Nowa świadomość pieśni Wawelu

czyli o 1. Festiwalu Nowego Teatru w Rzeszowie

Każdy przedstawiony w Rzeszowie spektakl to dla publiczności wielkie przeżycie, od uniesienia czy znudzenia do nieustannie towarzyszącej widzom swoistej, radosnej udręki, dręczącego uczucia niepokoju. W festiwalowych przedstawieniach odbijała się bowiem kondycja tyleż współczesnego polskiego teatru co naszego świata. Oglądaliśmy zatem siebie samych. Doznając przy tym nieraz artystycznych objawień.

Akropolis jest z wielu powodów dziełem szczególnym. To prawdopodobnie najtrudniejszy dramat Wyspiańskiego, o niebotycznym stopniu złożoności, nacechowany aluzjami i odniesieniami bardziej niż wcześniejsze dzieła „czwartego wieszcza", szaleńczy wyraz wizjonerstwa autora nieodwołującego się do jednej konkretnej rzeczywistości. Nic dziwnego, że prapremiera w roku 1916 zawierała tylko dwa akty i dramat ten wystawiany był w ogóle ledwie kilkanaście razy, co stanowi skromne dzieje teatralne. Powstała na przełomie lat 1903-1904 sztuka jest także wyrazem zmian zachodzących w życiu i twórczości pisarza, żyjącego w cieniu postępującej choroby (zdaje się, że nie tylko własnej ale, i rozkładu w szerszym rozumieniu), który w Akropolis wpisuje siebie i swoich bohaterów w wiele płaszczyzn interpretacyjnych. Jedną z nich jest odczytanie kwestii narodowych w świetle uniwersalnych wartości i historii powszechnej, temat tak bardzo dziś aktualny i podjęty choćby przez Zadarę w Chopinie. Wyspiański odczytuje los człowieka w świecie jakby przez pryzmat wszystkich czasów przeszłych, teraźniejszych i przyszłych, poprzez różne możliwe powiązania kulturowe, artystyczne, intelektualne i osobiste, otwierając co rusz nowe furtki rodzących się i umierających myśli. Równocześnie Akropolis jest niczym „Księga Rodzaju Polskiego" traktująca o historii naszego narodu, jego sytuacji współczesnej i przyszłej. Jedną z inspiracji poety był zresztą konflikt o metodę badawczą przy remoncie Wawelu, kolebki polskości. Proponowano odbudowę na wzór oryginalnego, czyli sztucznie przywróconego stanu lub restaurację zachowującą naleciałości minionych wieków, czyli niewybijającą Wawelu z ciągłości historycznego, kulturowego i społecznego rozwoju. Wyspiański był oczywiście zwolennikiem drugiej opcji i ta perspektywa zdaje się kluczowa nie tylko dla narodowych odczytań dramatu, ale również dla podejścia do sprawy człowieka jako jednostki osadzonej w wielu planach i zbudowanej z mozaiki zdarzeń, wpływów, percepcji i decyzji. Postacie dramatu były inspirowane dziełami sztuki budzącymi wątpliwości podczas renowacji Wawelu. Człowieka określają więc jego odbicia, a nie jakiś wyimaginowany rdzeń.

Te i inne problemy zostały doskonale odzwierciedlone w spektaklu zrealizowanym przez Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej w Krakowie. Zuchwałość Wyspiańskiego znalazła wytrawnego czytelnika w reżyserze przedstawienia, Łukaszu Twarkowskim, który jak autor Wesela „ma ten dar bowiem, że patrzy się inaczej". Znalazł się Twarkowski obok Dejmka czy Grotowskiego, który nawiązywał w swoim spektaklu do obozów koncentracyjnych, w gronie nielicznych śmiałków sięgających po genialny tekst Wyspiańskiego, by naszkicować portret kolejnych kazamatów współczesności. Znamienne, że niemal wszystkie inscenizacje dramatu miały charakter arbitralny wobec tekstu oryginału. Przedstawienie krakowskie jest również tylko do pewnego stopnia interpretacją Akropolis, a w przeważającej mierze kontynuacją myśli Wyspiańskiego, wzbogaconą o ducha nowych autorów teatralnych. „Czwarty wieszcz" pragnął w Akropolis m.in. oskarżyć Polaków o gnuśność i ignorancję wobec własnej kultury, przejawiającą się przykładowo w machinalnym traktowaniu Wawelu jako skostniałego zabytku z czasów minionych. Twarkowski nie tylko nadał temu przesłaniu zatrważającą wręcz aktualność w obliczu wszechwładnej technologii, ale udowodnił, że możliwe jest zmartwychwstanie dzieła literackiego, zajmującego w historii dramatu miejsce niemal analogiczne do wawelskiego zamku. Stało się tak nie tylko dzięki perfekcyjnie ukazanej treści, ale także, a może przede wszystkim, dzięki idealnie do substancji dopasowanej formie. Zmartwychwstanie, o którego niemożliwości mówił do nas autor, w Akropolis Twarkowskiego jest poczęciem zupełnie nowego życia dzieła, które paradoksalnie stało się obiektem ignorancji Polaków wobec własnej kultury, o której bez skrępowania opowiadali widzowie spektaklu, przyznając, że nie czytali, nie słyszeli i „w ogóle co to takiego". Nie sposób mieć pretensje do braku zrozumienia dla dzieła tak mnogo usianego mniej lub bardziej czytelnymi aluzjami, przypominającego nieodparcie Ziemię jałową T.S. Eliota, ale spektakl pokazuje pewne prawdy osiągalne bez fachowej wiedzy, które dotykają widza tak głęboko, że smucą, zawstydzają, żenują i ... odpychają.

Twórcy krakowskiego Akropolis od samego początku tego niezwykle emocjonującego widowiska budzą niepokój publiczności za pomocą wszystkich możliwych i niemożliwych w teatrze środków. Nietypowe ulokowanie widzów, wynikające z ustawienia olbrzymiej scenografii pod konkretnym kątem, przepełniająca grozą muzyka, jakby z trudem wydobywająca się z głośników, ekran wielkości spotykanej w starych biednych kinach, czyli jak na teatr – olbrzymi, ustawiony nad i przed sceną, ciemność, mgła, dym, słabo widoczne postacie, efekt obudowania ścianami, z życia wzięta wszechobecność kamer. Wszystkie te elementy od początku definiują mitologiczny, choć współczesny i poddający w wątpliwość wiarę w nowego człowieka charakter przedstawienia. Projekcje: dosłowne, skontaminowane, wynikające bezpośrednio z dramatu bądź niewynikające, nagrane wcześniej i ilustrujące akcję sceniczną zrealizowane zostały nie tylko w najlepszej jakości, ale w idealnej koherencji z tekstem i wydarzeniami scenicznymi. Dzięki nim reżyser zbudował wrażenie, że postacie są rzeczywiście przywołane z innej przestrzeni. Nowe media zajęły w spektaklu poczytne miejsce, ale ich reprezentacja nie budzi sprzeciwu, a grę aktorów umacnia, co w wielu występach festiwalowych było nieosiągalne. Aktorstwo na najwyższym poziomie, raz udręczone, a za chwilę świeże, prezentowane w Akropolis przez świetnych artystów, którym udało się stworzyć Zespół, zajmuje tu chyba najwyższe miejsce. Stosowane przez reżysera zabiegi techniczne, jak choćby powtórzenie sceny, odtwarzanie jednocześnie kilku postaci czy nagła zmiana czasu, przestrzeni, akcji dały aktorom możliwość niecodziennego popisu umiejętności, któremu sprostali wszyscy bez wyjątku. Dzięki ich niebywałemu wysiłkowi wśród technokratycznych komunikatów wyrosła na scenie ludzka tragedia, w której główne role grają strach, miłość, chciwość, zazdrość, zdrada i inne najważniejsze tematy życia ludzkiego w dobie komputeryzacji. U Twarkowskiego niemal hipnotyzują widownię.

Krakowskie Akropolis to „teatr ogromny", dosłownie i w przenośni, odbywający się jednocześnie w przestrzeni scenicznej, zakulisowej i miejskiej, dający publiczności poczuć niemal zapach owoców zjadanych za proscenium. To pokaz i jednocześnie projekt początku i kresu, duszy człowieka i serca komputera – współczesnej Katedry, z której widać dosłownie wszystko, historię narodu i upadek jednostki. Doskonały zespół aktorski na czele z Iwoną Budner, Zbigniewem Rucińskim, Zbigniewem Kaletą, Małgorzatą Hajewską i Małgorzatą Zawadzką w połączeniu z brawurową reżyserią i dramaturgią (Herbut), a także oryginalną scenografią (Choromański) i niepokojącą muzyką (Misala) dają publiczności możliwość ujrzenia kosmosu złożonego jednocześnie z „nowego wspaniałego świata" i starego wspaniałego Wyspiańskiego. Jest to doświadczenie prawdziwie bogate, nawet jeżeli nie zmieni przytłaczającej prawdy zawartej w dramacie: „Co to jest człowiek? Myślę, a nie wiem nic". Stary Teatr dowiódł słuszności tezy postawionej niegdyś przez twórcę jedynej ważnej przedwojennej inscenizacji dzieła o Wawelu, Teofila Trzcińskiego: „Kiedyś po latach (...) Akropolis stanie się na zawsze żywotnym dziełem".

Inscenizacja Twarkowskiego, nagrodzonego na festiwalu Nagrodą Specjalną dla Młodego Artysty, była nie tylko smakowitym podsumowaniem wniosków z dyskusji festiwalowych i mocnym finałem tygodnia pełnego wrażeń teatralnych, ale i najlepszym widowiskiem całego Festiwalu.
___
Autorka jest absolwentką filologii norweskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i doktorantką w Zakładzie Historii i Teorii Teatru Instytutu Sztuki PAN w Warszawie. Zajmuje się głównie obecnością dramatu skandynawskiego i anglosaskiego w Polsce oraz rolą przekładu w teatrze.

Katarzyna Maćkała
dla Dzienika Teatralnego
22 grudnia 2014

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia