O Cybulskim z innej strony

dorobek filmowy Zbigniewa Cybulskiego jest bardzo duży

Kto wie, że ZBYSZEK CYBULSKI był autorem scenariuszy do różnych filmów, głównie... dokumentalnych? Kompletnie nieznany jest też dorobek radiowy i telewizyjny aktora.

To, że zagrał Więcka w "Krzyżu Walecznych", ostrożnego Staszka w "Giuseppe w Warszawie", niesamowitego Alfonsa van Wordena w "Pamiętniku znalezionym w Saragossie czy wreszcie Maćka Chełmickiego w "Popiele i diamencie" - wszyscy wiedzą. W każdym razie starsi, śledzący te literki, wiedzieć powinni. 

To wszystko niekompletny dorobek filmowy Zbigniewa Cybulskiego - mieszkańca Katowic urodzonego na Kresach, który z nakazem pracy wylądował w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, a najwięcej swoich filmów kręcił we Wrocławiu.

Mimo żelaznych kurtyn dostawał oferty z zagranicy. W Szwecji zagrał u boku już wtedy europejskiej gwiazdy Bibi Abderson w szwedzkim filmie z polskim tytułem "Kochać". Jego reżyser Jórn Donner tak skomentował współpracę i sposób bycia polskiego aktora: "Mówił dużo, pił dużo, żył dużo. Krótko mówiąc: był żywy".

Podobała mi się też anegdota Jerzego Gruzy, który opowiadał o "metodzie" Cybulskiego. Do swoich partnerów na planie francusko-włoskich filmów recytował z różnym dramatycznym napięciem to, co znał najlepiej, czyli "Zdrowaś Mario, łaskiś pełna..." albo, gdy trzeba było wznieść się wyżej, wyrzucał z siebie: "Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego". Obcokrajowcy zachwycali się jego sugestywnością, a krytycy pisali o aktorskich kreacjach.

We wszystkich obcojęzycznych filmach był dubbingowany. To brzmi pewnie trochę zabawnie, ale dziś mamy niewielką wiedzę na temat wszechstronności legendarnego artysty. No, bo kto wie, że Zbyszek Cybulski był autorem scenariuszy do różnych filmów, głównie... dokumentalnych? Albo że wspólnie z Bogumiłem Kobiela i Wilhelmem Machem napisał scenariusz fabularnego filmu "Do widzenia, do jutra", który wyreżyserował Janusz Morgenstern w roku 1960? Film dostał kilka nagród na międzynarodowych festiwalach.

Kompletnie nieznany jest też dorobek radiowy i telewizyjny aktora. Cybulski zagrał między innymi w cieszących się ogromnym powodzeniem w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku spektaklach Teatru Sensacji "Kobra": "Cała prawda" i "Murowane alibi". Wystąpił też w popularnym programie rozrywkowym Jerzego Gruzy "Poznajmy się", w którym pierwsze skrzypce grał jego przyjaciel Bogumił Kobiela.

Z Kobielą do spółki mieli nie tylko wspólny motocykl, ale też założyli studencki teatrzyk Bim-Bom, dla którego pisali teksty, układali wszystko w wartki scenariusz i reżyserowali. Za ich czasów jednym z filarów Bim-Bomu był niedoszły malarz - Jacek Fedorowicz - oraz Jerzy Afanasjew, Tadeusz Chyła, Sławomir Mrożek, Wowo Bielicki, Roman Polański, Krzysztof Komeda, Andrzej Wajda, Janusz Morgenstern i Zdzisław Maklakiewicz. Kto by nie chciał mieć takich współpracowników...

Spółka Cybulski - Kobiela stworzyła amatorski teatrzyk złożony ze studentów różnych uczelni z Wybrzeża. Głównie artystycznych. Po dwóch, trzech latach znała go cała Polska, a konkurował z warszawskim Studenckim Teatrem Satyryków i łódzką Cytryną. Bim-Bom występował gościnnie w Paryżu, Wiedniu, Brukseli i w Moskwie; zebrał prawie wszystkie liczące się w owym czasie nagrody na studenckich przeglądach i festiwalach. Miał wielki wpływ na nasze życie artystyczne. Te skromne amatorskie teatrzyki biły na głowę repertuarowe sceny swoją świeżością, łamaniem konwencji, poczuciem humoru i krytycznym stosunkiem do siermiężnej rzeczywistości, która ledwo co wyzwoliła się ze stalinowskich dogmatów.

Bim-Bom to były zajęcia po pracy. Etatowo Cybulski związany był, jak wyżej wspomniałem, z Teatrem Wybrzeże, gdzie grał m.in. tytułową rolę w "Mazepie" Słowackiego, Witolda Bukowicza w "Grzechu" Żeromskiego, Johny\'ego Pope\'a w sztuce Vincente "Kapelusz pełen deszczu", którą wyreżyserował Andrzej Wajda. To było wydarzenie ogólnopolskie. Krytycy niemal "nosili" Cybulskiego na rękach i ta rola w dużej mierze zadecydowała o przeprowadzce. W Gdańsku zagrał jeszcze Jana w "Pierwszym dniu wolności" Kruczkowskiego. Dostał angaż do teatru Ateneum, gdzie na dobry początek zagrał wprzebojowym przedstawieniu "Dwoje na huśtawce" Gibsona w duecie z Elżbietą Kępińską, a rzecz wyreżyserował, oczywiście, Wajda. Publiczność wykupywała bilety z miesięcznym wyprzedzeniem.

Podobnie było w innych miastach, w których pojawił się ten duet w znakomicie skrojonej sztuce.

Cybulski, oprócz reżyserskich robótek w Bim-Bomie, podejmował również do spółki z Kobiela takie prace w zawodowych teatrach. Ostatnim i samodzielnie wyreżyserowanym przez niego przedstawieniem była "Piąta kolumna" Hemingwaya, w której zagrał Filipa Rawlingsa.To był grudzień 1963. Potem całkowicie pochłonął go film. Cieszył się coraz większą popularnością.

W jednym z wywiadów dziennikarka spytała go: Co jest najważniejsze w sztuce?

- Zapamiętać błędy, żeby następnym razem zrobić ich mniej.

A co jest najważniejsze w życiu? - drążyła dalej.

- Chce pani, żebym się powtarzał - odpowiedział aktor, który uprawiany zawód traktował jak najważniejszą misję. Zanim nie zaczął przesadzać z alkoholem, do każdej roli podchodził z ogromną pokorą. Zabawna jest jego zapisana opowiastka z planu swojego największego filmowego sukcesu. - "Popiół i diament" rozpocząłem od sceny... w ubikacji. Bo musiałem rozpocząć budowanie roli od sceny, która była jedną z trudniejszych w filmie, sceną kluczową załamania się Maćka. Byłem przerażony. Oparłem się o drzwi i myślę: Co ja mam grać, jak Boga kocham, nie wiem... To jest, zdaje się, mój koniec... Film lubię, ale może będzie lepiej, jeśli będę siedział w kinie i oglądał gotowe filmy zrobione przez kogoś innego. Zdenerwowany oparłem się o drzwi i przestępowałem bezmyślnie z nogi na nogę. Wyobrażam sobie: klozet, na górze pijaństwo... Reżyser Wajda podszedł i mówi: Tak, tak, wahaj się, mój drogi, wahaj. Więc się wahałem. I z tego przypadkowego wydarzenia w pierwszy dzień wykluła się nam postać Maćka, psychicznej zadry, jakiegoś niepokoju, nieporozumienia z czasem, zagubienia".

Cybulski był osobą bardzo lubianą w środowisku, choć przez swoje nawyki i nałogi momentami trudną do wytrzymania. Gdziekolwiek się pojawiał, natychmiast zaprzyjaźniał się z całym towarzystwem. Bez słów rozumiał się ze Zdzisławem Maklakiewiczem, który po tragicznym zdarzeniu na wrocławskim peronie, tak scharakteryzował swojego przyjaciela:

- Zbyszek nie cierpiał wytwornych garniturów, sypiał w pociągach, kursując między różnymi miastami. Jedynym jego bogactwem, które nosił w kieszeni plecaka, była maszynka do golenia.

Kazimierz Kutz, u którego zagrał w roku 1958 w "Krzyżu Walecznych", tę jego śmierć pod kołami pociągu na wrocławskim dworcu potraktował w kategoriach symbolu:

- Jego ostatni bieg za rozpędzającym się pociągiem był jego ostatnią setką, kresem wyścigu z czasem. Wszystko to jest tragiczne, ale zadziwiająco harmonizuje z jego życiem. O ludziach ginących na wojnie mówi się zwykle, że oddają życie na posterunku. Zbyszek zginął na własnym posterunku, w wojnie, którą prowadził z samym sobą. Realizował swoją własną koncepcję ludzkiej egzystencji. Padł pod jej ciężarem.

Krzysztof Kucharski
POLSKA Gazeta Wrocławska
19 stycznia 2010

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...