Nowe szaty króla

ogarnąć 20 lat teatru w wolnej Polsce...

Kiedy dziś próbuję ogarnąć 20 lat teatru w wolnej Polsce - z biedą uzbierałoby się kilka nazwisk. Paradoks - w komunistycznej Polsce kwitło na polu teatru sto różnych kwiatów, w Polsce niepodległej - kwitną głównie kwiatki podobnego kształtu i woni.

Kiedy w 1980 roku rozpoczynałam pisanie "Powidoków teatru", wyróżniłam siedem modeli czegoś, co nazwalam świadomością teatralną: Kazimierza Dejmka, Konrada Swinarskiego, Jerzego Grotowskiego, Tadeusza Kantora, Jerzego Grze-gorzewskiego, Adama Hanuszkiewicza i grupę Teatru 8 Dnia. A lista nazwisk i zjawisk daleka była od wyczerpania, zabrakło na niej Erwina Axera, Stanisława Hebanowskiego, Mieczysława Kotlarczyka, Jerzego Jarockiego, Andrzeja Wajdy, Zygmunta Hübnera, Józefa Szajny, Krystyny Skuszanki i Jerzego Krasowskiego, Kazimierza Brauna, Tadeusza Minca, Witolda Zatorskiego, Macieja Prusa, Krystiana Lupy, Leszka Mądzika, Teatru STU, Teatru 77. 

Co najmniej tyle nazwisk twórców teatralnych, z których każdy wyróżniał się znaczącym wkładem w dzieje powojennego teatru i własną poetyką. A czas ogarnięty w " Po-widokach" obejmował tylko 35 lat powojennej sceny. 

A dziś? 

Kiedy próbuję ogarnąć 20 lat teatru w wolnej już Polsce - z biedą uzbierałoby się kilka nazwisk: wciąż ten sam, wiecznie twórczo młody Jerzy Jarocki, nieżyjący wielki wizjoner Jerzy Grzegorzewski, Krystian Lupa, Piotr Cieplak, Anna Augustynowicz, Teatr Wierszalin, może Agnieszka Glińska, Paweł Miśkiewicz, Andrzej Dziuk? A potem już tylko nazwiska reżyserów - jak to się modnie mówi - mainstreamu, czyli uczniów bądź to Krystiana Lupy: jak Krzysztof Warlikowski i Grzegorz Jarzyna, bądź też akolitów tych dwu ostatnich - ak Jan Klata, Michał Zadara i poruszająca się w tym samym obszarze - Maja Kleczewska. Paradoks - w komunistycznej Polsce kwitło na polu teatru sto kwiatów, w Polsce niepodległej - kwitną głównie kwiatki podobnego kształtu i woni, a teatralny jadłospis-jak kraj długi i szeroki - proponuje zdumiewająco podobne dania. 

Przyczyn tego ubóstwa jest kilka. 

Po pierwsze - u schyłku lat 80. wraz z odzyskaną wolnością zaczęły sztuką rządzić prawa kultury masowej, schodzenie kultury wysokiej w rejony kultury niskiej, zabawowej (widoczne już nieśmiało w PRL w praktyce scenicznej Adama Hanuszkiewicza). 

Po wtóre - odzyskana wolność sztuki jawiła się jako konieczność "doganiania" tego, co robi i nosi się w Europie i na świecie. A w Europie i na świecie sztuka coraz silniej ulegała presji ideologii, jedynie słusznej ideologii poprawności politycznej. Splecione ze sobą - prawa kultury masowej, marketingu i poprawności politycznej dały w efekcie to, co dziś powszechnie panuje na polskich scenach. 

Doszedł do tego jeszcze jeden czynnik - obowiązkowa młodość kulturowa - pod jej presją reżyserzy starsi o pokolenie albo i więcej od tzw. młodych najzdolniejszych - z lubością stroją się w ich szatki. Wreszcie czynnik ostatni, ale nie najmniej ważny: upadek standardów krytyki. Wraz z młodymi reżyserami stworzyła towarzystwo wzajemnej adoracji. To przecież nie kto inny jak krytyka właśnie wyłoniła pokolenie "młodych zdolniejszych", to ona je promowała i promuje nieustannie - entuzjastycznymi recenzjami, festiwalowymi nagrodami itd. 

Odświętne chamstwo 

Mija 20 lat od odzyskania wolności. "Rycerze okrągłego stołu" uroczyście ją fetowali, nie bacząc, że nazajutrz po pełnym zwycięstwie narodu drogą pospiesznie zmienianej ordynacji wyborczej - zapewnili komunistom bezpieczne miejsca w polityce nowej RP 

Mija też 30 lat od pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, pielgrzymki, która odnowiła oblicze tej ziemi. Nikt nie może zaprzeczyć, że właśnie ta pielgrzymka była początkiem naszej wolności, że to w czerwcu 1979 naród wstał z kolan, by w sierpniu 1980 z "Solidarnością" upomnieć się o swoje prawo suwerena. Były msze św., były, i owszem, uroczyste przemówienia. W kulturze, a przede wszystkim w teatrze - cisza. W Krakowie, papieskim Krakowie, zafundowano nam w rocznicę historycznej mszy świętej na Błoniach - dwudniowy festiwal muzyki elektronicznej , quasi-satanistycznej. (Protesty słane do władz miejskich - nie pomogły). W Narodowym Starym Teatrze nikt jakoś nie pomyślał o realizacji np. "Brata naszego Boga" czy choćby o skromnym widowisku poetyckim wg "Tryptyku rzymskiego" i np. poematu "Myśląc ojczyzna". Za to w sposób niebywale chamski Krystian Lupa wmontował do swojego "Zaratustry" (2005) Ostatniego Papieża: inwalidę na wózku, podłączonego rurkami do aparatury. Premiera w maju, Jan Paweł II umierał w kwietniu... Jedyny bodaj w skali kraju spektakl - to zrealizowany z niepełnosprawnymi w Cafe Moliere w Krakowie "Brata naszego Boga" (reżyserował Artur Dziurman). Siódmy!!! Od prapremiery krakowskiej w reżyserii Krystyny Skuszanki w Teatrze im. Słowackiego w roku 1980. 

W warszawskim Teatrze Narodowym - jeszcze lepiej: jedynym śladem istnienia papieża Polaka jest Jerzego Pilcha skecz-groteska, rozdmuchany do rozmiarów spektaklu "Narty Ojca Świętego". Tak teatr polski w codzienności swej i odświętności składa homagium Janowi Pawłowi II, człowiekowi, który odmienił oblicze nie tylko tej ziemi, ale całej Europy. 

Kiedy w 1978 r. przypadała 60. rocznica odzyskania niepodległości, w kraju zniewolonym przez cenzurę Jerzy Jarocki zrealizował w Starym Teatrze widowisko "Sen o Bezgrzesznej", po raz pierwszy od roku 1939 przypominające Polakom dramatyczne zmagania o wolność. Po raz pierwszy w PRL padło w nim nazwisko Józefa Piłsudskiego. W 1982 r, w rocznicę ogłoszenia stanu wojennego, ten sam Jerzy Jarocki wystawił w katedrze wawelskiej i w warszawskiej katedrze św. Jana Eliotowy "Mord w katedrze", w oczywisty sposób odwołując się do gwałtu zadanego narodowi w grudniową noc 1981. Dziś - zarówno w krakowskim Narodowym Starym Teatrze, jak i Teatrze Narodowym w Warszawie - głucho o niepodległości odzyskanej zaiste cudem! Niebywałym zupełnie ziszczeniem się proroctwa wielkiego romantyka (przypominam słynny wiersz Słowackiego) po blisko 50 latach komunistycznej niewoli. Nikt nie wymyślił ani w królewskim stołecznym Krakowie, ani w Warszawie, w obu teatrach szczycących się przymiotnikiem "narodowy", że to kultura jest pamięcią dziejów, że kultura, a więc i teatr, ma do spełnienia także i tę misję - ocalania pamięci zbiorowej. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby stworzyć scenariusz podobny choćby do tego, jaki zrealizował Jarocki w roku 1978. Z okazji 20-lecia Narodowy Stary Teatr ugościł widzów skandaliczną adaptacją Sienkiewiczowskiej "Trylogii,, (pisałam już o niej na tych łamach) w reżyserii Jana Klaty. Wizją, w której prymitywnymi chwytami ośmieszono i zanegowano wszelkie polskie dążenia niepodległościowe - od Zbaraża do Powstania Warszawskiego. Nic to - ten przykład daleko posuniętej teatralnej barbarii został laureatem tegorocznych opolskich Konfrontacji Teatralnych. Spektakl, w którym infantylnej zabawie w teatr towarzyszy "Re-wizja" bynajmniej nie Sienkiewiczowskiej prozy, ale całej polskiej tradycji. (Kto zasiadał w czcigodnym jury? -Ano Barbara Sass, jakaś pani Nikolić, jakiś pan Feusette i inni). Im zawdzięczamy promocję chamstwa i tandety na scenie narodowej. 

Zyskawszy przydomek "narodowy" w roku 1991, Stary Teatr z dnia na dzień przestaje nim być. 

Lata 90. upłynęły w nim jeszcze pod znakiem znaczących interpretacji dramatu współczesnego i klasycznego. Wśród nich był " Ślub" Gombrowicza (1990) i "Grzebanie" wg Witkacego (1995) w reżyserii Jerzego Jarockiego, pamiętne "Dziady" -12 improwizacji", w której to inscenizacji Grzegorzewski akcentował triumf metafizycznego dobra nad ziemskimi losami bohatera. Był wielki "Faust" w reżyserii Jarockiego, z niezwykłym pochyleniem się nad tragedią Małgorzaty, błyskotliwie rozegrana w całej scenerii teatru "Śmierć Iwana Iljicza" Tołstoja (reż. Grzegorzewski), był cykl austriackich fascynacji Krystiana Lupy: "Kalkwerk" Bernharda, "Maltę" wg Rilkego. Ale już w "Operetce" Gombrowicza (reż. Tadeusz Bradecki, 1995) słyszało się oddech Mrożkowego Edka, w tym spektaklu wszystko zeszło do poziomu prymitywnych klisz (Polska to były miny, mucha i straszliwy gorset). Pisałam wówczas, proroczo niestety, że doczekamy się parodii "Bogurodzicy", co się stało 14 lat później - w "Trylogii" Klaty. 

Przerabianie polskości na mierzw

Od chwili objęcia dyrekcji Starego przez Mikołaja Grabowskiego teatr szczyci się swoim hasłem re-wizji klasyki, Jego dokonania w ostatnim okresie można by określić jako przerabianie polskości na mierzwę, godny pogardy gnój historii. Celuje w tym sam dyrektor, od lat skądinąd specjalizujący się w robieniu nam sarmackiej gęby opojów i prymitywów. Dziś poczuł się "młodszy" o jedno albo i więcej pokolenie i przyprawił dla widzów: "Wyzwolenie" Wyspiańskiego, "Trans-Atlantyk" Gombrowicza, Molierowskiego "Tartuffe\'a". "Wyzwolenie", szumnie zapowiadane jako konfrontacja ze Swinarskim, było popisem tanich grepsów pod publiczkę, rodem z blokowiska, a myśli - trudno byłoby się w nim dopatrzyć. Do "Trans-Atlantyku" koniecznie trzeba było włączyć homobalet facetów w białych gaciach i krwawo sparodiować "klerykalną" Polskę, dodając Tomaszowi modlitwę w leżeniu krzyżem. "Tartuffe" nie mógł się obyć bez scenicznej golizny aktorki. Starszy pan (rocznik 1946) przeżywa drugą młodość - upodabnia się do "młodych zdolniejszych", aby być jak oni na ustach krytyki, na "topie", aby wygrywać rankingi i festiwale. I - wygrywa! "Stary Teatr najlepszy w rankingu Wprost (styczeń 2009)". Za co? 

"Wbrew nazwie to miejsce poszukujące i eksperymentalne. [...] Stary stawia przede wszystkim na młodych, kontrowersyjnych reżyserów" - koniec głosu wyroczni. 

Wśród tych "kontrowersyjnych" wybijają się pseudogwiazdy z pokolenia "młodych zdolniejszych": Maja Kleczewska ("Sen nocy letniej", rozegrany w burdelu, ze wszystkimi możliwymi aberracjami seksualnymi), Michał Zadara ("Odprawa posłów greckich" jako happening z krwawym trupem włóczonym po scenie wśród widowni, równie "tfurczo" odczytana "Fedra" Racine\'a - miszkulancja estrady i siłowni). I wspomniany już Jan Klata. 

Poza tym w repertuarze drugiej narodowej sceny mamy "błogi", "Operę mleczaną" (niestety, dzieło Stanisława Radwana). To idzie młodość, młodość i śpiewa... Nawet Radwan, świetny muzyk, znawca teatru, współpracownik Swinarskiego, Jarockiego, przyjaciel Grzegorzewskiego stara się być z rocznika 1973... Już nie pamięta finału "Operetki" Gombrowicza z Teatru Narodowego (reż. Grzegorzewski), w którym to piękne "Nagość, nagość, nagość" staje się marszową pieśnią jakichś nowych hunwejbinów? 

Recepty na teatr 

W ciągu niecałych dziewięciu lat kierowania Teatrem Narodowym Jerzy Grzegorzewski - jak zapowiadał na początku - zrobił z tej sceny Dom Wyspiańskiego, poczynając od "Nocy listopadowej" (1997) poprzez "Sędziów" (1999), "Wesele" (2000) po "Hamleta" (2003). Wprowadził na scenę Narodowego Gombrowicza (Ślub", 1998, "Operetka", 2000), "Nie-boską komedię" Krasińskiego (2002), przetworzone w lustrze współczesności tematy z Witkacego ("Halka Spinoza", 1998), "Duszyczkę" Różewicza. Stworzył własny inscenizacyjny kanon realizacji klasyki: nigdy bezmyślnie nie haratał tekstu, szukał dlań, językiem Peipera mówiąc - ekwiwalentu teatralnego: plastycznego, przestrzennego, sytuacyjnego. Nie uronił nic z Wyspiańskiego w "Nocy listopadowej", z konfrontacji bohaterstwa i małości, w tamto powstanie wpisał -jakże trafnie! - w jednym scenicznym obrazie - Powstanie Warszawskie. Realizując swoich monumentalnych "Sędziów" w oprawie "Wesela", ukazywał (podobnie robił to Swinarski w roku 1968) cały galicyjski kontekst historyczny i ludzki. Jego "Operetka" pozostanie na długo niepokonana zarówno w zamyśle inscenizacyjnym (sceneria wiedeńsko-krakowskiej kawiarni), jak i interpretacji: kolejnych rewolucji nazistowskiej i bolszewickiej, wiodących ku nieuchronnemu finałowi - nagości Albertynki wypisanej na sztandarach jakichś nowych "oddziałów szturmowych". Jeszcze są w repertuarze Teatru Narodowego trzy jego przedstawienia: "Nie-Boska komedia", "Hamlet", "Duszyczka". Tylko tyle. Jeszcze w repertuarze pierwszej sceny polskiej jest wielki spektakl Jerzego Jarockiego "Błądzenie" (2004), dzieje pisarskie i ludzkie Gombrowicza, obok "Nart Ojca Świętego", równie godnych tego teatru jak "Daily Soup", opowiastki spod znaku telewizyjnych seriali. Ale "młodzi" już weszli na Wierzbową. Maja Kleczewska zdążyła widzów poczęstować odświętną "soup" z "Fedry", z kawałków mięsa Racine\'a, Seneki etc. Podanej na talerzu Oddziału Intensywnej Terapii podczas pokazu mody. Michał Zadara "Chłopców z placu broni" Molnara (2007) przerobił na własny scenariusz aktorskich wspominek. Najnowsza premiera Narodowego to "Marat/Sade" Weissa (reż. Kleczewska). Nie wybieram się, jestem w stanie przewidzieć scenariusz: perwersja nakłada się na perwersję, w tym wszystkim -jeszcze klisza wojującego feminizmu. 

A w ogóle w ujęciu tych "zdolniejszych" recepta na teatr jest prosta: 

1. Weź dzieło klasyka (antyk, renesans, romantyzm - polski albo obcy). 

2. Posiekaj tekst, dodaj własne wtręty od k..., p..., itp. 

3. Wdepcz klasyka w ziemię wyborem scenicznego miejsca akcji (burdel, tingel-tangel, toaleta, dyskoteka). 

4. Dodaj jak najwięcej golizny, dewiacji seksualnych, ^przemocy. (Hasło: krewi sperma. Źródło: "Oczyszczeni" Sarah Kane. Pierwszy użytkownik: Krzysztof Warlikowski). 

5. Zapamiętaj, że "polskość to nienormalność" (to cytat z twojego premiera D. Tuska), polskość to antysemityzm, ciemnota, homofobia. Pamiętaj, żeś Europejczyk i ekspres Wrocław-Berlin ważniejszy dla ciebie niż rzeź Powstania Warszawskiego. 

6. Rozpamiętuj codziennie historyczne zdanie Krzysztofa Warlikowskiego: "Powstanie warszawskie już mi zaśniedziało, bliższe mi jest powstanie w getcie" (TP). 

Tak się dosłużysz "Nowych szat króla" i, oby!, nowego widza, który wrzaśnie: Król jest nagi!

Elżbieta Morawiec
Gazeta Polska
3 lipca 2009

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski