Niech życie trwa!

„Anioły w Ameryce" – reż. Krzysztof Warlikowski – Nowy Teatr w Warszawie

Życie jest piękne, ale często mamy problem to dostrzec, bo w tym świecie trudno być prawdziwym sobą. Inna orientacja seksualna, religia czy poglądy polityczne oraz stan zdrowia spychają „odmieńców" na margines społeczny. Absolutnie tak nie powinno być. Każdy ma prawo do życia!

Niezależnie od tego w kogo wierzy lub z kim woli spędzać noce. Niestety, mimo że mamy XXI wiek, dalej zmagamy się z nietolerancją – homofobią, rasizmem, antysemityzmem...itd.

Spektakl „Anioły w Ameryce" w Nowym Teatrze miał premierę w 2007 roku. Od 14 lat widownia, w Polsce oraz za granicą, wypełnia się całkowicie, aby obejrzeć dzieło w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, według dramatu Tonego Kushnera. Przedstawienie było, jest i zawsze będzie na czasie. Fabuła krzyczy ze sceny w imieniu tych, których świat nie potrafi zaakceptować. Uświadamia okrucieństwo, które ludzie wyrządzają ludziom. Skłania do refleksji i otwiera głowę, a przede wszystkim serce.

Sztuka opowiada losy czterech gejów. Każdy z nich jest postacią tragiczną, ale ten tragizm przejawia się u każdego bohatera inaczej. Roy (Andrzej Chyra) jest pracoholikiem i bucem. Nie liczy się z ludźmi, traktuje ich przedmiotowo. Zależy mu tylko na wzbogaceniu się. Kiedy dowiaduje się, że ma AIDS nie zmienia swojego zachowania. Walczy z choroba i dalej wojuje z całym światem, nawet z tymi, którzy chcą mu pomóc. Prior (Tomasz Tyndyk) jest chory, ale ma ogromną wolę życia i chce wygrać z przekornym losem. Na leczenie reaguje całkiem dobrze, boli go najbardziej złamane serce, gdyż ukochany opuścił go w potrzebie. Lucas (Jacek Poniedziałek) nie jest stabilny w uczuciach. Od ukochanego odchodzi, bo boi się jego choroby. Wchodzi w nowy związek, ale kieruje się głównie cielesnością, a nie uczuciami. Joe (Maciej Stuhr) ukrywa swoją orientacje, bo jest żonaty. Oprócz tego jest Mormonem. Mężczyzna gubi się w zasadach, uczuciach, myślach. Próbuje być sobą, ale to kłóci się z jego obrazem w społeczeństwie. Każdy z bohaterów przeżywa ogromne rozterki, popełnia błędy, rani siebie i innych.

„Anioły w Ameryce" to spektakl bez cenzury, nadzwyczaj realny. Język pełen wulgaryzmów, seksualność, gołe ciało, śmiech, pot i łzy to przecież część życia każdego z nas. Tutaj nie jest to przesadzone, ale wyraźnie zaznaczone. Fabuła jest ważna, lecz to aktorzy tchnęli do życia swoje postacie. Na ich twarzach były wypisane emocje, lały się łzy, pojawiał się grymas bólu. Ton głosu nadawał tempa kłótniom, ale także romansom.

Każda aktorka (Magdalena Cielecka, Maja Ostaszewska, Dorota Kolak, Danuta Stenka), każdy aktor (Maciej Stuhr, Tomasz Tyndyk, Andrzej Chyra, Jacek Poniedziałek, Rafał Maćkowiak Mariusz Bonaszewski) zasługują na wielkie uznanie. Bez ich aktorstwa przez wielkie A – spektakl nie wchodziłby tak głęboko w naszą psychikę. Pomimo pięciu i pół godziny trwania przedstawienia aktorzy nie pokazują zmęczenia. Ich nie ma na warszawskiej scenie. Oni są wchłonięci przez Amerykę. Mimo to utrzymują kontakt z publicznością, szczególnie pod koniec przedstawienia widzowie stają się elementem dialogu, niezwykle wzruszającego.

Moim zdaniem na największe uznanie zasługują Tomasz Tyndyk i Macie Stuhr. Obaj panowie grali niezwykle realnie. Zdarzało im się być całymi we łzach i ślinie, a nie wychodzili z roli, żeby się otrzeć tylko grali do końca. Odgrywali sceny seksualne, statyczne, dynamicznie i zawsze w skupieniu, na najwyższym poziomie. Na nich patrzyło się z największą uwagą. Zdecydowanie było warto.

Ważną rolę w przedstawieniu odgrywa światło oraz muzyka Pawła Mykietyna, z piosenkami Adama Falkiewicza. Scenografia nie jest skomplikowana. Na scenie, po bokach, stoją krzesła, fotele, kanapa, trumna, łóżko szpitalne, a aktorzy zależnie od tego, do jakiego pomieszczenia się przenoszą – przemeblowują scenę. Kostiumy Małgorzaty Szczęśniak są zwyczajne, bo spektakl opowiada o lasach zwyczajnych ludzi. Mężczyźni są ubrani w garnitury, gdyż są urzędnikami, a kobiety noszą sukienki lub luźne spodnie.

„Anioły w Ameryce" poruszają motyw tożsamości seksualnej, miłości romantycznej i rodzicielskiej, religijności, nietolerancji, szeroko pojętego zła na świcie oraz głównie uświadamiają jak bolesne jest życie z AIDS, a jeszcze bardziej bolesne życie w samotności i w strachu. Dlaczego akceptujemy miłość heteroseksualną, a tej homoseksualnej nie? Nikt nie powinien być na świcie sam. Nie skazujmy, jako społeczeństwo, „innych" na samotność.

Sam reżyser powiedział o spektaklu, że w nim jest wiele aniołów, które spadły z nieba i są niszczone i brudzone przez ulicę. Tak niestety działa świat. Każdy jest aniołem, który rodzi się, dorasta i dokonuje wyborów. Ci, którzy nie szanują „odmiennych" aniołów, są metaforą ulicy, to ta „ulica" brudzi: godność, wiarę w siebie, poczucie własnej wartości, czasami odbiera sens życia...

Pomimo przeciwnościom losu, mimo że jest to trudne – bądźmy sobą. Życie jest warte uwagi i powinno być przygodą. Jak mawiają w przedstawieniu – Niech życie trwa! Przecież warto.

Spektakl jest poważny, owiany tragizmem i smutkiem. Ma jednak charakter edukacyjny i wspierający. Moim zdanie kończy się pozytywnie – pozostawia promyk nadziei. Może zaryzykujesz czytelniku? Ciekawe czy dostrzeżesz ten promyk.

Zuzanna Styczeń
Dziennik Teatralny Warszawa
21 września 2022

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia