Nowy głos "Białej bluzki"

rozmowa z Krystyną Jandą i Magdą Umer

W piątek 4 czerwca w Och-teatrze premiera "Białej bluzki" Agnieszki Osieckiej w reżyserii Magdy Umer i w wykonaniu Krystyny Jandy. O przedstawieniu rozmawialiśmy podczas niedzielnego spotkania w Gazeta Café. Oto fragmenty rozmowy.

Remigiusz Grzela: Powrót do "Białej bluzki" Agnieszki Osieckiej wydawał się niemożliwy. Aż tu nagle 30 kwietnia pani Krystyna Janda napisała na swojej stronie internetowej: "Z rozpaczy postanowiłam wznowić, a raczej zrobić po latach na nowo Białą bluzkę". Dlaczego z rozpaczy? 

Krystyna Janda: Mieliśmy trudną wiosnę. Duża inwestycja z Och-teatrem pozbawiła fundację rezerw finansowych, kilka nieszczęśliwych wypadków złamania nóg, zerwane ścięgna, choroby i niespodziewane niemożności wśród aktorów, w jakimś zupełnie nieprawdopodobnym nagromadzeniu, do tego długa żałoba narodowa, podczas której musieliśmy odwołać 33 spektakle. Wszystko to wywołało kryzys. Do tego, a właściwie przede wszystkim, odwołanie prób do spektaklu "Trzy razy Kalina", ponieważ jeden z aktorów wycofał się z udziału w tej produkcji, tłumacząc, że musi ratować własny teatr spowodowało, że musiałam działać szybko. Och-teatr zaczął próby "Zaświatów, czyli czy pies ma duszę" z aktorkami zaangażowanym już rok temu do "Kaliny", w stosunku do których mieliśmy zobowiązania, a ja spojrzałam na Janusza Bogackiego, który także miał pracować w "Kalinie", i uświadomiłam sobie, że to on robił aranżacje i grał lata temu w "Białej bluzce". Wszyscy mieliśmy wolny czas z powodu odwołania "Kaliny", zastanowiłam się tylko przez moment, gdzie jest Magda Umer, co robi Potem to już chwila i decyzja zapadła. Na nowo "Biała bluzka", po latach. Magda była sceptyczna, ale już na drugiej próbie powiedziała: "Jak dobrze, że byłaś zmuszona do tej decyzji".

Magda Umer: Byłam nie tyle sceptyczna, ile zaskoczona, a nawet przerażona, wiedząc, że to będzie intensywna praca, ponieważ każda praca z Krysią jest intensywna. Na szczęście obie się trochę postarzałyśmy i teraz pracuje nam się spokojniej, bez uszczerbku dla efektów. Obie jesteśmy zdumione, że się nie kłócimy i że porozumiewamy się w pół spojrzenia.

Krystyna Janda: Ten spektakl, te próby to dla nas na nowo wielkie spotkanie z Agnieszką. Przypominamy sobie wszystkie nasze wspólne momenty, tamte lata, tamtą premierę, granie Niewątpliwie dzisiaj jesteśmy dalej i rozumiemy więcej.

Magda Umer: Kiedy robiłyśmy "Białą bluzkę" w roku 1986, mimo że na przedstawienia przychodziła Agnieszka, mimo że już ją dobrze znałyśmy, nie miałyśmy pojęcia, do jakiego stopnia ten spektakl jest o niej. Teraz, z wiedzą o jej skomplikowanym, zwielokrotnionym i złożonym życiu, rozumiemy dużo więcej.

Agnieszka Osiecka powiedziała, że dużo jest w tej bohaterce z niej, ale różni je to, że Osiecka miała instynkt samozachowawczy...

Magda Umer: Nie powiedziałabym. Prowadziła siebie do zagłady. W naszym wywiadzie "Rozmowy o zmierzchu i świcie" opowiadała, że kiedyś w Bułgarii obserwowała człowieka, który się topił. Ludzie zorganizowali liny, wyciągnęli go, zrobili sztuczne oddychanie, uratowali mu życie. Mówiła: "Następnego dnia znowu widzę tego samego kretyna w tych samych falach". A przecież mówiła to o sobie. Kiedy ktoś ją z czegoś ratował, mówiła: "Człowiek człowiekowi zgotował ten los". Może jedna z Agnieszek miała instynkt samozachowawczy, ale ze cztery inne nie miały go w ogóle.

Agnieszka Osiecka powiedziała o "Białej bluzce": "Obserwowałam próby, czego nikomu nie życzę, one się zachowywały jak dwie krawcowe w furii".

Magda Umer: To prawda. Nam się wtedy wydawało, że jesteśmy już dorosłymi kobietami, nawet miałyśmy chyba jakieś dzieci, mieszkałyśmy z mężczyznami... Ja miałam lat 37, Krysia 34, byłyśmy naprawdę młode. Agnieszka nie przychodziła na wszystkie nasze próby, widziała kilka. Zakładała białą bluzkę i była tą Agnieszką o instynkcie samozachowawczym. W czasie prób nie bałyśmy się z Krysią śmieszności. Wychodziłyśmy od każdego ryzykownego pomysłu, żeby potem z niego rezygnować albo żeby właśnie zostawić.

Krystyna Janda: Zdumiewające było to, że Agnieszka patrzyła spokojnie, jak dwie takie jak my "osoby" poczynają sobie lekce z jej tekstem, i nie mówiła słowa. Tylko obserwowała, w jaki sposób, z jaką nonszalancją opowiadamy w jakimś sensie jej życie.

Magda Umer: Najpierw rozmawiałam z Agnieszką o adaptacji, potem próbowałam ją przekonać, że to powinna zagrać Krysia, a ona mówiła, że taka piękna, zdolna, wspaniała kobieta nie może zagrać wiarygodnie takiej osoby.

Była zaskoczona?

Magda Umer: Uważała, że ludzie nie uwierzą w tę bohaterkę, no ale ja wiedziałam, że uwierzą. W efekcie była szczęśliwa i zachwycona, gdyż - podobnie jak ja - uważała Krysię za największą naszą aktorkę.

Podobno ten tekst przeleżał u pani na parapecie dosyć długo.

Krystyna Janda: Myślę, że przeleżał na parapetach u wielu aktorek w Polsce, którym Agnieszka dała go do czytania. Po premierze "Białej bluzki" co chwila przychodziła jakaś aktorka i mówiła: "A u mnie to leżało ze dwa lata na parapecie". (śmiech)

Co się stało, że sięgnęła pani po ten tekst?

Krystyna Janda: Był poranek, w telewizji się nie wstępowało, w teatrze było średnio, w ogóle było wśród aktorów średnio, pomyślałam: przeczytam w końcu ten tekst, który tak długo leży. Właściwie po pierwszych trzech stronach już zadzwoniłam do Magdy i powiedziałam: "Natychmiast ci to przywożę". Właściwie wszystko stało się dlatego, że to było rano, a ja nie wiedziałam, gdzie pójść i co robić w tym specyficznym momencie historii, politycznej walki i zawodowego zawieszenia. Od razu poczułam, że Agnieszce udało się zapisać coś niezwykłego, coś, co dokładnie obrazuje stan ducha i umysłu wielu ludzi. To było wyznanie kogoś, kto po prostu nie umie żyć w takim kraju, sam nie ma ani ochoty, ani temperamentu, żeby się włączyć w tę historię aktywnie, nie radzi sobie ani w tamtej Polsce, ani z taką miłością. Poczułam w tym tekście ducha czasu, chwili no i najważniejsze, że bohaterka nie była bohaterska, a to było wtedy naprawdę oryginalne

Magda Umer: Agnieszka miała uczucie, że napisała najważniejsze dzieło swego życia. To była nowatorska forma zapisania chorych czasów widzianych przez chorą, a jednocześnie niebywale inteligentną, nadwrażliwą osobę, która w ogóle nie umiała znaleźć ratunku, bo cały czas miała pretensję do świata, że nie jest kochana, a do głowy jej nie przychodziło, że nie umie kochać. I to był tekst wyprzedzający epokę. Powiedz, Krysiu, czy przypuszczałaś, że takie będzie przyjęcie publiczności, bo ja myślałam, że zagramy z dziesięć przedstawień...

Krystyna Janda: Myślałam, że robimy ten spektakl dla przyjemności, z powodu wolnego czasu i ogólnej bryndzy. Nie przypuszczałam, że nabierze takiego znaczenia, przede wszystkim, że będzie tak akceptowany przez młodych ludzi wchodzących w życie, ludzi zwykłych, nie opozycjonistów, nie rewolucjonistów, ludzi, którzy nie chcieli się pogodzić z krajem, w jakim im przyszło żyć, z czasem, w jakim im przyszło żyć, i ograniczeniem wolności na elementarnym poziomie. Oni też nie chcieli załatwiać stempelków, kartek na mięso, pozwoleń, zezwoleń, przepustek... i mieć zezwolenia na zakup alkoholu tylko z powodu ślubu.

Magda Umer: Nie chcieli, żeby to było najważniejsze w ich życiu. Ale myślę, że postawa bohaterki tego tekstu, deklaracja Agnieszki, była wtedy bardzo odważna politycznie, bo to był czas, kiedy uważano, że albo ktoś jest po stronie czerwonej, albo po stronie opozycji. Tymczasem Elżbieta, bohaterka "Białej bluzki", jest kimś osobnym, dzikim, kimś, kto nie umiał jednoznacznie się określić, na przykład bał się wejść do opozycji i jednocześnie umiał się do tego strachu przyznać. A naprawdę było tak, że trochę było ludzi czerwonych, trochę było opozycji, ale bardzo wielu zawieszonych w tym niepojętym czasie, którzy nie wiedzieli, co czeka ich następnego dnia. Słabi. Elżbieta stała się im przez to bliska. Moim największym sukcesem była wtedy walka z cenzurą o każde zdanie, nawet o słowo. Chodziłam tam z Agnieszką. Przychodził do nas cenzor, który na przykład nie chciał puścić listy podarków dla Józefa Stalina. Agnieszka powiedziała do mnie: "To zamień go na chińskiego cesarza, bo już naprawdę nie mogę patrzeć na tego cenzora". Wtedy powiedziałam do cenzora, że tego kogoś, kto dostał podarki, nazwę Włodzimierzem Stalinem, bo Włodzimierz Stalin to postać fikcyjna. Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: "Dobrze, niech będzie Włodzimierz Stalin".

O czym dzisiaj opowiada "Biała bluzka"?

Magda Umer: Drugim bohaterem obok naszej Elżbiety jest czas historyczny.

Istnieją młode, inteligentne, wrażliwe osoby, jak na przykład nasze dzieci, dla których czas stanu wojennego jest tak odległy jak bitwa pod Grunwaldem. Wybrałyśmy ciekawe materiały filmowe, które dostałyśmy od Mirka Chojeckiego z NOW-ej.

Jak zmieniła się bohaterka?

Magda Umer: Wiedząc już, do jakiego stopnia jest to przedstawienie o Agnieszce, w pewnym sensie niedojrzałej, w pewnych sprawach nieodpowiedzialnej, uznałyśmy, że wciąż są na świecie takie 60-letnie dziewczyny. Jedną z nich jest bohaterka tego opowiadania. Musiałam zmienić pewne piosenki, bo na przykład w naszej starej "Białej bluzce" Krysia wchodziła i śpiewała: "Komu urodzić mam weselne dzieci, kiedy przyjdzie czas", a urodziła już, nawet zdały maturę, więc nie ma sensu tego śpiewać. Wybrałam dojrzalsze piosenki, inne, ze starego spektaklu wchodzą tylko niektóre. Mam nadzieję, że znalazłyśmy sposób na to, aby to nie było niewiarygodne.

Krystyna Janda: Historie są ciągle te same, tylko opowiadane z innej pozycji i trochę innym już głosem. Nie mam już tego jasnego, wysokiego, młodego głosu protestu bez zastanowienia. Dzisiaj "Biała bluzka" brzmi inaczej przez to, że czas zmienił wiele, a właściwie wszystko. Na szczęście.

Magda Umer: Kilka razy wykreśliłam przymiotnik "młody" albo "młoda". Ale nasza bohaterka mimo tego, co już wie, wciąż jest młoda psychicznie. Agnieszka taka była ,a i Krysia jest chorobliwie młoda psychicznie.

Krystyna Janda: I wiemy dokładnie, o czym, o kim to jest, z niuansami. Po premierze Jacek Kuroń mówił: "Błagam was, mówcie, że to jest o mnie, tak mi na tym zależy". (śmiech)

Magda Umer: Tak, dlatego że bohaterka kocha się w dysydencie.

Krystyna Janda: Teraz Jacek pojawia się na ekranie.

Remigiusz Grzela
Gazeta Wyborcza Stołeczna
2 czerwca 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...