Nieudana gdańska "Carmen"

"Carmen" - reż, Marek Weiss - Opera Bałtycka w Gdańsku

Zacząć by trzeba od początku, czyli od słynnej habanery. W gdańskiej inscenizacji "Carmen", która w sobotę miała swoją premierę w Operze Bałtyckiej, habanerę ozdabia tak niezgrabnie wykonana baletowa wstawka, że wolałem wbić oczy w podłogę. Trudno zrozumieć, z jakich powodów tak doświadczony inscenizator, jakim jest reżyserujący to przedstawienie Marek Weiss-Grzesiński, wpuścił coś podobnego na scenę.

Baletowe inkrustacje pojawiają się w trakcie przedstawienia jeszcze parokrotnie, już nie aż tak chybione, dzięki Bogu, a nawet męski balet, towarzyszący arii Escamilla, mógłby się podobać. Mógłby, gdyby nie to, że jego dynamiczna, kanciasta choreografia nijak się miała do klimatu całej sceny.

Grzech główny najnowszej gdańskiej "Carmen" polega chyba właśnie na tym, że ta inscenizacja nie ma jasnego charakteru, klimatu, nie składa się w całość. Mam wrażenie, że grzech pierworodny tkwi u samej podstawy. Marek Weiss-Grzesiński, zarazem reżyser, jak i dyrektor Opery Bałtyckiej, po paru sezonach unoszenia się ponad wodami operowych szlagierów zdecydował się "nieśmiertelną" "Carmen" wprowadzić na afisz. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie poddał jej przeróbkom. Chciał, domyślam się, przyciągnąć publiczność i tradycyjną, i nietradycjonalną. Wprowadził więc np. na scenę skądinąd nieźle prezentujące się motocykle, łatwy (zbyt nawet łatwy) symbol maczyzmu. Żołnierzy ubrał w stroje ochroniarzy, tłum robotnic w ciuchy z second handu, a przemytników w skóry. Jednak z kolorytu oryginału do końca zrezygnować nie chciał, więc np. w scenie w tawernie niektóre postaci noszą się z hiszpańsko-cygańska. Efekt tego wymieszania z poplątaniem widać najwyraźniej właśnie w scenie w tawernie, gdzie wszystko to w ciasnych gabarytach sceny gdańskiej opery dziwnie się tłoczy i miesza.

Gdańskie spektakle Marka Weiss-Grzesińskiego, zwłaszcza te robione do spółki z dyrygentem Jose Florencio, zawsze przekonywały mnie do siebie, bywało, że uwodziły jednością muzyki i teatralnej formy. W "Carmen" ta jedność popruła się jak stary pulower. Miałem wrażenie, że orkiestra, prowadzona pewną ręką przez Diego Garcię Rodrigueza, grała sobie, a rzeczy na scenie działy się swoim trybem. Ledwie parę scen, np. wróżenia z kart, przypominało mi ten teatr operowy, do którego zdążyłem się w Gdańsku przyzwyczaić.

Weiss-Grzesiński przyzwyczaił gdańską publiczność także do tego, że miał szczęśliwą rękę do obsady. To jemu zawdzięczamy role Katarzyny Hołysz, Anny Mikołajczyk czy Mikołaja Zalasińskiego. Ale ten sam Zalasiński, tak przekonujący jako demoniczny Don Giovanni, tym razem, w roli jurnego przystojniachy Escamilla, nie sprawdził się zupełnie. W otwierającej III akt miłosnej scenie z Carmen znów wbiłem oczy w podłogę... Źródłem najgłębszego zawodu jest duet Moniki Lendzion jako Carmen i Ivana Momirova jako Don Jose. Oboje, skupieni na śpiewaniu nut, zapominali o stworzeniu na scenie kreacji przekonujących, żywych ludzi. Nie sposób uwierzyć ich emocjom, granym albo zbyt nonszalancko (to Monika Lendzion), albo do przesady teatralnie (Momirov).

Honor przedstawienia, jak zwykle u Weiss-Grzesińskiego, ratują kobiety. Anna Mikołajczyk jako Micaela [na zdjęciu] pokazała, że z drobnej roli można wyczarować coś nadzwyczajnego. Jej emocje, miłość i nieśmiałość są prawdziwe w każdym geście. Chylę też czoła przed pracą scenograf Hanny Szymczak. Jej monumentalna scenografia, otwarta od góry, tworzyła symboliczne tło zarówno dla scen zbiorowych, jak i dla sceny finałowej, gdy zamyka parę głównych bohaterów jak w klatce. Ich namiętności mogłyby się teraz objawić przed nami z całą siłą. Mogłyby...

Sam ów finał znów przypomniał mi inne gdańskie realizacje Weiss-Grzesińskiego. Figura Matki Boskiej przygląda się tu najpierw miłosnym uściskom Carmen i Escamilla, a potem rzeźnickiemu podcięciu gardła Carmen przez Don Jose. Ale przed zagłębianiem się w niuanse tej wieloznacznej sceny powstrzymuje mnie całe wcześniejsze przedstawienie.

"Carmen", w moim przekonaniu, kończy pewną epokę w historii gdańskiego teatru operowego. Formuła, wedle której Opera Bałtycka jest teatrem monokultury praktycznie jednego reżysera, a zarazem dyrektora teatru, wyczerpała się. To musi się zmienić.

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
24 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia