Nieśmieszny żart

„Znachor" - aut. Tadeusz Dołęga-Mostowicz - reż. Jakub Roszkowski - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Nie lubię tracić czasu na rzeczy nijakie. A takim właśnie jest krakowski "Znachor". Mimo gorących zapewnień twórców ani to śmieszne, ani mądre. Raczej z kategorii nudnych. I nawet jazzująca muzyka pop tego nie zmieni.

Zacznę od tego że osobiście bardzo lubię prozę Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Nie uważam go jednak za pisarza wybitnego. Jego książki to raczej przygody na jeden wieczór czy wyjście na plażę. Fabuły są raczej proste, melodramatyczne, ale to co w nim cenię to to, że pisarz tak poczytny, obecny zarówno w rękach kucharek jak i dam, potrafił wykorzystać swoje pióro do mówienia o rzeczach ważnych. Robił to tak skutecznie, że stał się niewygodny dla ludzi związanych z kręgami władz, które próbowały go uciszyć zastraszając, skazując na zawodową banicję, a nawet zlecając jego pobicie ze skutkiem prawie śmiertelnym.

Nie wiem, czy we współczesnym nam literackim ogródku znajduje pisarza o podobnej charyzmie i brawurze. A szkoda. Pech chciał, że najpopularniejszą książką Mostowicza stał się "Znachor", który nie jest modelowym przykładem jego zaangażowanego pisarstwa. Opowiada prostą, naiwną historyjkę, pełną romantycznego spojrzenia na kresową wieś, dopatrując się całego zła w mieście i pieniądzu. Brakuje jej literackiego polotu, wyszukanej myśli. Cudowna historia Wilczura jest po prostu przyjemna. Nie bronię więc Mostowicza rękami i nogami. Dostrzegam jego mocne i słabe strony. Proszę więc nie przyklejać mi łatki fanatycznego czytelnika oczekującego wiernej, pogłębionej adaptacji ukochanego dzieła. Nie przywiązuję też większej wagi do kultowej realizacji filmowej. Do obu dzieł mam sentyment, to fakt. Ale niezależnie od tego sentymentu, mimo najszczerszych chęci, uważam spektakl spektakl rakowskiego teatru za po prostu nieudany. Wiedziałam, że idę oglądać coś w rodzaju pastiszu na kult "Znachora". Ale dobry pastisz trzeba umieć zrobić. Tutaj niestety była to próba nieudana.

"Znachor" Teatru Słowackiego jest dla mnie nijaki. Nie był ani śmieszny ani błyskotliwy, ani odkrywczy. Słuchając kolejnych gagów, patrząc na kolejne, z założenia zabawne, zagrywki aktorskie, rozwiązania scenograficzne i inscenizacyjne, czułam się trochę jak na szkolnym Mam Talent lub akademii z okazji 1 kwietnia. Wszystko było przewidywalne. Żaden żart nie miał w sobie brzytwy czy goryczy, którą cenimy w dobrych komediach. To był po prostu polski kabaret. Brakowało tylko chłopa za babę przebranego.

Dużo złota, jazzująca muzyka pop. Zapowiadało się ciekawie. Do pewnego momentu naprawdę miałam nadzieję że spektakl się rozkręci. Niestety przez ponad godzinę wynudziłam się jak mops biegając oczami po ścianach. To, co trzeba przyznać spektaklowi to dwie rzeczy. Pierwsza z nich to bardzo zręczna adaptacja powieści. Na niewielkiej scenie MOS przechodzimy między praktycznie wszystkimi miejscami wymienionymi w książce (a jest ich przecież bardzo dużo). Technicznie i dramaturgicznie jest to inscenizacja sprawna, ma w sobie coś z etiudowości. Sama książka jest odtworzona dość wiernie. Oczywiście są skróty czy łączenia postaci, ale z korzyścią dla scenariusza.

Niestety sprawna akcja, ciągłe zmiany przestrzeni przy pomocy ruchomych platform-pomieszczeń, sprawia że wszystko co widzimy na scenie dzieje się dosłownie chwilkę, losy bohaterów rzedstawiane są, w dużej mierze, na poziomie tylko i wyłącznie słów. Jak na tacy dostajemy zależności między postaciami, mówią nam one wprost co czują, co się wydarzyło chwilę temu, co się wydarzy zaraz. Nie ma miejsca i czasu na domysły, zaistnienie czegoś trzeciego na scenie.

Wszystko zostaje powiedziane. Jedynym aktorem który nie dał się wciągnąć w papierową grę i śmiało bawi się niuansami jest pan Wojciech Skibiński grający hrabiego. Dzięki czemu jego gra staje się prawdziwa, a rozterki jego postaci autentyczne. Pozostali bohaterowie są niestety bardzo prostolinijni: lowelas to lowelas, prosty chłop to facet w ortalionie, piękna Marysia w głowie ma niewiele, a Dewotka trzyma w jednym ręku świętą figurkę, a drugą grozi ludziom.

Wszystko, poza hrabią, jest białe lub czarne. Ciekawym jest fakt, że Roszkowski tam, gdzie Mostowicz widział czystość dostrzega skazę. Szkoda, że refleksji tej nie pogłębia podążając za stereotypami. Żal tego "Znachora". Eksperyment uważam za ciekawy, ale nieudany. A może po prostu brak mi poczucia humoru?

Ludwika Gołaszewska-Siwiak
Dziennik Teatralny Kraków
1 grudnia 2022
Portrety
Jakub Roszkowski

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia

Ballady i romanse
Gabriel Gietzky
Cóż może być bardziej romantycznego, ...