie dzisiejszego województwa podlaskiego). Opustoszały głównie prawosławne oraz mieszane wyznaniowo wsie z katolickich ludzie wyjeżdżali mniej masowo - kościół namawiał do pozostania, chronili się więc w lasach, a po przejściu frontu wracali.

**

Dana Łukasinska

Dramatopisarka, scenarzystka, autorka słuchowisk. Absolwentka Laboratorium Scenariuszowego (PISF), Konserwatorium Noweli Filmowej (PISF), Forum Dramaturgicznego (IT). Stworzyła "Antyhonę" - połączenie antycznej tragedii z osadzoną w realiach podlaskich Krynek historią bratobójczych walk i korekty polsko-sowieckiej granicy po II wojnie światowej.

"Shakespeare" to wielopoziomowy spektakl o teatrze ludzkich namiętności, o przemocy w sztuce, teatralności polityki i o polityce w teatrze. Na Międzynarodowym Młodzieżowym Forum Teatralnym M@RT KONTAKT w Mohylewie na Białorusi sztuka została uznana przez jury za "Najlepszy teatralny komiks". Można ją oglądać na małej scenie Teatru Dramatycznego 24,25 i 26 kwietnia o godz. 17.30.

Jerzy Doroszkiewicz
Kurier Poranny
25 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Opowieści
Wydawnictwo MG
Fiodor Dostojewski

Trailer tygodnia

(F) Paralele
Marek Zimakiewicz
„Paralele”, to inicjatywa Fundacji An...