Niezmierzone pokłady talentu(ów)

Przeczytane... zasłyszane... obejrzane...

W Teatrze im. Juliusza Słowackiego, działającym od 1 września br. pod nową dyrekcją, obejrzałem pierwszy spektakl sezonu w reżyserii, scenografii i według scenariusza Agaty Dudy-Gracz zatytułowany: „Bardzo tanie przedstawienie z bardzo ważnych powodów zrobione tylko raz. Chyba." Zapewne jednorazowo i tylko dla wybranych gości, bo wieczór związany był z jubileuszem 50-lecia pracy artystycznej Feliksa Szajnerta, zasłużonego aktora tej sceny. Ale poziom i rozmach tego wydarzenia zasługują, by odnieść się do niego całkiem poważnie, i odnotować go w kategoriach pełnowymiarowej, twórczej prezentacji, a nie okazjonalnej akademii.

Agata Duda-Gracz jest reżyserem wybitnym. W czasach mojego dyrektorowania na placu Świętego Ducha zrealizowała szereg znakomitych autorskich spektakli, m.in. „Kaligulę" Camusa, „Ojca" na podstawie opowiadania Oskara Tauschinskiego, „Heloizę i Abelarda" Rogera Vaillanda, „Porcelankę...", inspirowaną szekspirowskim „Troilusem i Kresydą" (w MOS-ie). Ale wszystkie one bledną przy jej ostatnim przedstawieniu. Prawdopodobnie poczynania Dudy-Gracz w innych teatrach również są niczym wobec tego, co pokazała ostatnio. Tak powinno być! Artysta musi iść do przodu, bo stanie w miejscu oznacza cofanie się do tyłu. Tutaj Pani Reżyser pokazała, że ma nie tylko nieograniczone pokłady talentu, ale jeszcze znakomite przygotowanie warsztatowe i organizacyjne. Wykreować tak ogromne i głęboko przemyślane przedsięwzięcie przy małej ilości prób i skromnym budżecie graniczy z ekwilibrystyką wręcz cyrkową i sprawnością linoskoczka. Kapelusze z głów! I brawo!

Agata Duda-Gracz w swoim przesłaniu wykazała bezkompromisową niezłomność ideową: nic nie uratuje teatru! Zastanawiam się czy „Słowaka", czy w ogóle? Myślę, że diagnoza Dudy–Gracz sięga głębiej, niż porachunek z konkretną sceną. W przeciwnym razie byłoby to prymitywne i pozbawione sensu w perspektywie „dobrej zmiany". Zatem TEATR nadaje się wyłącznie do radykalnego sprzątnięcia i wymiecenia zeń wszystkich „śmieci", dawnych rekwizytów, wspomnień, tradycyjnych wartości. Starzy aktorzy to banda zdemenciałych głupków, niedowartościowanych, lub przeczekanych artystów, których należy zapakować i odesłać „w niebyt". Młodsi to pozerzy, bufoni i kabotyni, którym nie chce się uczyć tekstu, którzy granie na scenie sprowadzają do paru żałosnych min i sztuczności przeniesionej z kabaretu i podejrzanych telewizyjnych widowisk. Co będzie dalej ze sztuką teatru? Nie wiadomo. I nie ma co udawać, że się wie. Pani Agato, gratuluję odwagi w postawieniu jasnej i nie pozostawiającej złudzeń diagnozy! Niewątpliwie pomoże ona zdezorientowanym widzom nabrać pewności, że warto kochać teatr i do niego przychodzić, a decydentów przekona, że koniecznie trzeba dotować „ruinę". Brawo, Pani Agato!

Agata Duda-Gracz w swoim spektaklu użyła wielu zapożyczeń i klisz kulturowych, jak przystało na prawdziwą, świadomą postmodernistkę. Można jej pogratulować wiedzy i teoretycznego zaplecza. Ogólny obraz środowiska kojarzy mi z serialem „Artyści" Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Ale proszę zwrócić uwagę jak Pani Agata twórczo odnosi się do problemu degrengolady i alienacji naszego środowiska. Strzępka i Demirski ulegają chwilom słabości i stosują kontrapunkt świadczący o tym, że mimo dezorientacji artystów sztuka teatru jest jednak komuś, na coś potrzebna. Duda-Gracz wyzwoliła się z sentymentalizmu. Pokazuje, że nie jest potrzebna nikomu. Nawet szekspirowski monolog „Być albo nie być", który Jerzy Światłoń stara się mówić „po staremu", pointuje soczystym przekleństwem. Odwaga cechować powinna każdego prawdziwego artystę. Jeszcze raz brawo!

Agata Duda-Gracz, jak zawsze, znakomicie pracowała z aktorami. Tym razem zadanie miała niełatwe. Na scenie wystąpił prawie cały zespół Teatru. Nie zauważyłem tylko Andrzeja Grabowskiego, który był umieszczony w programie, Grzegorza Mielczarka i Wojciecha Skibińskiego. Ale za to wystąpili dyrektorzy: Krzysztof Głuchowski i Bartosz Szydłowski, kierownik muzyczny Halina Jarczyk, również choreograf przedstawienia Tomasz Wesołowski i gościnnie Cezary Studniak (w roli tajemniczego Pana Waldka). Mając mało czasu Duda-Gracz wykazała się niewiarygodną intuicją: pozwoliła aktorom grać to, w czym czują się najlepiej. Ci którzy potrafią śpiewać – śpiewali, ci co dobrze tańczą – tańczyli, co potrafią imitować głosy – imitowali głosy, co dobrze robią szpagat – robili szpagat, co mają zmysł do rapowania – rapowali, itd. Dzięki Pani Reżyser aktorzy mogli „pójść po swoje", tworząc widowisko na wskroś nowoczesne, w którym nie wolno nawet udawać, że udział we wspólnym przedsięwzięciu polega na ujednoliceniu konwencji. Duda-Gracz wie, że to już dawno wyszło z mody, więc po raz któryś brawo, Pani Agato!

Agata Duda-Gracz dzięki swojej wrażliwości psychologicznej umożliwiła Halinie Jarczyk stworzenie kreacji aktorskiej. Bo to, że Halinka jest świetną skrzypaczką wiedzą wszyscy. Ale to, że jej wielkim marzeniem (jeszcze od czasu Teatru STU) są występy aktorskie na scenie wie znacznie mniej osób. Duda-Gracz swoim przenikliwym piórem opisała w programie postać Zbysławy - Alkoholiczki, którą powierzyła Halince: „ Ma za sobą niejedno. Nie trzeźwieje. Śpi wszędzie, gdzie jest ciepło. Nie pamięta ile ma lat. Żyje na koszt konsumpcyjnego społeczeństwa i jest przeciw wszystkiemu. Mogą jej skoczyć. Lubi wyginać twarz w różne strony; najlepiej wychodzi jej nadymanie policzków i wytrzeszczanie oczu. Powoduje to, że nikt nie wie, jak ZBYSŁAWA naprawdę wygląda. ZBYSŁAWA od lat programowo się nie myje, dzięki czemu ma zawsze wokół siebie wolną przestrzeń, a zaczepieni przez nią przechodnie bardzo szybko wspierają ją finansowo. Jeżeli są oporni, ZBYSŁAWA stoi obok nich tak długo, aż padną." Halina to wszystko zagrała! I grymasy, i wytrzeszcz, i smród ... I jeszcze wiele, wiele więcej. Bo i tarzała się po scenie, i rozkosznie kicała na czworakach za szklanką wódki, i z gracją suszyła włosy przy maszynie do wiatru. Na skrzypcach grała mało. Wobec tak niezwykłej charakterystycznej kreacji aktorskiej nie było to potrzebne. Brawo Halina! Ale przede wszystkim brawo Agata Duda-Gracz!

Agata Duda-Gracz potrafiła wpleść w swój scenariusz wątki religijne, którymi zajmuje się od szeregu lat: była mowa o ojcu Maksymilianie Kolbe, o Świętej Panience, o Jezusku. Powiedzieć „brawo" byłoby w tym wypadku nie na miejscu. Więc pełne szacunku Bóg zapłać!

Agata Duda-Gracz nie pozwoliła Feliksowi Szajnertowi, Dostojnemu Jubilatowi, powiedzieć ani jednego słowa. Usadzony w fotelu, nieruchomy, miał pozostać biernym obserwatorem tego, co się wokół niego dzieje. Był zaczepiany przez inne postacie wielokrotnie. Nawet usiłowano owinąć go w szary pakowy papier. Trwał niezłomny i nieporuszony. Odezwał się dopiero po zakończeniu spektaklu, w części oficjalnej. Felek, mój serdeczny przyjaciel w okresie, gdy byłem dyrektorem, skierował swoje spojrzenie na Krzysztofa Głuchowskiego, potem przeniósł je na publiczność i ogłosił, że przyszła „dobra zmiana", że zaprasza do teatru, wreszcie zakończył: „ ... będzie się działo, oj działo!" To dobrze. Bo ważny jest teatr i miejsce w nim artysty tak znakomitego jak Feliks Szajnert. Reszta jest nieistotna. Ja też czekam na następne premiery. Jakie będą skoro ta była tak wspaniała? Jak u Hitchcocka? Bo o Agatę Dudę-Gracz nie muszę się martwić. Z pewnością nie wyczerpała swojego talentu, którego pokłady posiada niezmierzone.

Krzysztof Orzechowski
dla Dziennika Teatralnego
27 października 2016
Portrety
Agata Duda-Gracz
Wątki
KO

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia