Nienaturalna "naturalność"

"My song, best shoes..." - reż: Mihai Mihalcea - Śląski Teatr Tańca

Śląski Teatr Tańca kojarzony jest przede wszystkim ze swoim liderem i założycielem, charyzmatycznym Jackiem Łumińskim. Na 58 bodajże choreografii zespołu, jest on autorem aż 34. Wśród innych nazwisk twórców spektakli znajdziemy nauczycieli Łumińskiego - pierwszych pedagogów bytomskiego zespołu, Kanadyjkę Melissę Monteros, Izraelczyka Aviego Kaisera, a także stałych współpracowników dyrektora - doskonale znaną uczestnikom letnich warsztatów w Bytomiu Hilke Diemer, czy działającą w ramach Laboratorium Choreograficznego ŚTT Sylwię Hefczyńską-Lewandowską.

Mihai Mihalcea, autor My song, best shoes, the cake, first flight, my friends, the passport, and the work I do, nie zalicza się do żadnej z tych kategorii. Urodzony w 1969 roku, wraz z postaciami takimi jak Florin Fieroiu, Cosmin Manolescu, czy Irina Costea współtworzył nowe pokolenie choreografów w Rumunii doby demokratycznych przemian. Poza klasycznym wykształceniem choreograficznym w Bukareszcie, edukował się w Nowym Jorku i Paryżu, pracował w tym ostatnim oraz w Berlinie… Gdy kilka lat temu powstało w Rumunii Narodowe Centrum Tańca Współczesnego, Mihalcea został jego dyrektorem. Polskiej publiczności znany jest z performansu You come to see the show and you’ll get an extra burger (jak widać, artystę cechuje zamiłowanie do długich tytułów…), prezentowanego podczas warszawskiego festiwalu Ciało/Umysł w 2001 roku - dwa lata po swojej wiedeńskiej premierze. Co przyniósł jego powrót do Polski po ośmiu latach?

My song, best shoes, the cake, first flight, my friends, the passport, and the work I do zaczyna się… wielokrotnie. W zbliżonych wariantach powtarza się sekwencja rozpoczynana przez Jarosława Karcha (nowy nabytek zespołu) – tancerze wchodzą na scenę, witają się przy użyciu swych prawdziwych imion, następnie - a to markują rozgrzewkę, a to zajmują się drobnymi, codziennymi czynnościami, a to bawią się piłką… Atmosfera niegotowości, udawanej improwizacji utrzymuje się przez cały spektakl. Sam zresztą tytuł – długie wyliczenie pojawiających się w przedstawieniu elementów – wskazuje na to, że ma ono charakter szkicu, pospiesznie sporządzonej tanecznej „notatki”, mgławicy rzeczy niegotowych i niezwiązanych w całość, nieaspirujących do spójności.

Mamy tu zatem tryskającą komiczną ekspresją opowieść Koriny Kordovy o sambie i capoeirze, stereotypach dotyczących tanecznej kultury z rodzinnej Brazylii i anegdotę o formalnościach związanych z podróżowaniem… Sylwia Hefczyńska-Lewandowska z groteskową emfazą recytuje Kaczkę-dziwaczkę Brzechwy, a kolejny świeży nabytek ŚTT – Agnieszka Doberska pełnym ostentacyjnej sztuczności gestem odbiera sobie życie, strzelając sobie w skroń z atrapy pistoletu, przy równie sztucznym odgłosie wystrzału – samplu z głośników. Gdy pada na deski sceny – pozostali wykonawcy zaczynają animować jej bezwładne ciało niczym kukłę, tańczyć z nim. Błyskają flesze, migoczą ekrany… - sceniczny chaos się zagęszcza.

Wykorzystanie prywatnej tożsamości wykonawcy na scenie, gra z gęstością scenicznych znaków, kolażowy charakter przedstawienia, odrzucenie wykonywania tanecznych układów jako podstawowego środka wyrazu… wszystko to odsyła przecież do teatru tańca par excellence, Tanztheater jako takiego – w swej najbardziej „kanonicznej” formie, jaką są spektakle Piny Bausch z dojrzałego okresu jej twórczości. Może zatem dziwić rezerwa, z jaką My song, best shoes, the cake, first flight, my friends, the passport, and the work I do przyjęła bytomska festiwalowa publiczność, złożona wszak w sporej części z oddanych entuzjastów Śląskiego Teatru Tańca, gotujących mu na co dzień długie owacje… Lokalna krytyka natomiast pisała o przedstawieniu paradoksalnie i stanowczo: „bez wątpienia nie był to teatr tańca”, uzasadniając ten sąd brakiem dominacji układów choreograficznych - co pozwala zastanawiać się, czy gdyby recenzent zobaczył choćby Rok 1980 Bausch, określiłby go mianem przedstawienia „teatru tańca”. Z reguły z dystansem odnoszę się do tego typu terminologicznych sporów, jednak przypadek pewnego szoku poznawczego przy odbiorze bytomskiego spektaklu jest bardzo znamienny…

Jak powiedziano bowiem już na początku, widzowie od szesnastu z okładem lat kojarzą Śląski Teatr Tańca z twórczością Jacka Łumińskiego. Mówiąc wprost: w jego spektaklach od zawsze przede wszystkim tańczy się - i to w określony sposób. Jest on artystą, który wypracował własną, oryginalną stylistykę, stawiającą tancerzowi spore wymagania, opartą na fizycznej sile i ruchowej wirtuozerii, nieraz poetycką, a momentami bliską rytuałowi. Z drugiej strony, Łumiński często nie przykłada specjalnej wagi do dramaturgicznej, „typowo teatralnej” strony swoich spektakli, wykazujących często większe pokrewieństwo z abstrakcyjnym tańcem zza oceanu, niż europejskimi poszukiwaniami teatralno-tanecznymi. Jego odbiorca przyzwyczajony jest zatem do zupełnie innych wrażeń estetycznych, niż te związane z typowo „performatywnym” spektaklem rumuńskiego choreografa.

Niestety, przedstawienie tego ostatniego sprawia nieraz wrażenie etiudy studenckiej, przygotowanej naprędce. Im bardziej wykonawcy starają się zachowywać w sposób „codzienny” i „naturalny”, tym gorzej wypadają. Sytuacja występu nie jest przecież „naturalna”, składają się na nią różnorakie historycznie uwarunkowane konwencje, a także wcześniejsze doświadczenia teatralne, zarówno widza, jak i artysty… Im bliżej działaniom tancerzy do gry ze sztucznością formy przedstawienia i jego konwencjami – tym lepiej wypadają, co pokazują, na przykład, „brazylijski” monolog Koriny Kordovy czy brawurowa sekwencja samobójstwa Doberskiej. Z kolei najboleśniej rozczarowują sekwencje infantylnie silące się na największą „naturalność”: początkowe przywitania i niby-spontaniczne pogaduszki; końcowa scena, w której tancerze przywołują na scenę samego choreografa, by zjadł z nimi ciasto, co ten posłusznie czyni; wreszcie - okropnie ckliwy i pełen patosu list do widzów napisany przez Jarosława Karcha dzień wcześniej, który sam autor odczytuje przez mikrofon siedząc na scenicznej rampie, zwracając się wprost do odbiorców.

Być może wykonawcy, od których na co dzień oczekuje się, aby byli właśnie „wykonawcami” - by odtwarzali wirtuozowskie układy choreograficzne z wysoką precyzją i potężną energią – niezbyt odnajdują się w roli performerów samodzielnie podejmujących odpowiedzialność za swoje bycie na scenie i wyjście ku publiczności. Z pewnością jednak udział w pracy opartej na zupełnie innych zasadach musiał być dla bytomskiego zespołu pouczającym doświadczeniem. Warto docenić odwagę dyrektora, który zgadza się na narzucenie swoim tancerzom zupełnie innego sposobu pracy, bardzo odległego od dotychczas przyjętego przez zespół spojrzenia na sztukę tańca. Czy działanie to okaże się jednorazowym eksperymentem, czy też Śląski Teatr Tańca będzie podążał w kierunku zmian poetyki, albo też poszerzał spektrum swoich poszukiwań – czas pokaże.

Witold Mrozek
Nowy Taniec
24 sierpnia 2009

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia