Niemiecki teatr nie dla każdego

"Mewa" - reż. Jürgen Gosch - 1. Nowa Klasyka Europy

Trzecim spektaklem zaprezentowanym w ramach 1. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Klasyki Światowej NOWA KLASYKA EUROPY była "Mewa" Antoniego Czechowa wyreżyserowana przez zmarłego niedawno Jürgena Goscha. Aktorzy berlińskiego Deutsches Theater zaproponowali polskim widzom zupełnie nowe odczytanie dramatu rosyjskiego klasyka. Jedynym elementem scenograficznym jest wznosząca się pod niebo czarna ściana, na nadmiar rekwizytów także nie możemy narzekać. Takie zabiegi inscenizacyjne rodzą skrajne reakcje.

W zależności od indywidualnych upodobań widzów, zapatrywań na współczesny niemiecki, bardzo specyficzny teatr dały się zaobserwować dwie skrajne reakcje, co przy tego rodzaju inscenizacji jest zjawiskiem naturalnym. Olbrzymia, czarna ściana to jedyny, górujący nad aktorami i widownią element scenograficzny. Podobną surowość obserwujemy także w zastosowaniu rekwizytów - zazwyczaj są to drobne przedmioty, jak medalion, który Nina (Kathleen Morgeneyer) wręcza Trigorinowi (Alexander Khuon), czy talia kart - oraz kostiumach, które bardzo nieśmiało sygnalizują, z jakim typem człowieka mamy do czynienia. Aktorzy, którzy nie grają w danej scenie, siadają pod czarną ścianą stając się widzami - w niezwykłym skupieniu obserwują przebieg wydarzeń, jakby widzieli je po raz pierwszy. To, czego nie mogą pokazać jako postaci, przeżywają jako widzowie i odwrotnie. Trigorin względem Niny nie wykazuje najmniejszego współczucia, jednak kiedy grający go aktor zasiada w roli widza i patrzy na scenę, w której zrozpaczona kobieta płacze w objęciach Konstantego, jest zdruzgotany. Wszelkie zmiany scenografii odbywają się na naszych oczach, aktorzy wnoszą i wynoszą rekwizyty, a rozpoczęcie kolejnego aktu zasygnalizowane zostaje po prostu za pomocą wyświetlanych napisów (Akt I, Akt II itd.). Przedstawienie w całości oparte jest na aktorach, reżyser nie podpiera się żadnymi wizualnymi efektami. Wzrok widzów nie ma dokąd uciekać, pozostaje jedynie zagłębienie się w świat opowiadanej historii, obserwowanie życia wewnętrznego bohaterów. Rodzi się jednak pytanie - na jak długo można zatrzymać uwagę widza przy tego rodzaju inscenizacji? Teatr jest sztuką wizualną, jednak w przypadku przedstawienia Jürgena Goscha staje się niemalże wyłącznie sztuką słowa i jego interpretacji.

Przyglądając się decyzjom obsadowym reżysera szybko zauważamy, że prócz umiejętności warsztatowych niezwykle istotna były dla niego fizyczność aktorów - do każdej z ról wybrał najbardziej charakterystycznego przedstawiciela danego typu urody, dzięki czemu aktorzy nie potrzebują charakteryzacji, grają bez makijażu. W roli Konstantego widzimy wymuskanego młodego blondyna (Jirka Zett), Siemiona gra opasły, wysoki, rudy chłopak z ewidentną nadwagą (Christoph Franken), Irinę atrakcyjna, szczupła kobieta w średnim wieku (Corinna Harfouch), natomiast ubrana na czarno, nieustannie „wciągająca kreski” narkomanka Masza (Meike Droste) to typowa chłopczyca. Najzabawniejszy momentem jest - podobnie jak u Czechowa - scena wystawiania pseudoromantycznego, opartego niemalże wyłącznie na opisach przyrody utworu autorstwa Konstantego, w której funkcję oczu szatana pełnią zawieszone na wędkach czerwone, odblaskowe światełka (aktorzy wprawiają zawieszone na żyłkach odblaski w ruch, dzięki czemu „oczy” fruwają ponad głowami widzów). Nina natomiast recytuje swój tekst stojąc boso na sporych rozmiarów kamieniu. Głaz otaczają dymy - tajemnicze opary uzyskane zostały poprzez wlanie dwóch czajników wody do misek wypełnionych suchym lodem, co na oczach widzów robi jeden z aktorów. Prócz wymienionych zabiegów niewiele jest momentów, w których możemy zaobserwować odkrywcze, inscenizacyjne pomysły. Dodając do tego fakt, iż reżyser nie pozbawił tekstu Czechowa ani jednej kwestii otrzymujemy widowisko, które może się wydać interesujące ze względu na odmienność inscenizacji, która stoi w wyraźnej opozycji do przyzwyczajeń polskiego widza. Jednak czy to wystarczy, by na trzy godziny skłonić publiczność do ponownego zagłębienia się w przebieg dobrze znanych wydarzeń?

Rygor formy i inscenizacyjna surowość charakteryzujące niemiecką interpretację „Mewy” to nie jedyne swoiste cechy spektaklu. Stan psychiczny Niny oddany został przy pomocy „zdyscyplinowanego szaleństwa” - wewnętrzne drżenie nie wychodzi poza pewne przyjęte granice, mimo, że w jej zachowaniu nieustanie obserwujemy „nadwyrażanie” uczuć i stanów. Po upływie kilkudziesięciu minut na scenie nie stanie się jednak nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób zaskoczyć. Jürgen Gosch zrealizował przyjęte przez siebie założenia, dał wyraz swojemu spojrzeniu na teatr, w którym „działania teatralne nie mają służyć przekazywaniu czegoś, co wykracza poza ich treść”. Co, prócz znajomości tekstu Czechowa, wyniosą z teatru widzowie po zakończeniu przedstawienia?  Z pewnością dobry przykład na to, że każdy naród kształtuje własne kanony estetyczne, które nie muszą być zbieżne z poczuciem piękna mieszkańców innego kraju. 

„Mewa” Antoniego Czechowa, Deutsches Theater z Berlina
reżyseria:  Jürgen Gosch, 
scenografia i kostiumy: Johannes Schütz,
dramaturgia: Bettina Schültke 
reżyser świateł: Torsten König
tłumaczenie na niemiecki: Angela Schanelec
obsada:
Meike Droste, Corinna Harfouch, Kathleen Morgeneyer, Simone von Zglinicki, Christoph Franken, Christian Grashof, Alexander Khuon, Peter Pagel, Bernd Stempel, Jirka Zett, Ben Clark, Przemek Zybowski, Theresa Schütz
premiera: 20 grudnia 2008 r.

Olga Ptak
Dziennik Teatralny Łódź
24 listopada 2010

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia