Nuda na blaszanym dachu

"Kotka na gorącym blaszanym dachu" - reż. Dariusz Starczewski - Teatr Bagatela w Krakowie

Kiedy na afiszu widzimy kolejny raz „Kotkę na gorącym blaszanym dachu" Williamsa – budzi się w nas równocześnie zaciekawienie i nieufność. Chcemy zobaczyć, jak tym razem wypadnie taka realizacja, jednocześnie pytamy po cichu: co tym tekstem można jeszcze dziś powiedzieć? Dariusz Starczewski podjął próbę zmierzenia się z tym dramatem i przeniesienia go na scenę. Okazuje się jednak, że chyba nie był to najlepszy pomysł.

Scenografia utrzymana jest w szarościach. Głęboka scena, na środku której stoi karuzela. Po lewej stronie widzimy półokrągłą kanapę w odcieniach różu. Wokół niej ściany ze szkła. Te ściany – jak się za chwilę okaże – są zbiorem szklanek, po które wciąż sięga Brick. Pod horyzontem widzimy długie, szerokie, lekko zakrzywione podesty, które będą później służyć również jako ławki. To taka przestrzeń, która może być podwórkiem, ale też wnętrzem gościnnego pokoju. Robi nieco upiorne wrażenie i na pewno nie kojarzy się z wnętrzem rodzinnego domu, pełnego ciepła i miłości.

Ten dom też raczej taki być nie może. Mamy tu przecież alkoholika z wyboru, żonę znienawidzoną przez męża, rodzinę czekającą tylko na spadek. Wszystko dzieje się w cieniu dramatów indywidualnych (jak śmierć Skippera – przyjaciela Bricka) oraz zbiorowych (rodzina żyje informacjami na temat stanu zdrowia śmiertelnie chorego Dużego Taty). Dlatego ten dach już nie jest rozgrzany, ale stygnący: powoli robi się na nim coraz zimniej. Blacha minimalnie się kurczy, a ten, dla kogo zabraknie miejsca, zwyczajnie z niego skoczy, choć wszyscy trzymają się kurczowo.

W „Kotce na gorącym blaszanym dachu" na zdecydowaną pochwałę zasługuje aktorstwo, które jest tu bardzo dobre. Widać, że gra jest tutaj na wysokim poziomie: każdej z postaci się wierzy, na każdą patrzy z przyjemnością. Obojętnie czy będzie to neurotyczna Maggie (Magdalena Walach), zgnębiony Brick (Kosma Szyman), autorytarny Duży Tata (Paweł Sanakiewicz) czy zdesperowana Duża Mama (Katarzyna Litwin). Mamy tu całą galerię mocnych, wyrazistych charakterów.

Jakiś czas temu ten dramat Williamsa został wystawiony na deskach Teatru Ludowego (premiera: 7.05.2017), w reż. Jacka Poniedziałka. Trwający niewiele ponad godzinę spektakl zapierał dech, a końcowe wyciemnienie było wręcz szokiem. Po dłuższej chwili zerwała się burza oklasków – każdy chciał, żeby ten seans o patologii rodziny trwał. Spektakl był wciągający i bardzo treściwy. Starczewski trochę sobie chyba z „Kotką..." nie poradził. To trudna rzecz – zrobić inaczej coś, co jest już tak ograne. Niestety, tym razem zabrakło pomysłu.

Spektakl Teatru Bagatela jest ciężki w odbiorze. Jednak nie dlatego, że temat nas przerasta i wykańcza emocjonalnie. Sam odbiór jest utrudniony przez fakt, że słów nie słychać. Aktorzy nie mają indywidualnego nagłośnienia i właściwie tylko Duży Tata (Paweł Sanakiewicz) jest słyszalny. W resztę dialogów trzeba się mocno wsłuchiwać. Starsi ludzie, którzy siedzą obok zaczynają rozmawiać: jedno drugiemu powtarza usłyszane ze sceny zdania, padają komentarze. Myśli uciekają gdzie indziej, bo uwaga powinna skupiać się przecież na czymś zupełnie innym...

Druga rzecz to metaforyka. Spektakl jest długi, nużący. Fabuła jest wierna oryginałowi, dużo jest szczegółów, ale wszystko wydaje się być straszliwie dosłowne. Urozmaiceniem mają być zapewne symboliczne sceny, które raz po raz pojawiają się jako swego rodzaju „przerywniki". Z odgłosem wystrzałów z dwóch stron wjeżdżają tarcze z wizerunkiem Indian i kowbojów, Maggie bawi się lub tańczy z dorosłymi kowbojami, którzy momentami stają się też dziećmi Goopera i Mae... Można odnieść wrażenie, że jest to zbiór elementów niespójnych.

Kiedy u Krzysztofa Warlikowskiego w „Apollonii" pojawiają się lalki dzieci – konsekwentnie są symbolem małych istot, które trwają gdzieś wewnątrz historii. W „Kotce..." Starczewskiego mamy szare, pozbawione płci lalki, które raz są szmacianymi zabawkami, innym razem dziećmi, a nawet służą jako... „pałki" wielkiego bębna, którego dźwięk zapowiada wjazd Dużego Taty na fotelu na kółkach. Dwóch kowbojów – Jack Straw (Wojciech Leonowicz) i Peter Ochello (Tomasz Lipiński) pojawia się na scenie i znika. Cały czas kojarzą mi się z bohaterami książki Annie Proulx „Tajemnica Brokeback Mountain". Widziadła homoseksualistów, do których być może należy też wiecznie zamroczony alkoholem Brick (Kosma Szyman) zachowują się czasem jak domownicy, a czasem jak dzieci.

Widz wychodzi ze spektaklu oszołomiony i zmęczony. Świetny zespół aktorski wykonał wielką pracę, ale efekt jest rozczarowujący. „Kotka na gorącym blaszanym dachu" w reż. Dariusza Starczewskiego to długi spektakl, którego kolejne sceny nużą lub denerwują. To widowisko, które ciężko sobie logicznie poukładać (choć może o to chodziło?), a do tego reżyserowi zabrakło pomysłu na to, co tak naprawdę chciał tym tekstem nam powiedzieć. Nawet, jeśli wiedział, to nie udało mu się tego wyartykułować na scenie, natomiast nadmiar pomysłów skutecznie zaciemnił obraz – a szkoda.

 

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
10 października 2018

Książka tygodnia

Mitologia grecka i rzymska - Spotkania ponad czasem
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Katarzyna Marciniak

Trailer tygodnia