Nieszczęście wolności

rozmowa z Krzysztofem Warlikowskim

Rozmowa z Krzysztofem Warlikowskim.

Newsweek: Przedstawieniem "(A)pollonia" otworzył pan działalność Nowego Teatru w Warszawie, którym pan kieruje. Dlaczego wybrał pan tragedię grecką połączoną z reportażem Hanny Krall? To dość zaskakujące, że obok Heraklesa czy Ifigenii na scenie pojawiają się bohaterowie tekstów współczesnej dziennikarki.

Krzysztof Warlikowski:
Spektakl zaczynający działanie nowego miejsca musi być istotny. Kiedy zacząłem myśleć o tym przedstawieniu, sądziłem, że wykupienie na potrzeby Nowego Teatru przedwojennego garażu MPO na Mokotowie nie będzie aż tak skomplikowane i nastąpi szybciej, zwłaszcza że to władze miasta zaproponowały miejsce na teatr. Planowałem więc spektakl w tamtych murach. I pomyślałem, że nie chcę zapraszać widowni na kolejną skomplikowaną historię o zawiłej strukturze. Poczułem, że ten garaż przedwojenny to taki punkt zero. Dla mnie, bo od niego znowu startuję, ale i dla nas wszystkich. Pomyślałem, że zaproszę publiczność i sobie pogadamy o różnych sprawach, o których powinno się porozmawiać w 1945 roku, co, jak wiadomo, nie miało miejsca. 

Po co w 2009 roku wystawiać spektakl, który powinien być już dawno zrobiony, ponad pięćdziesiąt lat temu? 

- Niemal wszystko, co się dzisiaj z nami dzieje, zaczęło się właśnie wtedy. Jest wciąż mnóstwo niezałatwionych spraw. W 1945 roku ostatni Żydzi, którzy wyszli z kryjówek, zostali zdziesiątkowani, odbyło się istne polowanie urządzone przez Polaków... 

Niech pan nie generalizuje. 

- ... i gdzieś ta historia polsko-żydowska nie znalazła, bo nie mogła, swej kontynuacji. Tymczasem budowano nową władzę i okazało się, że ci uratowani, którzy tu zostali - bo tak sobie to w pamięci uporządkowaliśmy - to oficerowie UB i żydokomuna. Polsko-żydowski dialog zamarł, a potem już były tylko nagonki i na Żydów, i na Polaków. Historia tych relacji dopiero w 1990 roku zaczyna żyć znów własnym życiem. Zaczyna się mówić o Jedwabnem, wraca się do tych zdarzeń, daje się Ordery Odrodzenia Polski Polakom, którzy ratowali Żydów. Coraz mniej ludzi ukrywa, że pomagali Żydom, bo przecież wcześniej nie można było się przyznać do tego przed sąsiadami. Takie są fakty. 

Znów pan przesadza. 

- Dokończę jednak. Dopiero po 1989 roku historia polsko-żydowska zjawia się na nowo. Wcześniej nie analizowano na serio, czym była wojna. Komunizm to zahamował, nic mówiło się o powstańcach warszawskich, nie mówiło się o Katyniu, O ofiarach. A wiele greckich historii - na przykład "Oresteja" - mówi, czym jest wojna, w sposób zaskakująco aktualny. Temu jest poświęcona część pierwsza przedstawienia, podobnie jak historia polsko-żydowska z reportażu Hanny Krall, która stanowi trzon drugiej części. A w środku jest część obyczajowa, w której pokazujemy to, co stało się z nami od roku 1990. 

Powiedział pan przy okazji premiery "(A)pollonii", że kwestia Zagłady to najbardziej polski temat. Dlaczego tak jest? 

- Bo przez jakieś 50 lat po wojnie był pomijany, a głęboko w ludziach siedział i to milczenie było złe dla nas wszystkich. Wywoływało zbyt dużo emocji, antysemityzm okazywał się maniakalną chorobą Polaków. Dlatego to społeczeństwo trzeba teraz odradzać i mówić o Zagładzie, tak by miało możliwość przemiany i zmierzenia się z tym tematem. Co z tego, że polityka mówi do ludzi już inaczej, że prezydent daje medale sprawiedliwym, skoro w społeczeństwie wciąż mamy dowody, iż antysemityzm istnieje, a Polacy jakby nie dostrzegają jeszcze, co stało się na tej ziemi, tu, obok nich, z innym narodem. Nie dostrzegają, że to także jakoś ich dotyczy. Trzeba o tym mówić, aż dostrzegą. I zaczynają dostrzegać. 

Połączenie tragedii greckich z dwudziestowieczną historią, z Holokaustem ma udowodnić istnienie swoistej pętli w dziejach człowieka? 

- Holokaust zyskuje nowy wymiar dzięki tragedii greckiej, a tragedia grecka nowy wymiar przez Holokaust. Największe teksty antyku i historia Polki, która zginęła, bo chciała uratować dwudziestu pięciu Żydów, a musiała umrzeć, bo nie chciał tego za nią zrobić jej ojciec, współgrają. Tak, są z tego samego wymiaru tragedii. 

O "(A)pollonii" pisze się, że jest manifestem Nowego Teatru. Pytanie, dla kogo właściwie ten manifest? Co z widownią? Powiedział pan w 2003 roku, że jest zagubiona, że naród jest zagubiony. 

- Jest. Te wszystkie graniczne daty: 39, 45, 68, 80, 89 powodują, że jesteśmy zagubieni, bo jak inaczej mogłoby być? Nie jesteśmy we Francji czy Włoszech, gdzie po 1945 roku wróciło to, co było przed wojną, pozostała ciągłość kultury, budynków, miejsc. Te narody przeżyły wojnę spokojnie, bez tak wielkiego przemeblowania i zmiecenia poprzedniego świata jak u nas. Niemcy oczywiście też zostali zdruzgotani, ale dla nich 1945 rok jest jak rok zero, od którego mogli budować na nowo. Dla nas oznaczał zaś zamrożenie komunizmem i dalszą destrukcję. Jak mamy być niezagubieni? Gdy patrzy się na tradycje życia włoskiego czy francuskiego, widzi się, jak oni świętują, jak jedzą na ten sam sposób przygotowane potrawy, z tymi samymi ziołami, co 80 i 300 lat temu. Żyją jak poprzednie pokolenia, a nam tego bardzo brakuje. Wcześniej rodzina i Kościół chroniły przed komunizmem, dziś można powiedzieć, że obie te instytucje zbankrutowały. Ani rodzina nie jest ważna, ani Kościół. Trudno sobie nawet wyobrazić, jaka byłaby nasza widownia, gdyby nie rok 1939, jak zupełnie inaczej wyglądałby ten naród. Ale zaczynamy się zmieniać. Wystarczy przyjrzeć się, jak przeżywamy każdą śmierć autorytetu, co się działo, gdy zmarł Bronisław Geremek albo Papież. Tymczasem w komunizmie nie było żadnych autorytetów, teraz ich szukamy. Maria Janion jest wielkim autorytetem, a kim był profesor literatury wcześniej? Zatem coś po drodze się odbudowuje, jesteśmy w jakimś nurcie odtwarzania, podnoszenia się z gruzów. Przestajemy być karłowaci i widownia jest w tej chwili bardziej wiarygodna. 

Widownia, która przychodzi do mojego teatru, nie jest średniointeligencka, tylko elitarna, otwarta. Jest więc dla mnie bardzo ważna, mam poczucie, że coś istotnego współtworzę z ludźmi, którym chciało się wybrać do dawnej fabryki wódek na Pragę, gdzie tymczasem wystawiam. To jest dla mnie jasne, że jesteśmy elitą tego narodu. To, że Nowy Teatr ma taką widownię, nie jest niczym nadzwyczajnym; jeśli w jakimś miejscu pojawia się istotne zjawisko kulturowe, to przyciąga wybitną widownię. 

To brzmi dość butnie. Ale rozumiem, że Nowy Teatr pod pana kierownictwem ma być jednym z najważniejszych miejsc na mapie polskiej kultury współczesnej. 

- Nie tworzę rutynowego teatru. Powstała agora, punkt wymiany myśli, gdzie się mówi o rzeczach ważniejszych niż w innych teatrach. Gdy przyszedłem w latach 90. do teatru, widziałem Teresę Budzisz-Krzyżanowską, która mówiła na scenie wysoką poezję, a na ulicy ludzie żebrali albo rzucali kurwami. Nie rozumiałem tej dysproporcji. Wtedy ludzie przestali chodzić do teatru, zresztą inteligencja nie miała pieniędzy, a teatr przestano uznawać za dobro narodowe. Teatr musiał zacząć się bronić, musiał zacząć mówić o rzeczywistości na nowo. Teraz mamy absolutną wolność, która niesie też z sobą niepokój. I o tym jest "(A)pollonia". Mówię o wolności, która pozwala tworzyć na scenie niczym nieskrępowane struktury, a te mogą zadziałać na widownię albo nie. To wolność, która jest ryzykiem, niepokojem.

Joanna Lichocka
Newsweek Polska
20 czerwca 2009

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski