Noce starej bitwy

"1410" - reż. P. Bikont - Stowarzyszenie Teatralne Badów

Pomieszanie pielgrzymiej pokory z narodową dumą, fuzja półszeptów wiecznie wszystkich za wszystko przepraszającego ministranta ze spiżową wiernością starego sługi, co za panem w ogień skoczy bez szemrania... Tak smakuje, tym pachnie seans "1410"

Liryczny podmiot "Mona Lizy" Zbigniewa Herberta wyznaje: "przez siedem gór granicznych/ kolczaste druty rzek/ i rozstrzelane lasy/ i powieszone mosty/ szedłem -", Ot, gęsta pokora pielgrzyma Dalej - główka wciąż opuszczona grzecznie i wciąż ten sam przepraszający półszept: "przez wodospady schodów/ wiry morskich skrzydeł/ i barokowe niebo/ całe w bąblach aniołów/ - do ciebie/ Jeruzalem w ramach". Wreszcie to, co wymarzone - spełnienie i skromna radość ze spełnienia, krucha duma wiernego sługi, któremu dane jest zobaczyć: "stoję/ w gęstej pokrzywie/ wycieczki/ na brzegu purpurowego sznura/ i oczu// no i jestem/ widzisz jestem// nie miałem nadziei/ ale jestem// (...) wparty w posadzkę/ żywymi piętami".

Zostawmy gmeranie w detalach - te pięty w istocie nie różnią się od ośmiu pięt aktorek i aktorów przedstawienia "1410", przez Piotra Bikonta wyreżyserowanego wg opisu wiadomej bitwy, pióra Jana Długosza Wiadoma bitwą jedna z największych w średniowiecznej Europie - i kolosalna wiktoria wojsk naszych oraz litewskich. A później, do dziś - wiadomo co. Pęcznienie legendy, narastanie słojów rytuału, tycie dumy. Słowne portrety zgiełku pod Grunwaldem, filmy, makatki, widokówki, akwarele, wycinanki, ołowiane rycerzyki, makiety, muzea pomniki, odpustowe figurki, znaczki pocztowe, tablice ku czci, rocznicowe monety, szkoły imienia, przedszkola pod wezwaniem, akademie centralne i prowincjonalne, chóralne i solowe śpiewy, historyczne rekonstrukcje zgiełku na łąkach prawdziwych, z roku na rok coraz szersze koryto oralnej sztuki pradziadków, dziadków, ojców i stryjów. Jakby wszystko to zliczyć, zmierzyć, zważyć - ile by wyszło? Ile tysięcy? Ile kilometrów kwadratowych i sześciennych? Ile ton? Nam niech teraz wystarczą - zwłaszcza że to wystarcza Bikontowi - słowa Długosza plus istnienie monstrualnego płótna Jana Matejki. I jeszcze osiem żywych pięt.

Aktorki i aktorzy - Joanna Fidler, Mirosława Olbiriską Mateusz Janicki i Paweł Pabisiak. W białych strojach, nocą... Nocą? Chyba Na środku jakiejś pustej sali o ścianach gdzieś w ciemnościach, gdy miasto śpi - celebrują, nazwijmy to tak, "grunwaldzkość". Na środku sali muzeum malarstwa? Niech i tak będzie. I niech będzie, że te kije, co z nich układają w powietrzu dziwne konstrukcje, to kije od mioteł, szczotek i mopów. Są, nie śpią, czuwają, aby spać mógł ktoś. Są i recytują "bitewne" frazy Jana Długosza przy pomocy kijów i swoich ciał - inscenizują podobizny wszystkich polskich chorągwi, ustawionych w bojowym szyku, później lepią zgiełk, w końcu odmalowują krajobraz trupów i traw, gdy już sczezł zgiełk. Oni - dwóch polskich nocnych stróżów i dwie polskie sprzątaczki nocne - "Grupa Grunwaldzka", dalekie, bardzo dalekie echo legendarnej rzeźby "Grupa Laokoona", co wg Pliniusza wyszła spod dłut Agesandrosą Polidorosa i Atenodorosa, oni - załóżmy, że Tereska, Haliną Józek i Zenek - w naszym imieniu celebrują godzinną nocną mszę za świętą polską bitwę sprzed 600 lat, bój o wszystko, oczywiście.

Wracając do "Mona Lizy". Rzecz jasna - daleko wisi ten obrazek od płótna Matejki. I też niewiele ma seans Bikonta wspólnego z wierszem Herberta niewiele, lecz jednak. Pomieszanie pielgrzymiej pokory z narodową dumą, fuzja półszeptów wiecznie wszystkich za wszystko przepraszającego ministranta ze spiżową wiernością starego sługi, co za panem w ogień skoczy bez szemrania Tak smakuje, tym pachnie seans "1410".

I odrobiną goryczy groteski w epilogu. Gdy z końcem nocy "Grupa Grunwaldzka" kończy mszę, gdy kije wracają do mioteł, szczotek, mopów i trzeba rozwinąć purpurowy sznur, by zwiedzający wiedzieli, gdzie mają na posadzce ustawić swe żywe pięty - z tyłu sceny kurtyna się rozsuwa i ukazuje... narysowaną przez Wyspiańskiego parodię "Bitwy pod Grunwaldem" Matejki - monstrualny burdel linii zwieńczonych podobizną krzyżackiej chorągwi. Ale to nie przeszkadza Teresce, Halinie, Józkowi i Zenkowi. Kapłanów starej bitwy nic nie zraża Zwłaszcza że po dniu znów przyjdzie noc. I że nie będzie to noc ostatnia.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
23 lipca 2011

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia