Nie wylewać za kołnierz...

"Don Giovanni" - reż. Maria Sartova - Teatr Wielki w Łodzi

Kiedy kurtyna szybuje w górę oczom widza ukazuje się scenografia, która zdaje się nie rzucać cienia. Oparta na prostych, oszczędnych konstrukcjach, jak z obrazów Giorgia de Chirico, tworzy chłodne schematy miejsc scenicznych. Wizualne opracowanie tej inscenizacji przywołuje z pamięci obrazy Jacka Vettriano. Malarstwo, w którym w relacjach damsko-męskich żadna ze stron nie wylewa za kołnierz, z którego unosi się dym papierosów i ciężki zapach alkoholu zamawianego do pokoju... Z obrazów Vettriano zeszły wszystkie postaci tej opery. Z jego przedstawień są ich emocje.

Don Giovanni porzuca Donnę Annę, ale jednocześnie ciągnie ją za sobą... W jakimś sensie tego wieczoru zaliczył i córkę i ojca... Scena przyjęcia w ogrodzie, pokazana jak bal debiutantek, prowadzi napięcia w płciowym agonie jak w „Kontakthof Mit Damen und Herren ab ´65´" Piny Bausch – te same przyciągania...

W całej inscenizacji wszystkie postaci zostały bardzo mocno poprowadzone. Donna Elvira, tak odurzona, zamotana, że do końca próbuje ratować Don Giovanniego przed jego własnym losem. Choć doskonale zdaje sobie sprawę, że jest zdradzana, że swoją miłością wystawia się na śmieszność. Poniżenie, które zawsze jest tak dobrze widoczne z zewnątrz... W pierwszej osobie można je jedynie przeczuwać, nigdy jednak nie wydaje się ono wystarczającym powodem, by odejść w przeciwnym kierunku. Tacy mężczyźni, jak Don Giovanni po prostu zawsze mają w sobie coś takiego, że ma się do nich słabość. Zawsze im się przesuwa granicę dopuszczalnych wybryków. Donna Elvira jest wobec niego, jak pożyczony bicz boży, który nie działa. Każda scena wymówek i próśb jest z przekonaniem, że teraz to już z pewnością ostatni raz... Don Giovanni nie poświęca jej ani chwili refleksji. Trudno tak naprawdę stwierdzić, po co w ogóle się żenił. Przedstawienie wiruje dookoła rozbuchanego bohatera, który wyzwolony siłą własnej woli niszczy wszystko, co nie uznaje jego dominacji. Sam siebie ustawia ponad prawem i obyczajnością. Trudno jest dopatrywać się jego motywacji. Dookreślić sytuację człowieka, który obalił już wszystkie szlabany graniczne. Gdy świat zewnętrzny próbuje mu odebrać jego niczym nieskrępowaną swobodę – woli skorzystać z gościny Plutona. On nie idzie na żadne kompromisy... Nie spotkał na swojej drodze człowieka wobec którego byłby w stanie się ugiąć. Odśrodkowe siły pchają go wciąż do przodu, psychikę wyrzucając wciąż na parę kroków przed nie nadążającym ciałem.

W cieniu swojego pana, nerwowo przestępuje z nogi na nogę Leporello. Sługa potrzebny przede wszystkim do odwracania uwagi mężów. Nikt lepiej od niego nie zna upodobań tego rozpędzonego samca, który czerpie satysfakcję z samego odhaczania kolejnych zdobyczy. Jest nieskutecznym wyrzutem sumienia Don Giovanniego. Ironicznym echem jego poczynań, który stara się za jednym zamachem przestrzec niczego nieświadome niewiasty, ale i samemu coś uszczknąć z podbojów swojego pana. Przez cały czas odnosi się wrażenie, że to Leporello błyszczy w tym spektaklu. Ma w sobie coś z Puka. Momentami gra w cudzysłowie, jakby ustawiając się bokiem do roli. Aktorsko wyśmienicie potrafi ograć komizm swojego bohatera.

Filmowo poprowadzona dramaturgia tej inscenizacji sprawia wrażenie, że emocje falują nad sceną. Rozpędzają się i przeskakują po konstrukcjach scenografii. Bardzo mocno jest tutaj widoczne myślenie kadrami, ujęciami filmowymi, co prowadzi do budowania ciekawie skomponowanych obrazów scenicznych. W ich prostocie nagle tekst opery strukturyzuje myślenie o całości, w świecie Don Giovanniego: „koło nigdy nie będzie kwadratem..."

 

Olga Śmiechowicz
Dziennik Teatralny Łódź
23 listopada 2015
Portrety
Maria Sartova

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia