Niebezpieczne manowce miłości

"Proca" - reż. André Hübner-Ochodlo - Teatr im. A. Mickiewicza w Częstochowie

Z pozoru błahe zdarzenie staje się okazją, by zajrzeć w dusze dwóch zakompleksionych, głęboko nieszczęśliwych egocentryków, którzy z różnych względów nie radzą sobie w życiu. "Proca" w reż. André Hübnera-Ochodlo mogłaby być naprawdę przejmującą historią niespodziewanej bliskości między dwoma mężczyznami. Jednak w konfrontacji aktorów kreujących kluczowych bohaterów nokaut następuje, niestety, już w pierwszych minutach przedstawienia.

Sztuka Nikołaja Kolady opowiada o czymś, wydawać by się mogło, niemożliwym. Wzajemna męska fascynacja (szybko przemieniająca się w namiętność i toksyczną miłość), przydarza się bohaterom w komunistycznej rzeczywistości Rosji lat 90. minionego wieku - tak jak i obecnie skrajnie przecież nietolerancyjnej wobec wszelkiej "inności". Przekraczanie powszechnie uznanych za "normalne" granic relacji męsko-męskich w takim społeczeństwie musi przecież wiązać się z olbrzymim lękiem, obawami czy wątpliwości. Tak też jest w przypadku Ilji i Antona.

Ten pierwszy to kaleka, pozbawiony nóg zapijaczony żebrak spod sklepu monopolowego, nienawidzący wszystkich i wszystkiego. Z kolei Anton jest młodym "ładnym" chłopcem z dobrego domu, który postanawia pomóc niepełnosprawnemu pijakowi po kolejnej libacji. Ich przypadkowe, zdawałoby się, spotkanie okazuje się preludium do seansu odkrywania przed widzami traum z przeszłości i przełamywania kolejnych granic między bohaterami. Obaj cierpią, obaj są nieszczęśliwi, obaj nie potrafią sobie poradzić z własnymi słabościami. Pewnie dlatego, pomimo różnicy lat, życiowych doświadczeń i odmiennych charakterów, zaczynają uzależniać się od zabarwionej fascynacją erotyczną relacji.

Cały świat sztuki Kolady sprowadzony jest do schludnego, ale zaniedbanego mieszkania Ilji. To tutaj poznajemy bohaterów podczas kolejnych wizyt Antona lub sąsiadki Ilji, Larysy (wprowadzonej do sztuki przez autora i przez reżysera spektaklu zupełnie niepotrzebnie, bo Larysa okazuje się bezbarwną, stereotypową "upadłą" kobietą, będącą dla Ilji jak natrętna mucha, którą trudno odgonić od posiłku).

André Hübner-Ochodlo (reżyser i autor scenografii do przedstawienia) mieszkanie Ilji przedstawia z perspektywy skromnego salonu czy też dużego pokoju, przesłoniętego w centralnej części półprzezroczystą ścianą pleksi, która w toku opowieści okaże się oknem. W ten sposób przesłania część sceny widzom, sugerując pewną nieprzejrzystość losów bohaterów i trudność ich jednoznacznej oceny. Takich prostych, niepotrzebnych gestów, znajdziemy w "Procy" Teatru Atelier więcej, bo Anton miewa przedziwne drgawki, podczas których jego ciało wykrzywia się w dziwnych pozach (po których zazwyczaj nagle pada na ziemię) w momentach, gdy Ilja coraz śmielej zwierza się młodemu przyjacielowi. Trudno traktować je inaczej niż naiwne "unaocznienie" widzom stanów emocjonalnych rozdartego wewnętrznie bohatera.

Całe przedstawienie zbudowane jest wokół Ilji, granego przez Adama Hutyrę. Ten doświadczony aktor, już w początkowej scenie przedstawienia odgrywa praktycznie osobny "teatr w teatrze", ukazując dramat człowieka bezsilnego, agresywnego i rozpaczliwie samotnego. Ilja cedzi słowa w pijackim bełkocie, z pasją wygraża wyimaginowanym wrogom, miota się jak zwierzę w potrzasku, poruszając się na wózku inwalidzkim - dosłownym atrybucie swojej niemocy i niedołęstwa. Przeklinając wszystkich wokół, życzy im jak najgorzej, by - jak przyzna w pewnym momencie - poczuli się tak samo źle jak on (do tego służy mu tytułowa proca). Hutyra tworzy popisową, "wcieleniową" kreację, której można zarzucić chyba tylko to, że to wręcz modelowy, aż do przesady dokładny obraz nieszczęsnej "chorej rosyjskiej duszy", z całym wachlarzem reakcji i zachowań, które cechowały bohaterów Czechowa, Gogola czy Dostojewskiego.

Niestety, Hutyra nie ma na scenie podobnej klasy partnera, bo drętwy Anton w wykonaniu Tomasza Włosoka sprowadzony został praktycznie do roli kukły, znajdującej się obok Ilji i umożliwiającej mu kolejne sceniczne popisy. Młody aktor ogranicza się przy Hutyrze do roli asystenta czy statysty, całkowicie oddając pole koledze. Anton wypada bardzo nieprzekonująco także z uwagi na zaskakujące braki warsztatowe Włosoka, który zmianę emocji potrafi zamanifestować jedynie nerwowym pijackim śmiechem lub krzykiem. Na tle zniuansowanej gry Adama Hutyry aktorstwo Włosoka okazuje się boleśnie ubogie i jednowymiarowe. Przeciętnie wypada również Larysa Iwony Chołuj, jednak w tym wypadku aktorka ma utrudnione zadanie, bo gra niewielkie i do tego praktycznie niepotrzebne epizody.

Spektakl, oprócz gry Adama Hutyry, ma jednak jeszcze jeden jasny punkt. To doskonała muzyka Adama Żuchowskiego, w której delikatne brzmienie pianina w połączeniu z różnymi dźwiękami maszyn domowych i drogowych w tle, świetnie uzupełnia gęstą atmosferę spotkań bohaterów spektaklu. Muzyka Żuchowskiego bardzo dobrze buduje nastrój niepokoju czy grozy. Kiedy trzeba, wzmaga też u widzów poczucie dyskomfortu, a kiedy indziej tonuje i wycisza emocje.

Oddać trzeba reżyserowi sopockiej (ściślej rzecz ujmując, przygotowanej w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie jako koprodukcja z Teatrem Atelier) wersji "Procy", że spektakl ma dobrą dramaturgię. Gdyby André Ochodlo zrezygnował z nachalnych zawieszeń akcji, dziwacznych póz Antona i kilku zbędnych, zbyt dosłownych dopowiedzeń (jak urna z prochami w ostatniej scenie), to przedstawienie śmiało można by uznać było za zgrabną opowieść o beznadziejnej (a przez to toksycznej) miłości, przedstawionej na przykładzie dwóch życiowych rozbitków. Przez nadmiar wspomnianych reżyserskich ingerencji opowieść trudnej relacji Ilji i Antona z czasem staje się nużąca i coraz mniej istotna. W tej sytuacji warto zobaczyć "Procę" tylko dla aktorstwa Adama Hutyry i muzyki Adama Żuchowskiego.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
12 lipca 2016

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia