Nieudane wyjście

"Witkacy - jedyne wyjście" - reż. Marcin Kuźmiński - Teatr J. Słowackiego w Krakowie

Ostatnia powieść Stanisława Ignacego Witkiewicza Jedyne wyjście jest nie tylko wykładnią jego filozoficznego systemu, ale także ostentacyjną i ekshibicjonistyczną autoprezentacją, w której dał świadectwo swego wewnętrznego rozdarcia. W swych listach do żony Jadwigi Witkacy pisał: "...przekręcę się na pewno zupełnie, albo sfiksuję od sprzecznych stanów psychicznych"

Twórca z jednej strony parł do tego, by ułożyć sobie życie i złapać równowagę (liczył, że zawarcie małżeństwa może mu w tym pomóc), a z drugiej dążył do autodestrukcji, nurzając się w obłędnych wizjach katastroficznych. Jego dwubiegunowa osobowość przełożyła się na sedno systemu filozoficznego, który latami opracowywał. Witkiewicz wierzył w ontologiczną dwoistość bytu, składającego się z opozycyjnych elementów (takich jak, trwałość i zmienność, jedność i wielość), a jednocześnie jako katastrofista zakładał, że opozycji tych nie da się pogodzić i świat zmierza do tragicznego końca.

W podobny sposób kontrastują  ze sobą dwie główne postaci Jedynego wyjścia. Różniący się bohaterowie symbolizują rozdwojenie natury i osobowości Witkacego. Izydor opisuje otaczający go świat w prostych formułach, mocno stąpa po ziemi i wierzy, że jego system filozoficzny jest w stanie dać mu pełną harmonię wewnętrzną. Z kolei Marceli zakłada, iż cała rzeczywistość dąży do zniszczenia, a w zróżnicowaniu świata brak jakiegokolwiek porządku i żaden system filozoficzny nie jest w stanie go przywrócić. 

Już w pierwszej scenie przedstawienia Witkacy - jedyne wyjście reżyserowanego przez Marcina Kuźmińskiego dwaj bohaterowie siedzą naprzeciw siebie, ale odgrodzeni nieprzezwyciężalną granicą, gdyż znajdują się po dwóch stronach lustra. Ta scena jest dość czytelną aluzją do Stadium Lustra z koncepcji podmiotowości francuskiego psychoanalityka Jacquesa Lacana, który (podobnie jak Witkacy) wprowadził do swojego filozoficznego dyskursu „ja” złożone z opozycji. Wedle Lacana podmiot od pierwszej identyfikacji siebie w tafli lustra (moment, kiedy dziecko rozpoznaje swoje odbicie) rozpada się na dwie nieprzystawalne połówki określone jako Realne i Wyobrażone. Według psychoanalityka tragizm kondycji podmiotu polega na tym, że nigdy nie zdobędzie pełnej samowiedzy oraz nie uzyska wewnętrznej autonomii – jak mówi Lacan - nigdy nie zostanie „panem we własnym domu”. W scenie reżyserowanej przez Kuźmińskiego po jednej stronie lustra Izydor (Marcin Kuźmiński) stwierdza: „Jestem facetem tak cudownie zorganizowanym...”, a z drugiej strony to samo zdanie dopełnia Marceli (Grzegorz Mielczanek): „...trzeba się jednak liczyć z tym, że ja jestem ciężko chory psychicznie”. I właśnie choroba Witkacego, polegająca na tym, że (mimo gorących chęci) nie mógł być panem swojego wnętrza, zadecydowała o jego niespełnieniu na wszystkich życiowych polach, począwszy od sfery seksualnej, rodzinnej, artystycznej po filozoficzną.

Izydor sportretowany w zainscenizowanym Jedynym wyjściu to notoryczny impotent, który zawodzi kochankę (Anna Terpiłowska). Bohater na każdym kroku spotyka się z niezrozumieniem swej twórczości artystycznej. O własnych obrazach nie potrafi lub nie chce mówić wobec pijanych filistrów, ściągających każdego wieczora do jego pracowni. Świeżo poślubiona żona – Rustalka Ideyko (Marta Konarska), która miała wprowadzić spokój i równowagę do życia bohatera, okazuje się głównym powodem jego frustracji. Rustalka, jako jedyny słuchacz wywodów filozoficznych Izydora, nie rozumie z nich ani słowa. Najgorsze jest jednak to, że bohatera wciąż nawiedza Marceli, który przypomina o fobiach i chorobie – jest jak cień, który nie daje mu spokoju. Gwałtowne kłótnie z żoną i potyczki słowne z Marcelim są relacjami, w których Izydor się dusi. Jedna z ciekawszych scen przedstawienia polega na tym, że bohater owija wokół swojej szyi kukły Rustalki oraz Marcelego i zaciska je mocno, jakby chciał odebrać sobie życie.

Przedstawienie Kuźmińskiego nie przygniata jednak tragicznym wydźwiękiem powieści i biografii Witkacego. Reżyser tak konstruuje akcję, by widz odczuł specyficzny dystans do opisywanej historii. Ruch ten jest z resztą analogiczny do kompozycji samej powieści, w której Witkiewicz przełamywał atmosferę grozy zdarzeniami o komicznym wydźwięku lub osobliwymi zwrotami do czytelnika. Aktorzy zwracają się do widzów w podobny sposób: „Widać twarz kretynowatego widza, jak zżyma się ze znudzenia i wstrętu. Poczekaj, kotku – może odgłupniesz trochę, może tobie to kiedyś pomoże, że teraz się przezwyciężysz trochę, kochanie głupawe – nie zniechęcaj się przedwcześnie – będzie jeszcze i to, co ty lubisz, ścierwo zasrane.” Motywy i charaktery większości postaci są malowane przez reżysera grubą kreską bez wdawania się w psychologiczne niuanse – zdradzana żona jest tylko głupiutka, obrażana kochanka tylko się rozbiera, z kolei artyści w kokainowym amoku plotą trzy po trzy witkiewiczowską nowomową. Komicznego wymiaru przedstawienia dopełnia muzyczna wstawka na góralską nutę, gdyż w trakcie kłótni małżeńskiej służąca Rózia (Kamila Kuboth) śpiewając, próbuje podać obiad wrzeszczącej na siebie parze. Na uwagę zasługuje jeszcze jeden element przedstawienia, którym reżyser uzupełnił swoją adaptację – są to partie taneczne wykonywane przy zupełnym braku oświetlenia. Aktorzy tańczą w specjalnych strojach, które świecą w ciemnościach. Specyficzny taniec połyskujących korpusów (choreografia: Tomasz Wesołowski), a raczej gwałtowne zapasy miłosne są projekcją agresji, wściekłości, ale też namiętności, które pojawiają się między Izydorem i Rustalką. Taneczne sceny, które z początku zaskakują estetyczną wyrazistością, są jednak powtarzane zbyt często i trwają za długo, co namnaża wątpliwości dotyczących zasadności tego scenicznego chwytu w kontekście głównego tematu przedstawienia i pozwala sądzić, że reżyser postawił w tym przypadku na dość płytkie efekciarstwo.

Marcin Kuźmiński w swym najnowszym spektaklu postanowił przedstawić studium człowieka niespełnionego – Stanisława Ignacego Witkiewicza. Reżyser dość dokładnie zaadaptował powieść artysty. Gdyby nie wierne przeniesienie dialogów z powieści Jedyne wyjście, przedstawienie mogłoby okazać się mniej interesujące, ponieważ najmocniejszą stroną projektu Kuźmińskiego jest szalony tekst Witkacego. Dobrze, że aktorzy sprostali soczystej i oryginalnej nowomowie Witkiewicza i oddali groteskowy charakter relacji bohaterów. Z kolei ciekawych chwytów reżyserskich w tym przedstawieniu jest jak na lekarstwo, co przesądza o tym, że intrygujący pomysł wystawienia ostatniej powieści Witkiewicza (przez wielu uważanej za jego twórczy testament) nie został w pełni wykorzystany. W inscenizacji zabrakło specyficznego klimatu i kolorytu oryginalnie opisywanej przez Witkiewicza scenerii bohemy artystycznej dwudziestolecia międzywojennego, na tle której postaci toczą ze sobą filozoficzne dysputy. Jednak przedstawienie pobudza do pewnych refleksji. Prawdopodobnie decyduje o tym oryginalna filozofia Witkiewicza, która pobrzmiewa w dialogach bohaterów. Przysłuchując się katastroficznym wizjom Marcelego oraz pseudoracjonalnym ripostom Izydora na temat dobrobytu i harmonii życia, odnalazłam w nich paralele do współczesnych dyskursów. Z codziennego gąszczu informacji docierają do nas dramatyczne wieści o klęskach żywiołowych, które nagminnie pustoszą całe kraje, szalejącym kryzysie ekonomicznym oraz rozpowszechniających się konfliktach zbrojnych. Z drugiej strony wzrastający w nas niepokój hamuje cały sztab naukowych speców oraz ideologicznych autorytetów, którzy przekonują, że taki przebieg wypadków był czymś naturalnym, oczywistym i zdziwienie oraz nerwy są nie na miejscu. Witkacy jest filozofem, który każe zwątpić w demagogię apodyktycznych specjalistów i w złych wydarzeniach nie tyle widzieć oczywistą kolej rzeczy, a odstępstwo od normy oraz syndrom, który zapowiada najgorsze. 

Małgorzata Bryl-Sikorska
Dziennik Teatralny
16 listopada 2011

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia