Nigdy nie wiadomo, za którym drzewem czyha inspiracja

Rozmowa z Martą Guśniowską

Jestem autorem, który czasem nabiera ochotę na zmaterializowanie swojej wizji i pomysłów. Kto wie, może jak odpocznę po debiucie zapragnę znów zabrać się za reżyserię? Największym plusem własnej realizacji jest to, że mogłam sobie wreszcie zrobić spektakl stricte lalkowy. Mam na koncie wiele premier swoich tekstów, ale bardzo niewiele z nich było rzeczywiście lalkowych. A ja jestem lalkarzem – może nie z wykształcenia, ale z zamiłowania, z tego, co mi w duszy gra.

Z Martą Guśniowską, dramaturżką, autorką kilkudziesięciu sztuk teatralnych dla dzieci i młodzieży, reżyserką spektaklu "A niech to Gęś kopnie!" zrealizowanego w Teatrze Animacji w Poznaniu rozmawia Alexandra Kozowicz.

Alexandra Kozowicz: W grudniu w Teatrze Animacji w Poznaniu premierę miała Twoja bajka „A niech to Gęś kopnie". Jak to się stało, że z autorki sztuki stałaś się także jej reżyserką? Myślałaś o tym wcześniej?

Marta Guśniowska: Tak, kiedyś myślałam o reżyserii. Chciałam zdawać do Akademii Teatralnej na Wydział Lalkarski ale stchórzyłam. Pragnienie bycia częścią teatru gdzieś we mnie siedziało, a kiedy zaczęłam pisać sztuki teatralne, okazało się, że moje pisanie stało się furtką do teatralnego świata. Po latach pisania przyszedł pomysł, żeby spróbować swych sił w roli reżysera. Podczas rozmowy z Markiem Waszkielem – dyrektorem Teatru Animacji w Poznaniu, pół żartem pół serio padło hasło, żebym coś wyreżyserowała. I Marek, który jest moim przyjacielem i mecenasem dał mi wolna rękę. Zaufał mi i zaryzykował.

Jak się czułaś w roli reżysera? Co było nowością, a co rozwinięciem konceptu?

Nowością było to, że można mieć teoretycznie wszystko zaplanowane, a w praktyce okazuje się, że nic z tego. Wielu pomysłom nie udaje się przetrwać zderzenia z rzeczywistością. Musimy je więc weryfikować i zmieniać, bo okazują się nie być tak dobre jak się na początku wydawało. Pracując z aktorami często wpadaliśmy na koncepty, które okazywały się znacznie lepsze, od ich pierwowzorów. W roli reżysera nauczyłam się, żeby nie trzymać się kurczowo swojego pomysłu, tylko odpuścić czasem i pozwolić przyjąć coś, co jest lepsze dla nas i dla spektaklu.

Jako reżyserka własnej sztuki mogłaś więc zawsze pójść dalej.

Tak. Miałam ten komfort, że mogę zrobić z tym tekstem co chcę. Podczas pracy nad spektaklem Guśniowska reżyserka postanowiła zmienić zakończenie bajki, i nie musiała dzwonić do Guśniowskiej autorki z pytaniem o zgodę. W oryginale Lis ratował Gęś i wyłączał ogień pod palnikiem. Postanowiłam pogłębić zakończenie i zmienić morał tej historii. W ostatecznym kształcie mówi on, że tak naprawdę to nikt inny tylko my sami możemy sobie pomóc. Mamy w sobie wszystko czego potrzebujemy, żeby się podnieść i być szczęśliwym. Dlatego gdy Lis próbuje wyłączyć ogień pod palnikiem – nie udaje Mu się to. Próbuje Wilk, Narrator, Mrówki – w końcu zniecierpliwiona Gęś sama się ratuje zdmuchując płomień pod zajmowaną przez siebie brytfanką. Z drugiej strony jest wielka obawa, żeby nie potraktować tekstu zbyt lekką ręką, i nie zmienić jego sensu. Trzeba być powściągliwym. Czasem jako autorka tekstu musiałam tupnąć nogą, że - chwila – nie o to mi chodziło! Zdarzało się, że zmieniałam jakieś pomysły na inne i okazywało się, że jednak pierwotny koncept był lepszy, i wracaliśmy do tego co wymyśliła Guśniowska autorka.

Lepiej czujesz się więc w roli autorki czy reżyserki?

Zdecydowanie autorki. Pisząc wpływam na kształt dzieła w 100%. Reżyserując w znacznie mniejszej części. Pracując z innymi musimy zaakceptować, że nie wszystko jest tak, jakbyśmy chcieli – każdy współtwórca dodaje cząstkę siebie, każdy aktor przetwarza postać przez siebie samego – trzeba nauczyć się iść na kompromisy. Jednak ta namacalność efektu – to, że coś, co zwykle pozostaje jedynie w mojej wyobraźni, a teraz materializuje się na scenie – jest czymś niezwykle kuszącym i kto wie czy za jakiś czas znowu nie zechciałabym spróbować.

Jak układała się twoja współpraca z reżyserami innych sztuk? Czy wiernie traktują tekst Twoich bajek?

Bardzo różnie traktują, choć po mojej przygodzie z reżyserowaniem inaczej już na to patrzę. Wiem, że czasem warto coś zmienić. Zwykle nie mam pretensji do skrótów – ale bardzo nie lubię, kiedy próbuje mi się coś dopisać. Zazwyczaj to, co dopisane, nie pasuje ani stylistycznie ani tematycznie i wtedy się wkurzam. Ale był i wyjątek – mój ukochany reżyser Petr Nosálek był twórcą, któremu mogłam w 100% zaufać. Wiedziałam, że on nie skrzywdzi żadnej z postaci, a dołoży swoją dawkę poczucia humoru i mądrości życiowej. Często podczas premier moich sztuk w jego reżyserii zastanawiałam się, czy jakiś dowcip był dodany przez niego, czy to ja go napisałam, ale tak dawno, że go nie pamiętam. Wszystko co dodawał wyśmienicie pasowało. Teraz bardzo dobrze mi się pracuje z Mariánem Pecko. Robiliśmy razem sztukę „Brak Sensu, Aniołek, Żyrafa i Stołek" w Białostockim Teatrze Lalek. Kiedy marudziłam, że - na przykład finał jest zbyt długi, i proponowałam żeby go skrócić mówił: „Autor tak napisał i tak ma być!". I nie było mowy, żeby cokolwiek zmienić, pomimo że ów autor błagał go o to na kolanach. Marian bowiem ma ogromny szacunek dla słowa, dla autora i jego pracy.

Który z reżyserów najbardziej Cię zaskoczył swoją inscenizacją?

Piotr Tomaszuk, podczas pracy nad „Lisem". Bardzo wiele tekstu zostało zmienione. Sztuka była jedynie pretekstem, żeby znaleźć coś nowego. Na całość złożyła się wypadkowa pracy reżysera, scenografa, aktorów i w mniejszej części autora sztuki. To było bardzo ciekawe doświadczenie, bo w konsekwencji powstał spektakl mocno odbiegający od mojej wizji, a jednocześnie niezwykły i wielce interesujący.

Czy mimo tych zmian, spektakl Ci się podobał?

Podobał mi się bardzo, ponieważ zaskakiwał. Bardzo lubię ten spektakl, jest inny, niż pozostałe. Podobała mi się praca reżysera i fakt, że pozwalał na wiele aktorom. Nauczył mnie innego myślenia – nieprzywiązywania się do dobrych pomysłów, szukania wciąż lepszych rozwiązań. Przez cały czas poszukiwaliśmy czegoś nowego.

Kilka Twoich sztuk powstało na „zamówienie". Czy to dla Ciebie wyzwanie czy raczej zabawa w „wariacje na temat"?

Traktuję to jako zadanie domowe. Najbardziej lubię pisać sama dla siebie – wtedy, z potrzeby serca powstają najlepsze rzeczy. Najwięcej sztuk powstało na zamówienie Krystiana Kobylki z Opolskiego Teatru Lalki i Aktora. Ale to były zamówienia specyficzne, zamówienia typu: „Napisz, a cokolwiek napiszesz będzie dobrze". Miałam wolną rękę i zaufanie dyrektora – dlatego wtedy pisało mi się bardzo dobrze. Tak powstała na przykład sztuka „Psiakość", przy której dostałam jedynie polecenie - musical dla teatru lalek, ale także „O mniejszych Braciszkach Świętego Franciszka". Nosalek, zamawiając u mnie sztuki mawiał: „Marticzko, ty jesteś mądra dziewczynka, ty wymyślisz". Najczęściej jednak zamówienia to adaptacje klasycznych bajek.

Czy śledzisz losy swoich sztuk? Z których jesteś najbardziej dumna?

Śledzić byłoby trudno. Kiedy doliczyłam się ponad 50 premier – przestałam je śledzić.
Dumna jestem z dwóch. „Baśń o Rycerzu bez Konia" była moją pierwszą prapremierą, więc zawsze będzie dla mnie bardzo ważna. Poza tym najlepiej sobie radzi na scenie, bo miała już 11 premier w kraju i zagranicą. A druga sztuka to „A niech to Gęś kopnie!", do której mam sentyment, bo to mój debiut reżyserski i jako reżyserka wywróciłam ją do góry nogami i porządnie przepracowałam.

A na czym Twoim zdaniem polega fenomen „Rycerza bez konia"?

Nie mam pojęcia – może na prostocie? Może na mądrości przeplatającej się z humorem, przy odniesieniu do klasycznych motywów baśniowych. To prosta bajka bez nadęcia. Napisałam ją szybko, w kilka wieczorów, bo właśnie upływał termin wysyłania sztuk na Konkurs na Sztukę dla Dzieci i Młodzieży. Może wtedy, te 10 lat temu, kiedy tekst powstał był czymś nowym, czymś innym w sposobie mówienia do dzieci, traktowania ich i prowadzenia narracji – nie wiem. Po latach chciałam do niego wrócić ale zrezygnowałam, bo teraz bym pewnie chciała dużo zmienić. A przecież nie mogę, bo jakby nie patrzeć – to już klasyka.

Jakie były Twoje wrażenia dotyczące pierwszej zainscenizowanej sztuki?

Był to „Rycerz bez Konia". Przychodziłam na wszystkie próby do Teatru Animacji Poznaniu. Aktorzy dziwili się, że ktoś siedzi na próbach, pomimo że nie musi – a ja byłam oczarowana i wszystko mi się podobało. Będąc na premierze wiedziałam, czego się spodziewać, ale to i tak było coś niezwykłego Miałam dużo szczęścia, że mój debiut dramatopisarski reżyserował właśnie Janusz Ryl-Krystianowski. Mam duży sentyment do tego spektaklu, i do dzisiaj mi się podoba. Dobrze jest już za pierwszym razem trafić na świetnego reżysera, który nie skrzywdzi ani tekstu ani autora.

Z wykształcenia jesteś – filozofką. Czy ten fakt, a także temat, który wybrałaś do swojej pracy magisterskiej (o chińskich baśniach) mają wpływ na postrzeganie i konstruowanie bajek?

Myślę, że tak. Siedziałam w bajkach przez długi czas i wiele z nich we mnie zostało. Z pewnością teraz przemycam coś do moich własnych tekstów, nawet nieświadomie. Chińskie baśnie są zupełnie inne niż nasze. Czytając je często ma się wrażenie, że baśń kończy się w niewłaściwym momencie. Jakby zabrakło oczywistej puenty, do której jesteśmy przyzwyczajeni w europejskich opowieściach – myślę, że przez to bajki wschodnie bardziej rozwijają, każą nam skupić się, poszukać głębiej.

Kim trzeba być żeby pisać dla dzieci?Bliski jest Ci świat metaforyki dziecięcej?

W każdym z nas tkwi odrobina dziecka, a ja idę dalej – ja wciąż jestem dzieckiem i lubię nim być. Literatura dla dzieci zawsze była mi najbliższa. Jest w niej więcej miejsca na rzeczy niezwykłe, magiczne, większe pole do popisu dla wyobraźni. Dobra baśń jest nie tylko dla dzieci, ale dla wszystkich. Dorośli, którzy przychodzą z dziećmi, też powinni się świetnie bawić. Nie rozróżniam osobnego pisania dla dzieci i dla dorosłych. Bardziej oczywisty jest dla mnie podział na pisanie dla teatru lalkowego i dramatycznego – z których ja osobiście zdecydowanie wolę ten pierwszy.

Kiedy zaczęła się Twoja fascynacja teatrem lalkowym?

Od pierwszego spektaklu lalkowego, który zobaczyłam. Co, paradoksalnie, wcale nie miało miejsca w dzieciństwie, ponieważ w wychowując się w małym miasteczku nie miałam szans chodzić do teatru lalkowego. W młodości chłonęłam Teatr Młodego Widza, czasem jeździliśmy do Teatru Nowego, czy Polskiego w Poznaniu. Pierwsza sztuka, którą napisałam mając kilkanaście lat była zupełnie dramatyczna. Wtedy teatr lalek jeszcze mnie nie interesował, bo go zupełnie nie znałam. Napisałam wówczas utwór, inspirowany Szekspirem – poważną, patetyczną tragedię. Dostałam wyróżnienie w konkursie Szukamy Polskiego Szekspira, za doskonały pastisz komedii fredrowskiej. Bardzo szybko skończyły się pomysły na pisanie wielkich poważnych scenariuszy, bo stwierdziłam, że jak mają się śmiać z moich sztuk, to niech się śmieją ze mną. Wtedy postanowiłam pisać komedie i znalazłam się w teatrze lalek, w którym się zakochałam na zabój.

Jaki był Twój ulubiony autor z dzieciństwa? Coś co czujesz, że pozostało w Tobie, i w twoich sztukach?

Lewis Carroll i jego „Alicja w krainie czarów" i „Po drugiej stronie lustra". To najwspanialsze książki wszechczasów. Tę pierwszą dostałam w formie słuchowiska od taty, kiedy jeszcze nie umiałam czytać. Często do niej wracam, odczytując ją na milion rożnych sposobów. Zbieram wydania „Alicji" we wszystkich językach i z różnych stron świata. Przyjaciele zawsze wiedzą, co mi przywieźć z dalekiej wyprawy – kiedy nasz teatr wyjeżdża na zagraniczne festiwale mój partner, Krzysiek, który jest aktorem, zawsze przywozi mi egzemplarz – niemało się czasem za nim nabiegawszy – i to jest najpiękniejszy prezent. Książki z dzieciństwa, które nas zachwyciły zostają w nas na całe życie, i myślę, że we mnie siedzi właśnie Alicja.

Gdzie znajdujesz bohaterów dla swych sztuk? Gdzie znalazłaś Rycerza bez Konia, a gdzie Gęś?

Historie o zamkach, smokach, rycerzach były we mnie od małego. Wychowywałam się w małym miasteczku, w Międzyrzeczu Wielkopolskim. Obok naszego bloku, za płotem, stał stary zamek. Na niedzielny spacer, czy przechadzkę z psem szło się właśnie „na zamek". Jako mała dziewczynka nie bawiłam się lalkami, ale klockami lego, z których namiętnie budowałam zamki. Duet rycerz i koń był więc ze mną od początku – a potem tak sobie przekornie pomyślałam: co by się stało gdyby ich rozdzielić, i zobaczyć jak to się potoczy? Z Gęsią historia była inna. Byliśmy w Bieszczadach i poszliśmy na targ rękodzieła. I tam właśnie zobaczyłam przepiękną, szytą ręcznie Gęś. Długą, chudą, w czepku i sukience retro. Wyglądała absurdalnie i miała głupkowatą minę. Od razu wpadła mi w oko, co musiało być bardzo widać, bo moja Mama podeszła do sprzedawczyni i powiedziała, że bierze tę Gęś dla swojego dziecka. Gęś zaskarbiła sobie serca mojej rodziny i przyjaciół – gdy tylko wpadnie w ręce moje lub Krzyśka od razu jest animowana – a nadaje się do tego znakomicie. Przez to zainspirowała mnie do napisania tekstu. Gęś siedzi teraz ze mną i puchnie z dumy, że cały świat zna ją jako bohaterkę sztuki.

Czy oprócz Gęsi masz jeszcze jakiegoś innego ulubionego bohatera Bajki?

Nie mam sentymentów do misiów, króliczków i innych milutkich pluszowych postaci. Za to fascynują mnie lisy, szczury, łasice i inne może powszechnie nie darzone tak wielką sympatią, ale na pewno charakterne zwierzęta.

Co najbardziej lubisz w procesie tworzenia sztuki teatralnej? Konstruowanie fabuły, pomysły na gagi czy podążanie za wizją inscenizacyjna?

Najbardziej lubię moment zapomnienia się. Gdy mam jakiś pomysł to siadam przy komputerze z lampką wina i odpływam, nie słysząc co się dzieje dookoła. Tak bardzo wchodzę w ten świat, piszę tak zapamiętale, że po jakimś czasie odczytując to co napisałam, sama się śmieję i dziwię, bo nie pamiętam, żebym to wymyśliła.

Która dyscyplina sztuki jest dla Ciebie inspirująca? Skąd czerpiesz inspiracje?

Teatr jest dla mnie inspirujący. Bardzo lubię jeździć na festiwale by podziwiać inne spektakle. Czasem się zachwycam, a czasem oglądam coś, co nie bardzo mi się podoba, ale wystarczy, że zobaczę jedną ciekawą lalkę, czy sam gest lalki i to maleństwo potrafi mnie zainspirować, rzucić nasionko, które zakiełkuje. Także moi bohaterowie mnie inspirują. Zwykle zaczynam od postaci – i wtedy zastanawiam się co dalej, czego by ta postać chciała, jaki może mieć cel i pragnienia. I wymyślam fabułę. Inspiracja może czaić się wszędzie. Pisarz jest podglądaczem, trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Nie spać w podróży, nie spać na ławce w parku bo nigdy nie wiadomo, za którym drzewem czai się inspiracja.

Myślisz o kolejnych wyzwaniach reżyserskich?

Nie wykluczam kontynuowania przygody z reżyserowaniem, ale nie jest to rzecz, dla której mogłabym porzucić pisanie. Jestem autorem, który czasem nabiera ochotę na zmaterializowanie swojej wizji i pomysłów. Kto wie, może jak odpocznę po debiucie zapragnę znów zabrać się za reżyserię? Największym plusem własnej realizacji jest to, że mogłam sobie wreszcie zrobić spektakl stricte lalkowy. Mam na koncie wiele premier swoich tekstów, ale bardzo niewiele z nich było rzeczywiście lalkowych. A ja jestem lalkarzem – może nie z wykształcenia, ale z zamiłowania, z tego, co mi w duszy gra. I będę walczyć o lalki i udowadniać, że teatr lalek w swej klasycznej formie nadal jest niezwykle atrakcyjny, że lalki bez problemu uniosą nawet najdłuższy tekst, a przy tym dają widzowi możliwość uczestniczenia w niezwykłej, magicznej i jedynej w swoim rodzaju uczcie teatralnej.

Marta Guśniowska - urodzona w Międzyrzeczu, z wykształcenia filozof (Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu), z zamiłowania dramatopisarka, z zawodu dramaturg. Wielokrotna laureatka Konkursu na Sztukę dla Dzieci i Młodzieży, organizowanego przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu, oraz Konkursu na Wystawienie Sztuki Współczesnej, organizowanego przez Ministerstwo Kultury i Teatr Narodowy, laureatka brązowego medalu „Zasłużony dla Kultury Gloria Artis" w 2010 r., autorka wielu sztuk dla dzieci wystawianych na polskich i zagranicznych scenach.

Alexandra Kozowicz
Dziennik Teatralny
24 stycznia 2015

Książka tygodnia

Street Art. Wielcy artyści i ich wizje
Wydawnictwo ARKADY
Alessandra Mattanza

Trailer tygodnia