Nie wypychaj szczęścia za drzwi!

"Don Kichot" - reż. Konrad Dworakowski - Grupa Coincidentia Białystok, Teatr Pinokio w Łodzi

„Don Kichot" Teatru Pinokio i Grupy Coincidentia to pozycja dla widzów wymagających. Spektakl otwiera Ewa Wróblewska, której głos i temperament każą posądzać ją o hiszpańską krew. Aktorka wita widzów nieco przekornie, wykonuje cały utwór stojąc tyłem. Wszędzie wokół piasek, w tle biały rumak, na wpół lustrzana ściana. Opowieść o błędnym rycerzu snują leniwie pozostali, aż tu nagle...

...aż tu nagle piasek, po którym swobodnie chodzili zaczyna się ruszać!

Trudno mówić o mocnych stronach „Don Kichota", bowiem nie sposób znaleźć słabe. Konrad Dworakowski śmiało korzysta z potencjału teatru jako żywej tkanki, nie boi się ognia, wody, piasku. Konstruuje swoje dzieło z naturalnej, bardzo wdzięcznej materii, która sprawdza się świetnie również na deskach Teatru Pinokio (spektakl miał już swoją premierę na scenie Grupy Coincidentia w teatralnej stodole w Solnikach).

Scenografia Andrzeja Dworakowskiego staje się niezależnym bohaterem. Odwołuje się do tkwiącej w nas dziecięcej ciekawości. Działa jak zaczarowany ołówek, jak stoliczku nakryj się. Potrzebujesz ptasie pióro? Proszę bardzo! Z sufitu spada cała gęś. Przydał by się kolejny rekwizyt? Nie ma sprawy, wykop sobie z piasku. Potrzebna woda? W porządku, bo mamy działający na pustyni kran. Wspaniale zaprojektowana przestrzeń sprawia wrażenie niepozornego bałaganu, który wraz z rozwojem akcji wciąż zaskakuje wielością zastosowań, ukrytych przedmiotów oraz możliwością modyfikowania go. Oprawa muzyczna stworzona przez Tomasza Lewandowskiego, wykonana przez wirtuozów wszystkiego (co wpadnie im w ręce, na tym zagrają!) stwarza iście hiszpański koloryt. Instrumentem ustanowiono nawet plastikową butlę z piaskiem czy metalową beczkę. Sprytnie wykorzystano w spektaklu kamerę, raz wprowadza sceny lalkowe, innym razem transmituje ruchome tło jadącemu konno bohaterowi, czasem jest odbiciem urojeń rycerza, a wymierzona w widzów wytwarza atmosferę grozy.

Sam Don Kichot w rozciągniętych kalesonach, butach narciarskich, skórzanej pilotce i goglach pojawia się na scenie dość niespodziewanie. Na brudnym podkoszulku nosi fragment zbroi z przymocowaną podkową na szczęście. Przedmiot jednak nie działa poprawnie, szlachcic ewidentnie szczęścia nie ma. Być może dlatego, że podkowę umieszczono odwrotnie niż nakazuje przesąd? Kostium odpowiada za wysoki procent w rozrachunku komizmu postaci. Ale to nie wszystko, nietuzinkowe wcielenie Don Kichota charakteryzuje się dynamizmem, jakąś niespodziewaną gracją w swojej pokraczności, urokiem oraz absolutną wiarą w swoje przekonania. Mimo dorodnych wąsów i brody nie traci na wiarygodności, oczy szaleńca mówią wszystko. Paweł Chomczyk stworzył postać zabawną, spójną, wielowymiarową. A cóż to dla niego? Udowodnił, że może nawet spać na stojąco! Nietrudno sympatyzować z nieporadnym Don Kichotem, kiedy dokucza swemu wiernemu giermkowi, miota się po scenie, stawia literaturę ponad majątek, opowiada niestworzone historie, po czym wciela je w życie. Siedząc wygodnie, oddzieleni niewidzialnym ekranem, obserwujemy poczynania szlachcica w kryzysie. Sytuacja staje się mniej wygodna, kiedy szlachcic ów bezpardonowo ten ekran przekracza... Pół biedy jeśli zrobi coś sobie, ale właśnie zmierza ku widowni!

W roli Sancho Pansy sprawdza się Łukasz Batko. Wiernie wspiera swego rycerza, rozczulająco się nim opiekuje, a kiedy trzeba udaje, że nie słyszy. Gdy połamany usiłuje nałożyć „szyszak" jawi się jako mistrz Charlie Chaplin wyjęty ze slapstickowej komedii. Rozliczne upadki w piasek nasuwają pobożne życzenie, aby poczciwemu Sancho słono płacono za tę rolę. Piotr Osak zmienia akcenty jak rękawiczki. Zaryzykuję stwierdzenie, że zmiany kostiumów w tym przypadku były zbędne. Aktor operując samym głosem mógł kreować nowe wcielenia. Hrabina z brodą (wspaniała Dagmara Sowa) czaruje zarówno biegając z podpalanym sprayem, jak i bawiąc się w piasku jako ciężko pobity Andrzejek. Maciej Cempura wykazał się świeżością i zmysłem komicznym. Spisuje się w dynamicznych scenach walk z Don Kichotem. Zespół jest zgrany, współpracuje lekko i sprawnie, mydli widzowi oczy, że aktorstwo nie jest ciężką pracą, a raczej szkolnymi wygłupami w wieku najbardziej wygłupom sprzyjającym. Sztuka płynnie przechodzi z komedii pomyłek w bardziej melancholijne tony. Opowiada znaną, wielokrotnie adaptowaną historię utrzymując uwagę widza do ostatniej chwili. Interpretacja złożona ze zręcznej warstwy komediowej, dopracowanej strony formalnej oraz subtelnej symboliki. Bardzo aktualna, choć osadzona w klasyce. Pozostaje tylko wzdychać nad wyrazistą sceną z wiatrakami, nad dopracowanym w milimetrach ruchem scenicznym, nad wspaniałą muzyką i wokalną finezją Ewy Wróblewskiej, nad mistrzowską reżyserią oraz wysublimowanym poczuciem humoru. I po cóż takie recenzje pisać?

Teatr Pinokio uznawany powszechnie za teatr dla dzieci proponuje szeroką ofertę dla widza dorosłego, zachowując przy tym pełen profesjonalizm i kunszt sztuki aktorskiej oraz lalkarskiej. Zachwyca mistrzowskimi rozwiązaniami scenograficznymi, sprytem i pomysłowością w wykorzystaniu teatralnych sztuczek na niewielkiej, kameralnej scenie. Przekonuje szczerością, gościnnością, miłością do teatru. Naprawdę miło zobaczyć coś, co powstaje z potrzeby serca, nie portfela. Warto pójść za radą poczciwego Sancho.

Gdy Pinokio zaprasza, zostaw wszystko, idź na spektakl!

Katarzyna Drab
Dziennik Teatralny Warszawa
7 grudnia 2018

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia