Niech wreszcie spokój trwa

reportaż o Sławomirze Łozińskiej

Punto grandę zaparkowane przed teatrem Ateneum na warszawskim Powiślu wyróżnia się spośród innych aut. Krzykliwy pomarańcz, błyszcząca karoseria, lśniące felgi. Wygląda, jakby dopiero co wyjechało z salonu.

- O, przepraszam, kupiłam go już pięć lat temu, był pierwszy w Warszawie - stwierdza Sławomira Łozińska. Ma absolutnego bzika na punkcie samochodów, kocha jeździć - szybko, brawurowo. Nie dalej jak kilka miesięcy temu przejechała w ciągu paru tygodni osiem i pół tysiąca kilometrów. Jednego dnia w Legnicy, drugiego w Terespolu, trzeciego w Supraślu. - Jeździłam sama po całej Polsce, uwielbiam takie podróże.

- Kiedyś przewiozła mnie moim cinąuecento - wspomina Ewa Ziętek, aktorka, przyjaciółka Łozińskiej jeszcze z czasów studiów. - Zasiedziałyśmy się, ona spieszyła się do radia, zaproponowałam, że ją podrzucę. "Dobra Ziętek, aleja prowadzę", zadecydowała. Pokonała trasę do centrum w takim tempie i w taki sposób, że wyszłam z samochodu ledwo żywa. Co tam światła, ograniczenie prędkości! Sławka to pirat drogowy - śmieje się Ziętek.

Wiosną tego roku Łozińska musiała ponownie zdawać egzamin na prawo jazdy. -W ciągu dwóch tygodni przyszło do mnie sześć kopert ze zdjęciami zrobionymi przez fotoradar - opowiada. - Dostałam ponad czterdzieści punktów karnych. - "Słuchaj, czy ty uwierzysz, że można w kilka dni dwukrotnie przekroczyć dozwoloną liczbę punktów?", pytała z miną niewiniątka - wspomina

Ziętek. - Spojrzałam na nią i odrzekłam: "W twoim przypadku jest to absolutnie możliwe".

DO INDU NIE POJADĘ

Teatr jest opustoszały. - To martwy sezon - tłumaczy sekretarka. Zegar wybija równą godzinę. Słychać odgłos nadjeżdżającej windy. Łozińska wypada zdyszana. Opalona (wczoraj wróciła z Mazur), krótkie blond włosy, sukienka w kwiatki, płaskie sandałki. Zero makijażu. - Proszę nie dać się zwieść - uśmiecha się. - Nad tym naturalnym wyglądem trzeba pracować. Regularnie chodzę do kosmetyczki, korzystam ze wszystkich możliwych zabiegów pielęgnacyjnych. W nosie mam natomiast ciuchy. Jedyna słabość to buty i perfumy - dodaje z rozbawieniem.

- Sławka bardzo się zmieniła - mówi przyjaciółka aktorki. - Schudła prawie dwadzieścia kilogramów. - Ona jest po prostu zakochana - śmieje się aktor Tadeusz Chudecki, wieloletni przyjaciel aktorki. Sama Łozińska broni się przed tzw. nazywaniem rzeczy po imieniu. - Proszę napisać: "Z dużą ostrożnością i delikatnością odbudowuje swoje życie osobiste" - powtarza. - Już niczego nie planuję - trochę się usprawiedliwia. - Nie myślę: "Pod koniec sierpnia skoczę do Paryża, stać mnie na to", bo do sierpnia może już mnie nie być. Za dużo strat przeżyłam. Wiem, jak to jest, gdy świat zmienia się w sekundę.

Bardzo długo nie chciała udzielać wywiadów. O tym, co było kiedyś, opowiadała przecież nieraz. Skończyła PWST w tym samym roku co Krystyna Janda, Joanna Szczepkowska, Gabriela Kownacka, Ewa Ziętek, Emilian Kamiński. Wspaniali, zdolni, obiecujący. Tak o nich mówił opiekun roku Andrzej Łapicki. Prawie wszyscy zrobili karierę. Łozińska już na drugim roku grała w Teatrze Narodowym. Rola Bronki w serialu "Daleko od szosy" w reż. Zbigniewa Chmielewskiego, którą otrzymała dwa lata po zrobieniu dyplomu, przyniosła jej ogromną popularność. Potem były inne nagradzane występy. No i wielka miłość, małżeństwo z utalentowanym pianistą Januszem Olejniczakiem. Urodził się pierwszy syn Tomek, pięć lat później - Paweł. Wycofała się ze sceny; bo stwierdziła, że macierzyństwa i aktorstwa nie da się połączyć. Niedawno sięgnęła do ostatniego dużego wywiadu, którego udzieliła kilkanaście lat temu. Była zaraz po rozwodzie, budowała nowe życie. Co myślała, gdy teraz czytała ten tekst? Jakby ta cała historia dotyczyła innej Sławki. Bo to, o czym mówiła wtedy; działo się jeszcze przed TYM. Długo nie potrafiła powiedzieć wprost: "śmierć". Setki zastępczych słów; najczęściej po prostu "to". TO spotkało jej starszego syna. - Tomek miał 24 lata - opowiada Tadeusz Chudecki. - Był zapalonym żeglarzem, najlepszym studentem na medycynie, miał dziewczynę. Wysiadał z autobusu i skręcił nogę, założyli mu gips. W nocy dostał zatoru, rano już nie żył. Można ją oczywiście o śmierć syna pytać, ludzie czasem to robią, a ona odpowiada, że potem to już właściwie nic nie ma, że nienawidzi się ludzi, pragnie tylko samotności. Nie potrafi się kochać, a w chwili desperacji mówi się młodszemu synowi: "Albo mi teraz pomożesz, albo pójdziemy na dno". Ze jest się już w innym miejscu i to się nigdy nie zmieni. Relacje z ludźmi, smak, węch. - Widzi pani, ja w tamtym wywiadzie mówiłam, że uwielbiam koperek, kolor zielony i angielską pogodę. A to nieprawda, zielonego nie lubię, koperku nie jem.

Więc, oczywiście, można by jeszcze tłumaczyć, jak to jest brać tabletki tak silne, że nawet obeznani w świecie prochów nazywają je kilerami. Tracić świadomość wieczorem, upijać się do nieprzytomności, a i tak budzić w środku nocy i wiedzieć, że TO się stało. Czy można opowiadać o cierpieniu? Po ośmiu latach powie już tylko, że trzy razy w tygodniu chodziła na cmentarz. Znała każdą alejkę, wiedziała, ile kroków prowadzi od bramy do miejsca, gdzie jest Jego grób. A normalne życie? Nie potrafiła wymawiać imienia Tomka i już wie, że nie pojedzie w miejsca, które on kochał: do Australii, Chorwacji, Indii. - Ale jeśli jadę gdzieś, gdzie Tomka nie było, mówię do siebie: "Zobacz, jak tu pięknie".

- Nigdy nie skupiała się na sobie - opowiada Chudecki. - Pół roku po pogrzebie spytałem: "Sławka, możesz już spać?". Odpowiedziała, jak to ona, spokojnie: "Mogę. Chociaż dzisiaj obudziłam się o drugiej w nocy i wymalowałam całą kuchnię". Nawet w takim stanie musiała działać. - Nie chcę żadnej martyrologii, dobrze? - prosi Łozińska. I powtarza, że zgodziła się na rozmowę, bo wreszcie normalnie potrafi odpowiadać na pytania, wstać rano bez bólu, mówić o tym co dzisiaj. O teatrze, graniu, codzienności.

- Najgorsze cierpienie potrafi przekuć na sukces - opowiada Ziętek.

- Gdy zmarł Tomek, pracowała w Teatrze Narodowym jako koordynator pracy artystycznej, była w radzie nadzorczej Polskiego Radia i organizowała jakiś konkurs. Niczego nie odpuściła. Po roku dostała propozycję wejścia do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

DZIŚ NASTRÓJ ŚREDNI

Śmieje się, że w jej życiu wszystko musi być na odwrót. Kiedyś była tak poukładana, odpowiedzialna. - Pamiętam, jak na studiach szykowałyśmy się na bankiet w szkole teatralnej - wspomina Ziętek.

- Mieszkałam w Dziekance, Sławka miała u mnie nocować. Patrzę oniemiała, a ta wyciąga z torby klapki, dwie pary majtek, ręczniki, pastę do zębów. "Po co ci to wszystko?", pytam. A ona spokojnie: "Zobaczysz, może się przydać".

Samodzielność wyniosła z domu. O rodzicach mówi: "Pokolenie wojny łączące w sobie potrzebę życia i wiecznego lęku, że zaraz przydarzy się coś strasznego". - Mama nauczyła nas gotować, dziergać, szyć, przechowywać żywność, no i przede wszystkim robić coś z niczego - wspomina Łozińska. - Wpadało się do niej o północy, a ona rozmrażała schabowe, fasolkę po bretońsku albo bigos. Mistrzyni kulinarna!

- zachwyca się Ewa Ziętek. - Nawet jeśli w szafce znalazła tylko jajko, mąkę i tłuszcz, potrafiła wyczarować cuda.

Przez lata prowadziła dom otwarty. - Także podczas najgorszego okresu naszego małżeństwa ciągle ktoś u nas bywał. Wolałam rozgardiasz niż pustkę, tak wyczuwalną i bolesną, gdy zostawaliśmy sami. O związku z Januszem Olejniczakiem też opowiadała: "Kilkanaście lat szarpaniny". Tadeusz Chudecki: - Dwie silne osobowości, nie mogło im się udać. Ewa Ziętek: - E, tam. Sławka we wszystkim mu ustępowała. Była matką, żoną, kochanką.

Wiele lat mówiła o swoich problemach nie wprost. Na przykład: "Zmagaliśmy się z chorobą Janusza". - Byłam tak skupiona na wyczuwaniu jego nastrojów; że nie odróżniałam dnia od nocy, lata od zimy. Do tej pory zadaje sobie pytanie, czy można jasno stwierdzić, czemu im nie wyszło. - Może kiedyś napiszę o tym książkę? - zastanawia się. - Kochałam za bardzo. Pragnęłam czułości, akceptacji. Nie oczekiwałam niczego w zamian. Mąż kiedyś mi zarzucił, że jest między nami źle, bo nie stawiam mu żadnych granic.

Sama płaciła rachunki, naprawiała kran, wbijała gwoździe. Dziś już nawet z lekkim rozbawieniem wspomina scenki ze wspólnego życia. Poszła do sklepu kupować mu nowe okulary, bo za nic w świecie sam by tego nie zrobił. Optyk pyta: "Te oprawki będą dobre?". "Nie, te nie". Na ladzie ląduje kilkanaście oprawek - te za małe, te za duże, za kolorowe, za szare. Sprzedawca proponuje: "Chyba będzie łatwiej, jak mąż sam się tutaj wybierze". Łozińska zdenerwowana: "Nie, nie, to absolutnie niemożliwe". "To on siedzi w więzieniu?", pyta w końcu zdziwiony optyk. Walka o spokój, o przetrwanie. Tak była wypalona, że nie umiała grać.

- Aktorstwo wymaga grzebania w trzewiach, a ja miałam niskie poczucie własnej wartości. Każda trudniejsza rola sprawiłaby, że rozpadłabym się na kawałki - mówi. Ostatecznie rozstała się z mężem, gdy młodszy syn miał 12 lat, starszy - 17. Wtedy zagrała w Narodowym Pasierbicę w sztuce Pirandella "Sześć postaci szuka autora" w reżyserii Jerzego Krasowskiego. - Jedna z moich najlepszych ról, wreszcie mogłam pokazać temperament, no i nogi - uśmiecha się. Dostała też rolę w słynnym w latach 80. serialu "W labiryncie" w reżyserii Pawła Karpińskiego.

Miłość? - Och, niech pani nie będzie dzieckiem, męża przestałam kochać bardzo szybko. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo trzyma przy kimś uzależnienie od niego. Wydaje ci się, że nie - możesz bez tej drugiej osoby oddychać, chociaż w głębi duszy wiesz, że wszystko co dobre dawno minęło. Ależ tak, chciała się od tego uwolnić. - Na początku czekałam na księcia na białym koniu, który pokocha mnie, moich synów; i już wszystko będzie cudownie. Lata terapii uświadomiły mi, że nie da się odejść do kogoś. Trzeba najpierw zrobić porządek ze sobą.

Po rozwodzie miała jeden poważny związek. - Może bardziej z rozsądku? - zastanawia się. Ta miłość-niemiłość rozpadła się po śmierci Tomka. - Nie potrafiłam z nikim być. To chyba nawet nie wina tamtego mężczyzny. Chociaż odmierzał czas żałoby, jakby chciał spytać: "Sławka, na ile ty umarłaś? Bo wiesz, minął już miesiąc, dwa, trzy...".

Z byłym mężem zbudowali coś na kształt przyjaźni, choć rzadko się kontaktują. Ale w zeszłym roku, gdy dowiedział się o śmierci jej mamy, przyjechał w ciągu pół godziny. - Piliśmy kawę i milczeliśmy - wspomina Łozińska. - To jest niesamowite: przeżyć piekło z człowiekiem, rozwieść się, a potem wiedzieć, że rzucił wszystko, żeby przez chwilę pobyć z tobą w cierpieniu.

PO CO PYTASZ?

- Sławka jest prawdziwym społecznikiem, lubi mieć dużo do zrobienia - mówi Tadeusz Chudecki. - Doskonale sprawdza się jako menedżer. Nie zależy jej na władzy, blichtrze. Jako wiceprezes Związku Artystów Scen Polskich zrobiła więcej niż ktokolwiek wcześniej.

Do władz ZASP-u została wybrana w 1996 roku. Kazimierz Kaczor: - Gdy zostałem prezesem związku, od razu pomyślałem, że Sławka byłaby moją idealną zastępczynią. Była znaną aktorką, zawsze odpowiedzialną, trzeźwo myślącą. Nie myliłem się. Okazała się specjalistką do zadań specjalnych. Potrafiła załatwić wszystko. Żeby lepiej radzić sobie w świecie finansów; zapisała się na studia menedżerskie przy SGH.

- Bardzo dużo zrobiła dla środowiska - opowiada Ewa Ziętek. - Razem z Kazimierzem Kaczorem walczyła dla artystów o tantiemy za powtórki radiowe i telewizyjne, brała udział w pracach legislacyjnych. Ziętek podkreśla, że Łozińska była do końca lojalna wobec Kazimierza Kaczora. - W 2002 roku zarzucono mu narażenie związku na stratę 9 min złotych. Po latach śledztwo umorzono, bo nie dopatrzono się żadnych błędów; jednak od Kaczora odwróciło się całe środowisko. Ale nie Sławka. - Pamiętam, jak powiedziała: "Jeśli masz usiąść na ławie oskarżonych, chcę być tam razem z tobą" - wspomina Kaczor.

- Zawsze stara się wszystkich zrozumieć - stwierdza Ewa Ziętek.

- Ma zdolność wyczuwania ludzi, być może dlatego, że słucha jak nikt. I jest pomocna. Gdy wróciłam z Niemiec, nie miałam żadnych propozycji. Sławka występowała w Teatrze na Woli. "E, nie chce mi się tego grać. Chcesz tę rolę?", spytała. Kiedyś ja ją zawiodłam jako przyjaciółka. Nigdy mi tego nie wypomniała. Nie bawi się w plotki, kłótnie - dodaje Ziętek.

Ale znajomi żartują, że potrafi być złośliwa. - Kiedyś uważałam, że złośliwość jest przejawem inteligencji - mówi Łozińska. - W końcu ktoś mi powiedział, że potrafię nią ranić. Postanowiłam się hamować. Łozińska nie owija w bawełnę. Przyjaciółka przychodzi do niej z dylematem: "Poradź, mam wyjść za niego za mąż?". Łozińska ze stoickim spokojem: "Chyba właśnie odpowiedziałaś sobie na to pytanie". Inna opowiada: "Byłam u wróżki, powiedziała, że jak zmienię podejście, to będzie dobrze". Sławka: "Powiem ci to samo, za darmo".

Do bólu racjonalna. Ale jednocześnie pomysłowa. - Na urodziny dała mi wielkie puzzle - opowiada Mariola Bojarska-Ferenc. - "Może teraz poćwiczysz trochę umysł", zażartowała. Gdy Ewa Ziętek złamała rękę, Łozińska zadzwoniła do niej w urodziny: "Dziś cały dzień jestem dla ciebie, to mój prezent. Mów, gdzie cię zawieźć".

W DOMU ZOSTANĘ

Ma teraz dobry okres. Praca w serialu "Barwy szczęścia" daje jej dużo radości. - Uwielbiam go i wcale się nie wstydzę, że występuję w operze mydlanej - stwierdza.

W 2008 roku dostała propozycję zostania dyrektor naczelną teatru Ateneum. Jakim jest szefem? - Proszę spytać innych - uśmiecha się. Tak więc mówią, anonimowo, bo nie chcą być posądzeni o lizusostwo: że jest ciepła, sprawiedliwa, a jednocześnie konsekwentna.

Upał. W Ateneum nie ma czym oddychać, powietrze stoi, klimatyzacja nie działa. Łozińska dała wolne większości pracowników. Sama jest, oczywiście, w pracy. Przecież ciągle ma coś do załatwienia. Sprawy administracyjne, spotkania z nieocenionym zastępcą w sprawie remontu, podpisywanie umów; dyskusja z księgową, na koniec rozmowa zjedna z kandydatek do pracy. W wakacje ma wreszcie więcej czasu. W sezonie gra w Teatrze Narodowym w przedstawieniu "Mrok" w reżyserii Artura Tyszkiewicza. Teraz wreszcie się wysypia, minimum do ósmej, bo potrzebuje dla siebie rano co najmniej dwóch godzin. Przegląda prasę, słucha radia, dzwoni do koleżanek, z którymi na co dzień nie ma czasu się spotkać.

Weekendy spędza w letnim domu w Wildze pod Warszawą. Las, kwiaty, trawa, świeże powietrze. Ciągle nie może się zdecydować, czy kiedyś wyniesie się z miasta, czy wręcz przeciwnie, zamieszka w mieszkaniu w samym centrum. Na razie nie potrafi wyprowadzić się z mieszkania na Ursynowie, mieszka w nim od lat. - Ciągle mnie kusi, żeby je sprzedać, ale wciąż nie potrafię się na to zdecydować. Choć to i tak ogromny postęp, że dopuszczam do siebie myśl o wyprowadzce. Kiedyś uważałam: "Zostanę w nim na zawsze, bo tu było wszystko, co kochałam".

Plany aktorskie: "Jak uporządkuję sprawy teatralne, to może wreszcie zagram coś poważnego. Może sama coś napiszę?". - O czym marzę? O spokoju. Pamiętam, jak kiedyś ktoś mi powiedział: "Nie ma takiego stanu stabilizacji, który by nas zwolnił od lęków egzystencjalnych. Spokój to chwile nieuwagi Stwórcy". Chciałabym tylko, żeby ta nieuwaga trwała jak najdłużej...

Katarzyna Troszczyńska
Pani
2 września 2010

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia