Nieudana powtórka z rozrywki

"Być albo nie być" - reż. Milan Peschel - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

Na najprostszym poziomie trudno zrozumieć, z jakiego powodu Peschel zdecydował się wystawić w teatrze scenariusz Whitby\'ego i co chciał poprzez ten tekst powiedzieć

Spektakl Milana Peschela „Być albo nie być” to nieudana próba odtworzenia filmu Ernsta Lubitscha o tym samym tytule. Gdy Lubitsch pokazał swój film w 1958 roku, wzbudził zrozumiałe kontrowersje komediową formą opowiadania o Hitlerze i okupacji Warszawy. Kiedy patrzymy na ten film z perspektywy 2011 roku, z ciekawością obserwujemy, jak zmiany w narracjach historii i pamięci pozbawiły go bluźnierczego potencjału. Reżyser spektaklu odrzucił jednak perspektywę krytyczną i skoncentrował się na kreowaniu groteskowej powtórki filmu, przypadkowo uzupełnionej o parę szekspirowskich monologów i kilka wulgaryzmów pod adresem Niemców.

Fabuła nie jest skomplikowana – do Warszawy przyjeżdża profesor-szpieg, aby rozbić polskie podziemie. Dowiadują się o tym aktorzy Teatru Polskiego i postanawiają interweniować. Podszywają się pod niemieckich urzędników, zwabiają profesora do gabinetu na zeznania i oddają kilka strzałów. Gwiazda Teatru, Józef Tura, przebiera się za profesora i spotyka z nazistowskimi urzędnikami, a gdy już zostaje przyłapany na oszustwie, zostaje zaaresztowany przez dwóch niemieckich żołnierskich, swoich kolegów aktorów. Obok wątku kryminalnego toczy się też miłosny – polski lotnik, wspierający konspirację aktorów, zakochuje się w żonie Tury, Marii, również sławnej aktorce, ogląda ją we wszystkich spektaklach, a swoimi zalotami doprowadza narcystycznego Józefa do furii. Jest też dwóch halabardników – Grunberg (Błażej Peszek) i Wroński (Andrzej Kozak), którzy marzą o wielkich rolach. Grynberg marzy szczególnie o roli Shylocka, recytując od czasu do czasu jego monolog, co w kontekście czasu akcji ma dramatyczną wymowę. W spektaklu Peschela mógłby jednak marzyć o jakiejkolwiek roli, niekoniecznie szekspirowskiej.

Głównym pomysłem na rozegranie prostej fabuły było zacieranie przez Lubitscha granicy między teatrem a rzeczywistością, rolą i realną postacią. Reżyser Milan Peschel skorzystał z tego samego pomysłu i nieustannie podkreśla umowność zdarzeń. Na potrzeby każdej sceny technicy montują scenografię – drewniane konstrukcje obite cienkim płótnem imitują ściany z oknami i drzwiami. Wystarczy mocniej trzasnąć drzwiami, ściany chwieją się, czasem upadają na aktorów. Pomysł nie jest najnowszy, a po kilkunastu minutach przewidywalny. Są też dwie kurtyny, aby oddzielić garderoby i scenę teatralną, na której Józef Tura gra Hamleta. W połowie spektaklu wyłącza się reflektor, skierowany w stronę widowni, co powoduje pozorowane zerwanie iluzji – aktorzy zwracają się do siebie po imieniu, radzą, jak sprawdzić przyczynę usterki. W żadnym innym aspekcie metateatralność się jednak nie przejawia.

Zaskakuje wizja estetyki teatralnej, którą reżyser konsekwentnie przywołuje – Maria Tura w przerwach między scenami śpiewa przy pianinie, Hamlet nosi same rajstopy i satynową koszulę z marszczonym kołnierzem. Taki teatr, zdaniem Peschela, jest fałszywy i nieskuteczny w nawiązywaniu dialogu z widownią. Taki teatr łatwiej było obśmiać Lubitschowi w latach 50., jako model obowiązujący.

Pojawia się też bezpośrednie nawiązanie do „Bękartów wojny” Tarantino w krótkim monologu Chrząstowskiego, który wydaje aktorskiej trupie polecenie kolekcjonowania nazistowskich skalpów. Gwałtowność wmontowania tego fragmentu w niezobowiązujący dialog między aktorami i powaga, z jaką Chrząstowski wypowiada kwestię, budzą konsternację.

Spektaklowi brakuje napięcia i rytmu. Aktorzy wykrzykują do siebie kwestie (oczywistą inspiracją reżysera był serial „Allo, Allo”) i biegają po scenie we wszystkich kierunkach, przewracają się, spadają ze sceny. Reżyser zrezygnował z psychologicznego rysu postaci, ale trudno powiedzieć, co chciał osiągnąć w zamian. Grający Józefa Turę Adam Nawojczyk sprawia wrażenie wrzuconego w formę, którą nie do końca rozumie, Anna Radwan-Gancarczyk w roli Marii Tury ratuje się tylko wątkiem melodramatycznym, parodiując ekspresję przedwojennych wielkich aktorek. Krzysztof Zawadzki w roli profesora-szpiega postawił na zamaszysty gest i przesadnie „teatralny” głos. W „Być albo nie być” wszyscy stosują polecenie – żeby było grubą kreską, karykaturalnie i śmiesznie. Zdarzają się też sceny zaskakujące, jak ta, w której jeden z gestapowców (Andrzej Rozmus) próbuje przekonać przełożonego (Arkadiusz Brykalski) do sprawdzenia tożsamości profesora. Podejrzewając oszustwo, nagle rzuca się na podłogę, robi fikołki, i uderza przy tym nogami o biurko.

Interesująca za to jest scena, gdy podszywający się pod profesora Tura idzie na spotkanie z funkcjonariuszem Gestapo, mija biurko i skierowany w stronę potencjalnego przesłuchiwanego reflektor. Na chwilę zatrzymuje się w świetle, jakby miał odegrać na scenie kolejną rolę i zaczyna rozmowę z Gestapowcem. W tym geście Nawojczyka tkwi potencjalny temat, który mógłby wprowadzić całkiem inną perspektywę – bo łatwość, z jaką aktorzy wchodzą w rolę oprawców, wydawała się intrygująca już w filmie Lubitscha.

Na najprostszym poziomie trudno zrozumieć, z jakiego powodu Peschel zdecydował się wystawić w teatrze scenariusz Whitby’ego i co chciał poprzez ten tekst powiedzieć, bo w spektaklu nie widać żadnych wyraźnych gestów reżysera wobec pierwowzoru, o którym tak wiele mówiono przed premierą.

Marta Bryś
Dwutygodnik
12 kwietnia 2011

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...