Nowy wspaniały człowiek

"Jackson Pollesch" - reż. René Pollesch - TR Warszawa

Czy to jeszcze teatr? Technika inscenizacji Rene Pollescha budzi wątpliwości co do swojej estetyki. Niemiecki twórca jest ściśle związany ze sztuką sceniczną. Studia pod okiem m.in. Andrzeja Wirtha wyrobiły w nim silny zmysł artystyczny. Od paru lat dyrektoruje scenie Prater berlińskiej Volksbuhne. Z doświadczenia reżyser i dramaturg, sam Pollesch odżegnuje się od twierdzenia, że ,,tworzy teatr". Na ile to sumienne przyrzeczenie, na ile gra z odbiorcą, a na ile zadanie współczesnej sztuce pytania: co znaczy być dziś demiurgiem?

Pisane przez niego sztuki mają charakter tylko w części sceniczny. Są one pełne wywodów, zbliżonych do dialogów Reżysera, Filozofa i Aktora z ,,Wartości mosiądzu” Brechta. Pollesch dwukrotnie pracował w Polsce. Polem dla jego doświadczenia stały się warszawskie Rozmaitości. Pierwsze było ,,Ragazzo dell’europa” sprzed kilku lat, które odniosło duży sukces. Najnowszą premierą jest ,,Jackson Pollesch” (w wersji roboczej zatytułowany po prostu ,,Jackson Pollock”). I tym razem, jak to u niemieckiego twórcy, nie należy się spodziewać jawnie klarownych powiązań treści z nazwą przedstawienia.

 Punktem wyjścia dla Pollescha był, jak zwykle, jego własny tekst. Czuć w nim inspiracje Allenem, Nancym, Boltanskim. Scenografia Berschingera to dwie półkoliste bryły, z tyłu stoi wieża z zakończeniem typu ,,Ufo”. Tło stanowi rozpięte, przypominające ceratę płótno ze zdjęciem futurystycznego osiedla, właśnie z domkami stworzonymi w podobnym, co bryły na scenie stylu. Aktorzy wchodzą na scenę tanecznym krokiem, w rytm ,,Uptight” Steviego Wondera, utworu, który zresztą będzie się jeszcze parę razy w spektaklu pojawiać. Błędem byłoby oczekiwać od Pollescha opowiedzenia jakiejś ciekawej historii, bo od takiej metody twórczej się ten reżyser odżegnuje. Teoretycznie zespół TR-u odgrywa grupę pracowników technicznych, mających coś publiczności zagrać ,,kreatywnego”, bo ,,aktorzy urządzili strajk”. Bunt artystów wynika ze sprzeciwu wobec kreatywności odebranej sztuce, organizującej ludziom wszystkich zawodów sposób pracy. Dlaczego teoretycznie? Bo Pollesch ucieka od takiej interpretacji, już przez sam pomysł. Aktorzy, odgrywający ,,technicznych”, którzy mają ,,odegrać” aktorów – to figura estetyczna, jaką niemiecki twórca prowadzi swój anty-teatr. Wynikają z tego konsekwencje o wiele dalej idące, niż można by z założenia przyjąć. Nielinearna narracja daje dyrektorowi Prateru powód do głębokiej krytyki współczesnego świata.

Trudno zanurzyć się w ,,Jacksonie Polleschu” z klasycznymi metodami analizy. Każda teza wysunięta przez opisującego przedstawienie napotka siłą rzeczy na swoją antytezę. Głównym motywem wrześniowej premiery Rozmaitości jest ,,kreatywność” – jak szerokie to pojęcie, uświadamia sobie widz w trakcie spektaklu. Najmocniej zapada w pamięć dobitna metafora ,,demokratyzacji wyjątkowości”. Dojście do kresu kultury, zasygnalizowane przez postmodernistów, wiąże się bezpośrednio z powszechnym dostępem do jej tworzenia. Celne wskazanie tego paradoksu tłumaczy przywoływanie postaci Pollocka. Słynny malarz, wraz z Cage’em i Gropiusem prorok sztuki współczesnej, to postać, która zapoczątkowała trwający do dziś pluralizm twórczy. Każdy dzisiaj może być artystą. Każdy gest, ruch, zdarzenie może nabrać cech sztuki. Pollesch zwraca jednak uwagę na powszechne zbanalizowanie treści dzieła. Dzisiaj to artysta jest ważniejszy od tego, co tworzy. Współczesną kulturę kreują wielkie nazwiska, nie ma już wielkich utworów, nieraz przerastających swoich niedoskonałych demiurgów. Każdy jest wyjątkowy – tylko skoro ,,każdy”, to nie ma ludzi przeciętnych, a więc nie ma i wyjątkowości, opartej na zasadzie przeciwieństwa.

Przywołane zostaje kilkakrotnie pojęcie ,,networku”. To sieć, czyli wzajemne powiązania i zależności. Czym jest więc promowany na portalach społecznościowych indywidualizm? Ułudą, kolejną kreacją, współczesne poczucie wewnętrznej siły nie zależy już od osobistej dumy, a od tego, jak bardzo indywidualnym się jest w stosunku do grupy. Aktorzy jako postacie noszą swoje własne imiona. Zamazują się jednak granice płciowe, tożsamościowe. Spektakle Pollescha są dla aktora raczej polem dla rozpędu wyobraźni, niż tworzenia psychologii, czy też zwykłego dystansu. Na scenie chodzą po prostu Tomasz Tyndyk, Aleksandra Konieczna i inni. Metoda pracy Pollescha z aktorem wymagałaby jednak osobnego artykułu.

,,Ciało” – we współczesnej kulturze zostało naznaczone. Czym? Wieczną metaforą, ciało nie jest już obiektem samym w sobie, z własną autonomią, tylko nośnikiem symboli. Produktem użytkowym dla sztuki zapatrzonej w samą siebie. Narzeka na to głośno Konieczna. Tak zwany współczesny indywidualizm tworzy się zewnętrznie. Wystarczy przejść się stołeczną Chmielną, by zobaczyć paradę lansu i ,,wyjątkowości”. Spłycenie symboliki duchowych aspektów życia człowieka prowadzi do ubrania go w rozmaite formy, gęby nowoczesności, manifestujące się w stroju, stylu prowadzenia się. Materializm i pragmatyczność cywilizacji doprowadziły sztukę do stanu zachwytu samą formą, wyjałowieniem wrażliwości na detale i subtelności. Projektanci mody niejako przykrawają nowego człowieka, obliczają go matematycznie. A wszystko tworzy się na pokaz, nie ma głosów wewnętrznych, a jedynie płytkie uzewnętrznienia. Pieniądz jest w ,,Jacksonie Polleschu” nie tylko środkiem płatności, a kolejnym wyrażeniem ciała. W jednym z dialogów Konieczna z Tyndykiem wspominają o wartości umownej pieniądza – ale nie papieru. Po raz kolejny wraca więc problem ciała. To, co widzimy, czyli biologicznego człowieka, jest w stanie pokazać jedynie wartości umowne – nie te właściwe, ponadmaterialne. Niemiecki dramaturg szuka nowego języka dla teatru. Mimo tego, że nieco niekonsekwentnie udowadnia, że jest to już raczej niemożliwe.

Powszechny nakaz kreatywności nadał artystom równy pozostałej części społeczeństwa status rzemieślników. Pollesch łączy demokratyzację sztuki z kapitalizmem. Fakt, że teraz każdy może być artystą, jest ściśle związany z ekonomią. Wartość nowej jednostki jest o tyle wyższa, o ile wykazuje się kreatywnością. To określa jej walory w ogólnym kapitale społecznym. Ekonomiczne widzenie człowieka prowadzi wprost do jego uprzedmiotowienia – nawet w sztuce.

Kreatywność stała się rutynowa. Ten paradoksalny fakt akcentują ciągłe prztyczki w stronę publiczności. ,,No, oni są przecież kreatywni” – aktorzy rzucają takie hasła do widowni średnio co 10 minut. Każdy chce każdego zaskoczyć, więc jeden z fundamentów sztuki – zaskoczenie – upada, przewidywalność nie pozwala na przeżycie oczyszczenia. Kiedy złośliwie Pollesch zarzuca widzom, że przyszli do teatru dla kanapek, jest to jednoznaczne z krytyką odbiorcy, który tylko pozornie szuka w kulturze wyzwolenia. Tak naprawdę pochłania ją bezmyślnie, żeby móc potem pochwalić się znajomym.

Teatr stracił spontaniczność – stał się planowaną inwestycją. Ten może nieco przerośnięty zarzut nie jest jednak bez podstaw. Z ironią wypowiada się Pollesch o postmodernizmie, będącym kapitulacją sztuki przed rzeczywistością. O gustach nie warto dyskutować nie dlatego, że każdy ma swój, ale dlatego, że i tak wszystko jest dla postmodernistów kiczem.

Jedna z postaci mówi: ,,Bądź kreatywny, a nikt niczego nie chce ode mnie”. Kreatywność zaczęła służyć płytkim celom materialnym (w ekonomii i społeczeństwie) lub samej sobie (w sztuce). Brakuje dawnego pierwiastka idei. Jakoś tak mimowolnie przychodzi na myśl ,,Promethidion”…

Pollesch z upodobaniem bawi się środkami teatralnymi. Pewnie nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, czy jego teatr jest teatrem sensu stricte, czy anty. Muzyka z baletu Prokofieva prowadzi nas na osobliwą formę patosu, by za chwilę postaci znowu zaczęły gorącą dyskusję. Sztukę Pollescha się czyta i słucha, nie ogląda. Z jego twierdzeniami można zgodzić się lub nie. Sam zresztą sobie, ale chyba autoironicznie, zadaję ciosy. ,,Jackson Pollesch” to jeden z tych spektakli, które przyjmuje się z entuzjazmem, lub skreśla jako szerzej nic nieznaczącą ciekawostkę. Dla mnie – wybierającego pierwszą opcję – jest to jeszcze okazja do wieńczącej konstatacji: skoro każdy może być artystą, to na dobrą sprawę nikt nim nie jest.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
25 listopada 2011
Teatry
TR Warszawa

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...