Niemoc wobec Szekspira, czyli Hamlet unicestwiony

"Hamlet" - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr Horzycy w Toruniu

Toruńska inscenizacja "Hamleta", w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej, zadaje kłam twierdzeniu, jakoby Szekspir na scenie potrafił znieść wszystko, niezależnie od zastosowanych przez realizatorów sposobów i konceptów stwarzających teatralną rzeczywistość, a także niezależnie od sztafażu kostiumowego, w który zostaje przyodziany.

 I tak będzie się działo zawsze w sytuacji, kiedy koncepcja i wymyślona przez reżysera konwencja oraz stylistyka zostaną pozbawione jakiegokolwiek sensu, a kształt spektaklu przyoblecze formę hybrydalną, nie pozwalającą na odkrywanie myśli zawartych w dziele, czy też przesłania wynikającego z założeń interpretacyjnych. Po obejrzeniu dramatu Szekspira w Horzycy wie się na pewno jedno: jak „Hamleta” grać się nie powinno. Doprawdy trudno dociec dlaczego Bogajewska przeniosła akcję utworu w czasy międzywojenne. Już od początku spektaklu można odnieść wrażenie, że oto jesteśmy w jakiejś podrzędnej przedwojennej tancbudzie, w tandetnym kabarecie zdominowanym błazeńską pozą, miną i udawaniem. Ta groteskowa pseudooperetka na kanwie Szekspira w żaden sposób nie odnosi się jednak do śmieszności tragicznej Wręcz przeciwnie. Jasno wskazuje, że zabiegami czysto zewnętrznymi nie jesteśmy w stanie w teatrze uzasadnić tego, co wewnętrzne. W tym przypadku tego, co mogłoby być choćby obrazem przerafinowania groźnie zbliżającego się do moralnej degrengolady lub konterfektem udawanych gestów czy zogromniałych dworskich form. Wszystkie sekwencje kabaretowe, z rewelacyjnym skądinąd Michałem Markiem Ubyszem jako Mistrzem Ceremonii, i układy choreograficzne wykonywane przez Annę Magalską-Milczarczyk, Małgorzatę Abramowicz, Aleksandrę Lis i Marię Kierzkowską to nic innego jak widowisko aktorskiej imitacji, pozbawione autentyczności działania i uzasadnienia w takim materii pomieszaniu. I takiego sądu nie zmieni nawet fakt pojawienia się tych samych artystów rewiowych na dworze króla Klaudiusza w Elsynorze.

Spektakl Bogajewskiej bez trudu można by zjechać od pierwszej do ostatniej sceny. I tak uczynili wszyscy, którym udało się do tej pory to przedstawienie zobaczyć. Trudniej jest jednak, bo bez wątpienia bardziej odpowiedzialnie, spróbować zastanowić się, w miarę rzetelnie i głęboko, nad krzywdami, jakie taka klęska przynosi inscenizatorowi i całemu zespołowi. Bogajewska ograniczając się do zbyt zewnętrznego wizerunku bohaterów dramatu zapomniała o rzeczy najważniejszej – że tylko dzięki wyraźnemu określeniu i sformułowaniu osobowości postaci, ich postaw i wzajemnych odniesień można właściwie ukazać i zinterpretować problematykę dramatu. W Toruniu przy całej wielości pomysłów adaptacyjno-inscenizacyjnych zabrakło przede wszystkim stylistycznej jednorodności. Wystarczy wspomnieć choćby zupełnie kuriozalne, bo niczym nie umocowane w konstrukcji przedstawianego świata, ustawienie postaci Rosenkrantza (Paweł Kowalski) i Guildensterna (Mirosława Sobik). Takich obcych ciał obok jaskrawej antyiluzyjności czy też cytatów czysto realistycznych jest w tym spektaklu znacznie więcej. I wszystkie one idą ramię w ramię z niedookreśleniami semantycznymi. Dokonane w tekście dramatu skróty, jak i dopisane teksty piosenek i scen kabaretowych Bartosza Blaschke, nie pchnęły Bogajewskiej w żadnym określonym kierunku, dlatego żaden z tematów czy wątków nie został podniesiony do rangi wiodącej, spajającej całość w formę homogeniczną i koherentną. Gdyby choć zamysł interpretacyjny był możliwy do odczytania w warstwie intencjonalnej. Ale i tego uczynić nie można. Bo poszły w kąt wszelkie niuanse psychologiczne, mogące stać się egzemplifikacją kompleksów, słabości i rozterek poszczególnych postaci.

Dla Bogajewskiej myślenie Szekspirem nie stało się zasadniczym filtrem, przez który reżyserka chciałaby obejrzeć i pokazać w teatrze nasz współczesny świat oraz uwikłane w rzeczywistość ludzkie charaktery i osobowości. Realizatorka pozostaje wobec tekstu zupełnie bezradna, nakładając nań własne, nie przystające do dramatu pomysły inscenizacyjne. Czyżby to szukanie po omacku wynikało z niewiary w dzisiejszą siłę twórczości Szekspira? Nie dziwi więc fakt, że zupełnie nie potrafili odnaleźć się w tej chaotycznej inscenizacji nawet najbardziej doświadczeni aktorzy, ci, którzy bez trudu potrafią zachwycić precyzją bezbłędnego gestu, bogactwem środków aktorskiego wyrazu, energią i łatwością w zagarnianiu sceny. Tutaj ich pełne uniesienia gwałtowności, czy też refleksyjność wypełniona pauzami – pozbawione intelektualnego podtekstu i znaczeniowego nasycenia – raziły ceremonialnością, egzaltacją i zwykłą sztucznością, intonacją jednostajną i monotonną. Natomiast niedawny absolwent AT w Warszawie, Grzegorz Woś, grający Hamleta, to aktor jeszcze świeży, dlatego wymagający kształtowania i precyzyjnego prowadzenia. W tym przypadku pozbawiony pomocnej ręki reżysera przeraźliwie walczy z materią tekstu. W jego tragedię nie wciska się kształt ani zmiennego czasu, ani burzliwa aktualność. To Hamlet wydrążony z niepokoju, rozdarcia, niepewności, rozdrażnienia, gwałtowności i obawy. Hamlet pozbawiony skrajnie radykalnych biegunów brutalnej wzgardy i psychicznego załamania, a zatem trudno mówić w jego przypadku o tragizmie nie tylko jednostki, ale tym bardziej i całej formuły ludzkiej egzystencji. Woś, nie stając się ofiarą splotu wydarzeń, nie potrafi pokazać granicy normalności i szaleństwa, jest jednowymiarowy w demonstrowaniu wciąż jednego i wciąż tego samego oblicza. To raczej gra na temat Hamleta niż próba wykreowania pełnej postaci scenicznej. I tak samo na innych rolach mści się brak reżyserskiego planu całości. Bo skoro nie istnieje świat, w którym żyje Hamlet, nie sposób odgadnąć jego funkcji w czymś, czego nie ma. Tutaj każda postać istnieje osobno i żadna nie ma charakteru.

Toruński „Hamlet” nie skłoni nikogo do podjęcia dyskusji czy też bardziej ogólnych rozważań nad losami dramatu elżbietańskiego w polskim teatrze, tak jak to było choćby w przypadku spektakli – też zresztą nie do końca udanych – Moniki Pęcikiewicz, Mai Kleczewskiej czy Agnieszki Olsten. Ale tamte mogły irytować, drażnić, obrażać. Spektakl Bogajewskiej, pozbawiony poezji, błyskotliwości i scenicznej niezwykłości, a także choćby jednego elementu obrazoburczego, może wywołać jedynie smutek, że oto nie zadano sobie trudu odpowiedzenia na pytanie o cel inscenizowania repertuaru szekspirowskiego. A przecież już w 1953 roku Jan Kott pisał: „Bez fundamentalnej walki o nową koncepcję sztuki nie posuniemy się ani o krok naprzód”.
(zs)

Wiesław Kowalski
ArtPapier
10 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia