O bioróżnorodność w teatrze

Instytut Sztuk Performatywnych, Komuna - Warszawa

Polskiego teatru w perspektywie najbliższych sezonów nie będzie już chyba stać na wygórowane stawki dla wąskiego grona kilkudziesięciu artystów. Trzeba w końcu powiedzieć, że pieniądze dla tych uprzywilejowanych nie biorą się znikąd.

Na pozór kryzys w teatrze to niekoniecznie dobry moment, aby weryfikować modele scenicznej pracy i współpracy, ustanawiać na nowo relację z widzami, roztrząsać własną rolę i odpowiedzialność w ekosystemie sztuk performatywnych. Podczas kryzysu działamy w doraźnym trybie awaryjnym, nie mając pojęcia, jak będą wyglądały kolejne miesiące (a co dopiero lata); ratujemy to, co jest, walcząc z coraz częściej obecnym lękiem. Jednak patrząc na sprawę w szerszej perspektywie, chyba nie ma lepszego czasu na wymyślanie nowej wersji świata (teatru). A przynajmniej na fantazjowanie o potencjalnych i możliwych kierunkach zmiany. Jesienią najprawdopodobniej wrócimy do teatrów, ciągle jednak nie wiadomo, jak krajobraz teatralny będzie dokładnie wyglądał. Warto zadać głośno pytanie: czy na pewno chcemy wracać do takich samych miejsc i sposobów pracy, jakie niedawno musieliśmy porzucić? Czy wszystkie instytucje przetrwają obecną sytuację – i w jakim kształcie?

Widać już przecież wyraźnie, że kryzys nie opuści nas szybko i będzie miał dalekie konsekwencje. Dlatego powinniśmy myśleć dziś w perspektywie długoterminowej – nawet jeśli w tej chwili trudno nam przewidzieć najbliższe tygodnie. Inicjatywy podejmowane przez środowisko teatralne są niezwykle cenne (by przywołać tylko działania Gildii Polskich Reżyserek i Reżyserów, Inicjatywę DDDD, projekty instytucji pozwalające artystom przetrwać trudny czas – mikrorealizacje lub rezydencje). Sądzimy jednak, że wciąż pozostaje coś do dodania w dyskusji i działaniu – coś, co wykracza poza doraźny kontekst przetrwania. W dogłębnie trudnej sytuacji kryzysu i niepewności dostrzegamy potencjał przewartościowania obszaru, w którym na co dzień pracujemy, potencjał określenia, co jest obecnie w polskim teatrze potrzebne i możliwe.

Piszemy ten tekst jako przedstawiciele dwóch zaprzyjaźnionych kolektywów twórczych, z doświadczeniem pracy w bardzo różnych przestrzeniach polskiego teatru. Nie aspirujemy do reprezentowania jakiegokolwiek szerszego środowiska, choć jesteśmy przekonane i przekonani, że w naszych postulatach odnajdzie się wiele (współ)pracownic i (współ)pracowników rodzimej sceny. Działamy na przecięciu obszaru instytucjonalnego i niezależnego, łącząc sposoby myślenia, metody pracy i języki różnych dziedzin. I właśnie w tej różnorodności widzimy największą siłę. Jednak po to, by ta różnorodność przetrwała, potrzebne są miejsca, które będą mogły i chciały o nią zadbać; konieczna jest do wykonania mozolna, codzienna i uważna praca organiczna.

Jednym z faktów, z którymi musimy się zmierzyć już teraz, jest radykalna zmiana sytuacji finansowej: w perspektywie kilku najbliższych lat pieniędzy w kulturze będzie zdecydowanie mniej niż dotąd. Nie warto szukać w tym jakiejś szczególnej złośliwości losu albo rządzących: wystarczy podnieść wzrok, by zobaczyć, że mniej pieniędzy będzie również w oświacie, administracji publicznej, służbie zdrowia. Fakt kolejny to promowana dziś nachalnie retoryka tzw. nowej normalności z jej prostym przekazem: zaraz będzie prawie tak samo jak przed pandemią. Zestawienie owych dwóch faktów może w świecie teatru zaowocować paradoksalnymi konsekwencjami: teatr będzie się odradzał, ale w pierwszej kolejności będzie w nim odbudowywane to, co dotąd uznawano za najbardziej reprezentacyjne, najbardziej prestiżowe, najlepiej służące jako instrument wzmacniania status quo i poczucia normalności, a w istocie – najdroższe i pochłaniające najwięcej zasobów. Taki powrót do business-as-usual, tyle że w sytuacji potężnych niedoborów, to w tej chwili nasza największa obawa, a także zagrożenie dla polskich sztuk performatywnych.

Piszemy ten tekst jako przedstawiciele dwóch zaprzyjaźnionych kolektywów twórczych, z doświadczeniem pracy w bardzo różnych przestrzeniach polskiego teatru

To, co proponujemy, to docenienie bioróżnorodności polskiej sceny i zwiększenie dla tej bioróżnorodności wsparcia. Postulujemy o dowartościowanie teatru, który nie stawia idei mistrzów ponad pracę zespołową i praktykę społeczną. Takiego, który ma świadomość swojego współistnienia z innymi w środowisku. Teatru zdolnego do eksperymentowania zarówno z formą sceniczną, jak i sposobami produkcji. Oferującego nie tylko spektakl, ale też poczucie współuczestnictwa. Po doświadczeniu pandemicznego tąpnięcia chyba w mniejszym stopniu potrzebujemy teatru jako maszyny kulturowej wyższości, a w większym – przestrzeni do budowania intymnej relacji z widzami, nawet w nieprzyjaznych warunkach nowego reżimu sanitarnego. Nie chodzi nam o wymyślanie polskiej kultury teatralnej od podstaw, raczej o wzmocnienie w niej tego nurtu, który zakorzeniony jest silnie w doświadczeniu rzeczywistości społecznej i potrafi z nią pracować.

Polski teatr nie jest monokulturą, ale jego najbardziej wyeksponowany sektor to właściwie monokultura: teatr dramatyczny ze stałym zespołem aktorskim i dyrektorem artystycznym (często w postaci reżysera kształtującego jednoosobowo linię programową instytucji). Wszystko, co inne – a co jest w istocie wielkim obszarem zjawisk „performatywnych", „niezależnych", „offowych", „hybrydycznych", „intymnych", „z pogranicza", „interdyscyplinarnych" – dzieje się w polskim teatrze niejako na marginesie.

Skądinąd wiemy już, że monokultura potrafi być autodestrukcyjna. Jej schemat instytucjonalny okazuje się dysfunkcyjny, rodzi przemoc, nie sprzyja kreatywności, hamuje rozwój inaczej rozumianych relacji władzy w obrębie grupy twórczej. Wiemy to dobrze, bo każde z nas posiada doświadczenie pracy z tak pomyślanym teatrem. Jednym z powtarzanych argumentów wspierających obecny system pozostaje przekonanie, że gwarantuje on środowisku względne bezpieczeństwo socjalne. Dzisiejszy kryzys przekonuje, że to półprawda. W dramatycznej nieraz sytuacji znaleźli się wszak nie tylko aktorzy na instytucjonalnych mikroetatach, odcięci nagle od stawek za „wykon", ale też freelanserzy, bez których system nie może trwać, ale w kryzysowej sytuacji nic im nie zapewnia.

Dlatego warto szukać drogi do koniecznych zmian.

Może do obecnej sytuacji bardziej pasowałyby zespoły artystyczne zbudowane w mniej stereotypowy sposób? Prowadzące do modelu mniej hierarchicznego, a bardziej kolektywnego? Może twórcy spektakli mogą funkcjonować w obrębie instytucji, definiując swoją działalność na własnych warunkach wykraczających poza uświęcone tradycją role? Może przynajmniej w kilku polskich teatrach można by zatrudnić tancerzy (nie tylko jako choreografów wynajmowanych do ułożenia scenicznego ruchu)? Czy do wyobrażenia jest instytucja, w której zespół aktorski funkcjonuje wspólnie z zespołem tanecznym? Może zatrudniać artystów wizualnych – by kształtowali wizualny język instytucji? Może, szukając aktorów do zespołu, zatrudniać takich, których pociąga praca nad autorskimi spektaklami? Może przy budowaniu zespołu doceniać interdyscyplinarność talentów i chęć zdobywania nowych umiejętności? Artystka lub artysta mogą – jeśli chcą – też wykorzystać własne kompetencje, aby pracować nie tylko na scenie, ale również wesprzeć swoją obecnością działy edukacji, promocji czy produkcji.

Wszystko, co inne – a co jest w istocie wielkim obszarem zjawisk „offowych", „hybrydycznych", „intymnych", „z pogranicza", „interdyscyplinarnych" – dzieje się w polskim teatrze niejako na marginesie

Część powyższych strategii – jak na przykład podmiotowa rola aktorów czy choreografów – już się właściwie realizuje, ale pozostaje w kolizji z kształtem instytucji: nie zawsze wiąże się z rozproszeniem hierarchii i zmianą obyczajów finansowych. W sytuacji niedoboru trzeba z większą troską dystrybuować dostępne środki. Słowem: polskiego teatru w perspektywie najbliższych sezonów nie będzie już chyba stać na wygórowane stawki dla wąskiego grona kilkudziesięciu artystów. Trzeba w końcu powiedzieć, że pieniądze dla tych uprzywilejowanych nie biorą się znikąd; by były możliwe, inni muszą być opłacani źle lub bardzo źle.

Zachowanie różnorodności polskich praktyk performatywnych wymaga pilnego uruchomienia czy rozszerzenia miejsc i struktur, które traktują pracę poza „repertuarem" jako równoprawną, pełnowartościową, zawodową praktykę artystyczną i umożliwią jej swobodny rozwój. A może w tych fantazjach warto iść jeszcze dalej i wyobrazić sobie instytucję teatralną, która daje schronienie i warunki pracy istniejącym już kolektywom? A nawet jest prowadzona przez kolektyw? Albo instytucję, która nie ma stałego zespołu ani najważniejszego reżysera, jest za to przestrzenią prezentującą to, co dzieje się w innych miastach, a także dającą możliwości produkcyjne i rezydencyjne artystom spoza instytucji? Istnienie przynajmniej kilku takich miejsc w skali kraju stwarzałoby zupełnie inne perspektywy rozwoju karier i zdobycia pracy dla tych, którzy dziś z trudem mieszczą się w systemie (albo właśnie zostali z tego systemu wypchnięci przez pandemię).

Mamy też głębokie poczucie, że jak powietrza potrzebujemy kontaktu z różnorodnością perspektyw i kontekstów. Potrzebujemy miejsc, w których możliwa będzie realna, długotrwała współpraca transnarodowa, w których możliwe będzie nawiązywanie sojuszy, wymyślanie nowych form współpracy i współbycia.

Czy do wyobrażenia jest instytucja, w której zespół aktorski funkcjonuje wspólnie z zespołem tanecznym? Może zatrudniać artystów wizualnych, by kształtowali wizualny język instytucji?

Wizja, którą podpowiadamy, to również wizja ściślejszego związania teatru z własnym otoczeniem i szukania dla niego sojuszników tam, gdzie dotąd ich nie dostrzegano. Tak jak możliwa jest dla nas wizja artysty spełniającego się równocześnie w różnych obszarach produkcji, tak nie boimy się perspektywy teatru funkcjonującego w mniej oczywistych aliansach – z barem, restauracją czy innymi inicjatywami utrzymującymi (przynajmniej w części) działania artystyczne. W tej chwili miasta są zazwyczaj niechętne podobnym rozwiązaniom. Bardzo trudno jest przebić mentalną i prawną barierę wobec idei łączenia działalności kulturalnej, dotowanej ze środków publicznych, z działalnością biznesową. Może to dobry moment, by to zmienić. Ze wsparciem samorządów, z lokalami za niewielki czynsz szanse na sukces podobnych inicjatyw – nie tylko o charakterze rozrywkowym – na pewno będą większe. Pomysł taki umożliwia zjednoczenie branż dotkniętych przez kryzys. I uwaga! Nie oznacza to pójścia za neoliberalną sugestią o samofinansującej się kulturze – to raczej pomysł na wpuszczenie powietrza do systemu, stworzenie dodatkowych, sojuszniczych możliwości. Na pewno rozpisanie przejrzystych warunków, na jakich miasta mogłyby wspierać podobne inicjatywy, nie będzie łatwe, ale chyba nie niemożliwe.

Teatr będzie musiał w najbliższym czasie eksperymentować z alternatywnymi sposobami komunikacji z widzem (niekoniecznie przez internet). Doświadczenia z kręgu eksperymentu teatralnego w tym wymiarze mogą być bardzo inspirujące (spektakle dla jednego widza, dla pięciu, spektakle w przestrzeniach publicznych, spektakle do oglądania z dużych odległości, spektakle audio, spektakle jako instalacje wizualne). Na pewno teatr najbliższych lat będzie musiał szczególnie zadbać o bioróżnorodność. Może teatr najbliższych lat będzie musiał być mniejszy w bardzo dosłownym sensie. To nie tragedia. Jeśli przyjrzymy się uważnie, okaże się, że wiele fundamentalnych dzieł w polskim teatrze powstawało w bardzo skromnej skali, niejako wbrew retoryce teatru ogromnego czy monumentalnego.

Mamy nadzieję na otwarcie debaty: nie tylko wśród twórczyń i twórców czy ludzi piszących o teatrze, ale przede wszystkim z istotnym udziałem tych, którzy decydują dziś o instytucjonalnym kształcie polskiej kultury: dyrektorów, polityków, urzędników różnych szczebli. Bardzo potrzebujemy tej dyskusji.

(-)
Dwutygodnik
18 lipca 2020

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia