O dziecięcym marzeniu

"Och, Emil" - reż. Lech Chojnacki - Wrocławski Teatr Lalek

Książki Astrid Lindgren od pokoleń cieszą się wielką popularnością wśród małych czytelników. Któż nie zna i nie wspomina z sentymentem dzieci z Bullerbyn, Pippi Pończoszanki czy braci Lwie Serce? Jednym z kultowych bohaterów jej opowieści jest z pewnością Emil ze Smalandii, o którego psotach opowiada spektakl w reżyserii Lecha Chojnackiego "Och, Emil".

Na scenie mamy wszystko, czego potrzebuje dziecko, by dobrze bawić się  w teatrze: barwnych bohaterów, ciekawe dekoracje, oryginalne kostiumy i wpadające w ucho piosenki. Główną oś akcji wyznacza marzenie Emila o przyszłości – jego wizje dorosłości nadają rytm wydarzeniom i ukierunkowują działania bohaterów. Chłopiec pragnie „być najważniejszy na świecie” i „zajść bardzo daleko”. W odkrywaniu pasji pomagają mu rodzice: fajtłapowaty tato (Krzysztof Grębski) i wiecznie zajęta gotowaniem lub opieką nad młodszą córeczką mama (Paulina Skłodowska) oraz dwie ekscentryczne ciotki (Edyta Skarżyńska i Anna Bajer). 

Pojawiający się na scenie Emil jest lalką z dużą głową i wielkimi niebieskimi oczami (animowaną przez Marka Koziarczyka). Wykonuje rozmaite akrobacje, cały czas podtrzymując kontakt z dziecięcą publicznością. Marząc o karierze żołnierza, ćwiczy musztrę na „armii” widowni , zachęca dzieci do włączania się w śpiew kolejnych piosenek (każda zaczyna się od słów „będę żołnierzem / biegaczem / lekarzem / wszystkozjadaczem...”). Z dobrych intencji bohatera wynikają rzecz jasna komiczne sytuacje. Emil trafia do lekarza z wazą na głowie; połyka pieniążek (tu następuje bardzo ciekawa wizja badania chłopca aparatem rentgenowskim: zasłonięta szafką lalka odsłania wnętrze brzucha i spoczywające weń błyszczące zielonkawo przedmioty), zjada ukrytą przez mamę kiełbasę, ucieka  z drewutni. W organizacji scen posłużono się niemal cyrkowymi rozwiązaniami. Gdy na scenie pojawiają się klauni, ich zachowanie zbytnio nie odbiega od praktyk regularnych bohaterów historii. 

Do walorów przedstawienia należą bajecznie kolorowe kostiumy i scenografia. Ciotki ubrane są w jaskrawoczerwone i żółte suknie, wymachują plastikowymi torebkami. Mama jest typową gospodynią w fartuszku, zaś tato nosi okulary i kraciastą koszulę. W tle sceny znajduje się okno, za którym przesuwają się nieobecni w domu bohaterowie, a stojąca na środku szafka odgrywa też rolę maszynki do wyrobu wędlin. Dzieci zachwyca też gra świateł, migających w sali nawet przed podniesieniem kurtyny.

„Och, Emil” to spektakl idealny dla najmłodszych widzów, którzy bardzo spontanicznie i entuzjastycznie reagują na sceniczną iluzję. Niekłamany zachwyt wzbudza Emil pojawiający się i „znikający” znienacka w różnych miejscach. Aktorzy grają w sposób nieco przerysowany – naiwny ojciec wciąż daje się straszyć synowi, ciotki szczebioczą cienkimi głosikami, mama zamaszyście kołysze córeczkę. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że opowiadana historia ma wyraźny morał -   „jeśli chcesz zajść daleko, najpierw trzeba dojść zupełnie blisko”, czyli do szkoły. Emil dowiaduje się,że jest najważniejszą osobą dla swoich rodziców i zamiast snuć nierealne marzenia postanawia najpierw być ich chlubą. 

Barwne przedstawienie z pewnością zadowoli maluchy. Aktorzy cały czas dbają  o utrzymanie uwagi publiczności i włączają widzów w sceniczną  akcję. Dziecko współtworzy zatem historię, ma prawo głosu i – co najważniejsze – świetnie się bawi. 

Karolina Augustyniak
Dziennik Teatralny Wrocław
6 grudnia 2011

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia