Nikt nic nie wie, czyli hipnoza

rozmowa z Krzysztofem Materną

O publicznym graniu na bębnie w trakcie snu, o tym, jak ważny jest dystans do siebie, a także o gotowości na niespodzianki mówi aktor i reżyser, który w piątek pierwszy raz pokaże w Polonii swój nowy spektakl.

Rzeczywiście od piątku na scenie Polonii będzie się pan zamieniał w hipnotyzera?

Krzysztof Materna: Może nie do końca, ale postaram się zapożyczyć od hipnotyzerów pewne chwyty. Podczas przygotowań do spektaklu przejrzałem setki ich występów na YouTube. Swoją drogą to jest jak cofnięcie się do klimatu disco-polo. Co nie oznacza, że nie traktuję hipnozy poważnie.

A pan brał udział w seansie hipnozy?

Tak. W programie MdM mieliśmy kiedyś hipnotyzera. Przyszedłem, zasnąłem, a kiedy się obudziłem, okazało się, że kazał mi grać na bębnie i już jest po moim występie. Ze zdumieniem później obejrzałem siebie.

Wróćmy do pańskiego projektu. Jego zapowiedzi brzmią tajemniczo, np. „będziecie świadkami czegoś, co się już nigdy nie powtórzy”. Może jednak zdradzi pan nam jakieś szczegóły?

Wszystko polega na tym, że do każdego spektaklu zapraszam innego aktora, który ma ze mną grać. Tyle że jakiekolwiek szczegóły – pewną fabułę i cechy postaci, którą ma kreować – zdradzam mu dopiero na dziesięć minut przed wyjściem na scenę. To pomysł australijskiego reżysera i aktora Tima Croucha. Jego sztukę „An Oak Tree” kupiła Polonia. Uzyskaliśmy też zgodę na to, żebym dopisał do niej polską treść, bo oryginał był jednak mocno niezrozumiały dla polskiej publiczności.

Czy pomysł na wystawienie tego tekstu wyszedł od pana czy zaproponowała go panu Krystyna Janda?

Pomysł podsunął Lech Mackiewicz, polski aktor, który w Australii został wkręcony w występ Croucha. To on przetłumaczył oryginał, przyniósł Krystynie, a ona poprosiła o moją opinię na jego temat. Jak się okazało, byliśmy jednomyślni: bardzo nam się spodobał.

U pana boku w Polonii pojawią się m.in. Magdalena Cielecka, Piotr Adamczyk i Maciej Stuhr. Dobierał ich pan według jakiegoś klucza?

Zwróciłem się do ludzi, którzy oprócz tego, że są świetnymi aktorami, potrafią też się bawić, mają dystans do samych siebie, poczucie humoru na własny temat. To był klucz podstawowy.

I oni naprawdę przed spektaklem nic nie wiedzą?

Naprawdę. W związku z tym teraz ja pracuję sam ze sobą. Ten projekt zainteresował mnie, bo lubię dotykać spraw mi nieznanych. Czym innym jest reżyserować aktora przez dwa miesiące i oglądać potem efekty wspólnej pracy, czym innym napisać dla niego pewną partyturę i nie wiedzieć, jak on na nią zareaguje. Takich reakcji w „Hipnozie” będzie trzydzieści, więc dla mnie to też będzie zaskoczenie i wyzwanie.

Nie boi się pan, że ktoś zaskoczy pana za bardzo?

Zarówno w zawodzie aktorskim, jak i reżyserskim musi być pewna doza ryzyka. A w tym przypadku strach to raczej trema i gotowość na niespodzianki. Bo w tej chwili nawet nie jestem w stanie zdefiniować do końca tego, co przygotowujemy.

Właśnie, jak nazwać tego typu przedsięwzięcie: spektaklem, happeningiem, performance’em? Należałoby obejrzeć 30 występów. Wierzy pan w to, że znajdą się tacy widzowie?

Korespondowaliśmy z autorem i od niego dowiedziałem się, że widzowie przychodzili na jego występy po kilka razy, żeby zobaczyć, jak ktoś inny daje sobie radę z tym samym zadaniem. Jak to będzie u nas – zobaczymy. To jest nowość, coś w rodzaju eksperymentu. Może należałoby nazwać to performance’em, bo wchodzą w to elementy improwizacji, rozmaite środki wyrazu, narzędzia, którymi dysponują aktorzy.

Czy poza pokazami wakacyjnymi będzie można jeszcze w teatrze Polonia zobaczyć „Hipnozę”?

To jest pytanie do Krystyny Jandy. Sam uważam, że ewentualnie można grać ten spektakl w innych miastach, z innymi aktorami. Chodzi przede wszystkim o zabawę widzów i wykonawców. A tę może zniweczyć zbyt szeroko rozpowszechniona wiedza na temat przedsięwzięcia.

Agnieszka Rataj
Zycie Warszawy
8 lipca 2009

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia