Nikomu nie służyłem

sylwestka Ryszarda Grońskiego

Pisarz, dziennikarz, satyryk, poeta, a z wykształcenia historyk. Przez niektórych uważany za jednego z najzdolniejszych twórców minionego 40-lecia, dla innych lewicowy komediant, reżimowy błazen za czasów junty Wojciecha Jaruzelskiego. W ostatnich latach mniej aktywny, zwłaszcza jako satyryk, ale ciągle pisze teksty i ma nowe pomysły.

«Współpracował z tygodnikiem "Szpilki" i "Polityka", z kilkoma kabaretami, m.in. z "Pod Egidą", był też kierownikiem literackim stołecznego Teatru Syrena. Współautor spektakli dla teatrów muzycznych. Autor wierszy satyrycznych, powieści i książek dla dzieci.

Umawiamy się w jednym z jego najbardziej ulubionych miejsc, czyli u Bliklego, przy Nowym Świecie w Warszawie. - Na ogół unikam dziennikarzy - mówi na wstępie. - Ale od lat czytam "Angorę" i cenię ten tytuł, więc czynię wyjątek. Ostatnio specjalizuję się raczej w książkach, piszę też scenariusze filmowe. Mój największy sukces w tej mierze, to "Lata dwudzieste... lata trzydzieste. ..". A teraz powstanie pełnometrażowy film animowany "Szlemie! pechowiec". Opowiadanie dla dzieci miało bardzo dobre recenzje.

Ma już gotowy scenariusz komedii napisanej na podstawie prawdziwej historii o łobuzie, który doszedł do różnych rzeczy, a chciał m.in. sprzedać kolumnę Zygmunta albo tramwaj. - Trafiał na frajerów i udawało mu się.

Podkreśla, że teraz taka twórczość go interesuje, ale książki też. - Powieści są trudne, ale pozostawiają ślad. A felietony już mi się znudziły. Dziś każdy potrafi uprawiać ten rodzaj publicystyki, w każdym piśmie jest po parę felietonów. Mnie to przestało bawić. Od jakiegoś czasu nie pisuję już do "Polityki". Uznałem, iż lepiej zająć się książkami, że to bardziej interesuje czytelników. Obecnie w trakcie wydania jest e-book, "Satyryk los", powieść, która częściowo dzieje się w Łodzi, o zawodzie autora satyrycznego. Jak wygląda jego życie, debiut itd.

Choć już od dawna jest na emeryturze, śmieje się, że zawsze uważał się za emeryta. - Oficjalnie jestem od kilkunastu lat, lecz zawsze żyłem w takim stylu emeryta. Zawsze lubiłem teksty satyryczne, dlatego współpracowałem z wieloma kabaretami. Na początku był to kabaret "Szpak" Zenona Wiktorczyka, w kawiarni hotelu Bristol. Pisałem m.in. dla Bogdana Łazuki. Wtedy byłem jeszcze nieznany.

Drugi z kabaretów to "Wagabunda", którego założycielką, reżyserem i kierownikiem artystycznym była aktorka Lidia Wysocka. - Pisałem teksty dla Bobka Kobieli, Zbyszka Cybulskiego, a jeden z nielicznych ich wspólnych występów to był mój tekst. Drugim szlagierem w " Wagabundzie" w wykonaniu tych artystów i Mieczysława Wojnickiego była piosenka też z moim tekstem, zatytułowana "Amnestia".

Choć wydaje się bardzo warszawski, nie urodził się w tym mieście, a w Łańcucie. - Ojciec był doradcą finansowym hrabiego Potockiego, który zapewnił nam to, że przeżyliśmy wojnę. Kiedy jednak okupacja się kończyła, uciekliśmy do Łodzi. I tam zacząłem chodzić do szkoły. Maturę robiłem w znanym i dobrym liceum, wtedy była to III Ogólnokształcąca Szkoła Towarzystwa Przyjaciół Dzieci.

Opowiada, że jeszcze będąc uczniem, napisał z kolegą Ryszardem Wierzbowskim pierwszy w swoim życiu znaczący tekst. Była to "Szopka" dla Kazimierza Dejmka do Teatru Nowego w Łodzi. Jak trafili do wybitnego reżysera? - Kiedy napisaliśmy tekst, poszliśmy do niego. Przeczytał i stwierdził, że jest nim zainteresowany Muszę przyznać, że jak na tamte czasy była to odważna szopka. I tekst bardzo już dojrzały. O dziwo, miał nawet dobre recenzje w Londynie, w piśmie emigracyjnym.

Wcześniej pisał już z kolegą fraszki, proste wierszyki, które cieszyły się sporym zainteresowaniem. - Drukowano je m.in. w piśmie Uniwersytetu Łódzkiego "Kronika". W Łodzi było wtedy bardzo silne środowisko satyryczne, składające się z osób, które zostały, nie przeniosły się do Warszawy.

Po maturze zdecydował, że będzie studiował historię. Dlaczego? - Bo wydawało mi się, że jest to interesująca dziedzina. Pasjonowała mnie. Napisałem dobrą pracę magisterską, miałem propozycję pozostania po studiach na uczelni. Wolałem jednak swoją dotychczasową pracę, miałem przy tym świadomość, że ta wiedza pomoże mi w twórczości.

Przez cały okres studiów pisał. - W jakimś sensie utrzymywałem się z tego. To było moje źródło zarobku.

Jeździł do Warszawy i oferował swoje teksty w kabaretach, a także w teatrach, m.in. w Buffo i Syrena. - Sporo było tych tekstów. Wspomina, jak do Polski przyjechała Loda Halama, tancerka, aktorka, choreograf, prawdziwa gwiazda. - Napisałem o niej tekst, który wykonywała Lidia Korsakówna. Kończył się pytaniem, czy ludowa jest to Polska, czy lodowa? To był jeden z pierwszych moich tekstów, którym zainteresował się teatr. Byłem wtedy jeszcze na studiach.

Po ukończeniu uczelni nie zdecydował się na pozostanie na Uniwersytecie Łódzkim, lecz rozpoczął pracę w powstałym po odwilży w 1956 r. łódzkim dwutygodniku satyrycznym "Karuzela". - Wybrałem redakcję, taka była moja decyzja. To nie był duży zespół redakcyjny, zaledwie 3 lub 4 osoby. Ale spory nakład.

Co pisał? - Przeglądy wydarzeń, fraszki. Sporo tego było. Współpracowałem już wtedy z liczącym się teatrem studenckim Akademii Medycznej w Łodzi "Cytryna". Wykorzystywali moją twórczość, czasem pisałem dla nich specjalnie. Cały czas bywałem w Warszawie i sprzedawałem swoje teksty. To był bardzo twórczy i ciekawy okres mojego życia. Trzeba było z czegoś żyć, jakoś się urządzić.

W 1966 r., po kilkuletniej pracy w "Karuzeli", przeniósł się do Warszawy. Rozpoczął pracę w ilustrowanym tygodniku satyrycznym "Szpilki". - Dostałem tam etat. Zwolniło się miejsce po kobiecie, która popełniła samobójstwo. Już wcześniej z nimi współpracowałem, przez kilka lat sporo dla "Szpilek" pisałem.

W nowej pracy pisał teksty i tłumaczył m.in. Bułata Okudżawę i Włodzimierza Wysockiego. - Byłem zadowolony, gdyż udało się dla mnie załatwić mieszkanie. A nie było to łatwe, bowiem w tamtym okresie wręcz niemożliwym było uzyskanie zameldowania w stolicy. To był dla mnie trudny okres. Gdyby nie pomoc dobrych ludzi, tobym nic nie załatwił. Pomogła mi bardzo matka Beaty Tyszkiewicz, Barbara Tyszkiewicz, która pracowała w "Szpilkach" jako kierownik archiwum i miała naprawdę duże znajomości.

Jego zdaniem "Szpilki" to było dobre miejsce, gdyż umożliwiało współpracę z radiem i z telewizją, gdzie realizowano programy satyryczne. Cały czas współpracował z kabaretem. - Po "Szpaku" i " Wagabundzie" był to kabaret "Pod Egidą", gdzie byłem autorem wielu tekstów. Pisałem zarówno dla siebie, ponieważ ja także występowałem, jak i np. dla Ewy Dałkowskiej, Piotra Fronczewskiego, Wojtka Pszoniaka. I właśnie z tym kabaretem wyjechałem do Ameryki i odbyłem sześciotygodniową trasę po Kanadzie i USA.

Jak zauważa, był jedynym autorem, którego teksty wygłaszał Jan Pietrzak. W tamtym czasie obaj panowie nie tylko współpracowali, ale przyjaźnili się. Niestety, jak dodaje, dziś dawni przyjaciele nie utrzymują żadnych kontaktów. - On wybrał inaczej, ja inaczej. Janek nie mógłby tolerować różnych rzeczy, które ja robię. Przyznaje, że jest to bardzo dobitny przykład, jak polityka poróżniła najbliższych przyjaciół. - Ale Janek dokonał innych wyborów. Bardzo to przeżyłem, bowiem byliśmy naprawdę blisko. I to w trudnych czasach.

Na portalu Prawica.net jeden z autorów określa Ryszarda Marka Grońskiego jako osobnika tęskniącego za dawnymi, dobrymi czasami, nazywa go lewicowym komediantem. Pisze, że "satyryk ten utkwił mu najbardziej w pamięci jako pro-reżimowy błazen za czasów junty Jaruzelskiego". - Nigdy nie czułem się błaznem, nie zajmowałem się propagandą. W przeciwieństwie do Jana Pietrzaka nie należałem do PZPR, zawsze byłem człowiekiem niezależnym. I na pewno nikomu nie służyłem.

Dodaje, że zawsze uważał, iż bywają Arki gorsze od potopu. - I my byliśmy w tej Arce. Nie mam jednak w swoim dorobku tekstów, których musiałbym się wstydzić.

Niemniej przyznaje, że czuje się człowiekiem lewicy. - Tak było zawsze. Ale to różni się od sługusa. Niczego nie można mi przypisać.

Za bardzo istotny okres w swojej twórczości uważa czas współpracy z liczącym się i ważnym kabaretem "Pod Egidą". - Na nasze spektakle ściągały tłumy. To był bardzo dobry kabaret. Naprawdę doskonały. I dobry czas. Do stanu wojennego.

Po 13 grudnia 1980 r. nie pisał już tekstów satyrycznych do "Szpilek", bo czasopismo zostało zawieszone na kilka miesięcy. - Zająłem się wierszami i piosenkami. Z Antonim Marianowiczem i Ryszardem Sielickim robiliśmy musicale. Z muzyką Jerzego Wasowskiego powstał "Machiavelli". Grały ten spektakl różne teatry w Polsce, w różnych okresach, m.in. stołeczna Syrena. Obecnie wystawiają go w Rzeszowie i Toruniu. Był też "Diabeł nie śpi" i wiele innych.

W latach 80. pisał dużo monologów dla Hanki Bielickiej, Aliny Janowskiej, Krystyny Sienkiewicz. - To była moja specjalizacja. Pisał też bajki dla dzieci.

- Do dzisiaj obecny jestem w polskich szkołach. Dzieci uczą się moich wierszyków. Powstało również wiele książek, które są wciąż wznawiane. Ciągle jestem z dziećmi, choć sam dzieci nie mam.

Bardzo go cieszy, iż to, co stworzył, jest w szkołach, że to zostaje. - Z pewnością jest to pewien rodzaj satysfakcji.

A pełna satysfakcja? Jaka twórczość mu ją dała? - Nie ma czegoś takiego jak pełna satysfakcja. Człowiek musi być wobec siebie krytyczny. Nie może się rozbestwić.

W okresie Okrągłego Stołu i w czasie przełomu był już felietonistą "Polityki".

- I tam właśnie starałem się zabierać głoś w różnych sprawach, atakując rzeczy i sprawy, które mi się nie podobały. Pisałem też trochę satyrycznych tekstów dla Teatru Syrena. Zawsze miałem jakieś zajęcie. Lepsze, gorsze, ale było. Nie miałem czasu na nudę. Zresztą nie lubię się nudzić.

Przyznaje, że w latach 90. nieco zwolnił, zwłaszcza z satyrą. - Zabrałem się do pisania powieści. I trochę ich powstało. Wszystkie zostały wydane. Nigdy zresztą nie miałem problemu z wydaniem czegokolwiek, co napisałem.

Co zatem z satyrą? - Jestem konsultantem w Teatrze Żydowskim. I tam daje upust. Piszę teksty do programów składankowo-rewiowych. W przygotowaniu jest program kabaretowy dla grupy aktorów. Jest to współczesna opowieść. Niestety, w dzisiejszych czasach trudno jest znaleźć sponsorów zainteresowanych produkcją spektaklu.

Był kierownikiem literackim warszawskiego Teatru Syrena, gdzie pokazano jego sztukę "Won!" w reżyserii Barbary Borys-Damięckiej. Kilka miesięcy temu w poznańskim Teatrze Muzycznym wystawiono spektakl, do którego dokonał selekcji tekstów z okresu 20-lecia międzywojennego. - Opracowałem scenariusz spektaklu "Nie ma jak lata 20., lata 30." Czasem coś takiego robię.

Teraz ma pomysł na kolejny utwór.

- Będzie to widzenie obecnej rzeczywistości oczyma satyryka. Mam to już częściowo przygotowane, ale muszę jeszcze napisać. Myślę także o filmie, jestem już nawet po pewnych rozmowach, ale, jak sądzę, to na pewno potrwa. Nie przejmuje się, że nie ma go na satyrycznym rynku.

- Wcale nie mam na to ochoty. Bo jeśli mam coś do powiedzenia, to wtedy jestem.

Drodzy Czytelnicy, zapraszamy Was do redagowania "Ciągu dalszego". Prosimy o nadsyłanie na adres redakcji propozycji dotyczących tego, o czym chcielibyście przeczytać.»

Tomasz Gawiński
Tygodnikm Angora
15 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Bauhaus - nauczanie/nowy człowiek
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
red. Małgorzata Leyko

Trailer tygodnia

WIELKIE GORĄCE SZYBKIE...
Zapowiedź reżysera.
W jaki sposób powstał wszechświat i c...