Noc dla Sindbada

Krakowski Salon Poezji. Salon Zaduszkowy - Teatr im. Juliusza Słowackiego

Dlaczego dopiero teraz, w sobotę, przez boczną bramę Teatru im. Juliusza Słowackiego na już dziewiąty z rzędu, jak zwykle nocny Zaduszkowy Krakowski Salon Poezji wchodząc godzinę przed północą - dlaczego dopiero teraz zrozumiałem, że jestem doskonale sam, czyli że nic by się nie zmieniło, gdybym wszedł bramą główną?

Parafrazując słynny fragment “Procesu" Franza Kafki, Adolf Rudnicki pisał ongiś, że ludzie wchodzą do teatru często gromadnie, gęsiego, przez jedne wrota - ale w istocie jest tak, jakby każdy z nich wchodził przez furtkę przeznaczoną tylko dla niego, i że właśnie ta pojedynczość zdaje się być sednem teatru. Furtka tylko dla ciebie, później fotel tylko dla ciebie i tylko dla ciebie, dajmy na to, Ofelia kocha Romea tak, jak kocha, a Ryszard III zabija tak, jak zabija. Tylko dla ciebie, choć w pluszu wokół - tłum ogromny, ścisk jak w puszcze sardynek. Tu nie ma liczby mnogiej. Żadnego my, żadnego zbiorowego serca, ani wzruszeń stadnych, żadnej szansy na wsparcie bliźniego. Tu jest tylko liczba pojedyncza.

Dlaczego dopiero teraz pojąłem, że niewątpliwa dziwność Salonów Zaduszkowych, dziwność, którą od ośmiu lat uchwycić próbuję bez skutku, polega właśnie na tym, na czym teatr polega w ogóle - na delikatnym pomnażaniu dobrej samotności w świecie? A może inaczej - może dziwność tę zawsze pojmowałem, lecz zawsze też, jak każdy, wolałem o niej zapominać, bo jak każdy wybierałem złudne pocieszenie liczby mnogiej? Zostawmy to.

W sobotę, jak osiem razy w przeszłości, nie było żadnego zbioru, był tłum tysiąca samotności. Aktorzy? Anna Dymna, Beata Rybotycka, Tomasz Schimscheiner, Jerzy Fedorowicz, Aleksander Fabisiak, armia innych, ba, nawet Andrzej Seweryn - korespondencyjnie. Każdy czytał coś dla swoich zmarłych, tak jak Krzysztof Orzechowski czytał wybrany przez Seweryna wiersz Leona Schillera. Muzycy? Każdy - choćby Halina Jarczyk na skrzypcach, bądź akordeonowi wirtuozi z Motion Trio - grał dla swoich zmarłych. Widzowie? Tu też wszystko było, jak zawsze. Każdy słuchał, pamięcią uczepiony swoich prywatnych widm rodzinnych. Recytowali, grali słuchali - i każdy ognik zapalał. Każdy tylko jeden ognik.

Dlaczego dopiero teraz zrozumiałem, że mój znicz nie ma niczego wspólnego z twoim zniczem, tak jak twój nie ma niczego wspólnego z moim - bo drogi zmarłych to nie ośmiopasmowe, zakorkowane autostrady, tylko ścieżyny, na każdej z których mieści się nie więcej niż jeden cień? I dlaczego dopiero teraz pojąłem, że ta przepaść między naszymi światłami nie jest zła, jest dobra? Wiek? Co, już starość? Już niechęć do tanich pocieszeń zbiorowości?

Było jak zawsze, lecz pierwszy raz nie chciało mi się odwracać głowy od prawdy, że jestem jak każdy. Sam. I nawet kiedy w cieniach bocznego korytarza rozmawiałem z panią Rybotycką - nie rozmawiałem z nią. Zostawiałem jej tylko grzecznie swoją twarz i swój głos, tak jak ona zostawiała mi twarz swoją i swój głos - i wędrowałem dokądś. Choćby do czerwonych, żółtych, białych nalewek, które pani Dymna przynosi na Zaduszkowe Salony, by dzięki naszym gardłom - trupom cieplej się robiło. A gdy słyszałem czyjeś słowa o zmarłym dzień wcześniej Ludwiku Jerzym Kernie - mieliłem w głowie wiersz dla ducha mego ojca, zmarłego, Boże mój, bite 28 lat temu. Jak to szło?

"Mój ojciec bardzo lubił France\'a/ i palił Przedni Macedoński/ w niebieskich chmurach aromatu/ smakował uśmiech w wargach wąskich/ i wtedy w tych odległych czasach/ gdy pochylony siedział z książką/ mówiłem: ojciec jest Sindbadem/ i jest mu z nami czasem gorzko". Tak się zaczyna wiersz Zbigniewa Herberta. A dalej - finał. Całkiem taki, jak u nas 28 lat temu. Porównywalnie lekki. Nie do zniesienia. "na święta raz firanki zdjęto/ przez szybę wyszedł i nie wrócił/ nie wiem czy oczy przymknął z żalu/ czy głowy ku nam nie odwrócił".

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
4 listopada 2010

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia