O miłości i śmierci

"Romeo i Julia" - reż. Henryk Adamek - Teatr Tespisa w Katowicach

Nie ma popularniejszej od „Romea i Julii" sztuki o nieszczęśliwej miłości. Ten, napisany pod koniec XVI wieku dramat Williama Szekspira wciąż cieszy się powodzeniem wśród reżyserów teatralnych. Lubią oglądać go miłośnicy klasyki oraz wielbiciele współczesnego teatru, albowiem tkwią w nim ponadczasowe treści, które trafiają bez wyjątku do każdego. Nauczycielki chętnie przyprowadzają na ten spektakl swoich uczniów, którzy z zapartym tchem śledzą perypetie młodych kochanków, ich zwaśnionych rodziców i przyjaciół. Oczywiście to, czy ogląda się go z zainteresowaniem zależy od reżysera, który powinien znaleźć pomysł na jego sceniczną realizację.

W przypadku „Romea i Julii" Henrykowi Adamkowi zadanie to nadspodziewanie udało się wykonać. Słowa „nadspodziewanie" używam specjalnie ponieważ zamierzeniem twórców było zrealizować spektakl przede wszystkim dla publiczności, która nie skończyła jeszcze 18 roku życia, a nawet dla jeszcze młodszych odbiorców: uczniów ostatnich klas szkół podstawowych i gimnazjalistów. Przedstawienie to jest bowiem jednym z rezultatów powstałych w ramach projektu „Baśnie Pana Szekspira" realizowanego przez Stowarzyszenie Teatralne TESPIS w Katowicach, a którego ambitnym celem jest dostosowanie dzieł Szekspira do percepcji i potrzeb dzieci. Powiedziałby ktoś, że jest to zadanie karkołomnie, nieprzemyślane i skazane na porażkę. Nic bardziej mylnego, co udowodnili dwa miesiące temu wystawiają świetną „Burzę" dla dzieciaków wieku od 5. lat. Dla dzieciaków! Tak niełatwą, skomplikowaną sztukę! A udało im się przekształcić ją w niezwykłą baśń o magu Prosperze i tajemniczej wyspie.

„Romeo i Julia" - druga z pięciu zamierzonych przez Stowarzyszenie realizacji - adresowana jest dla nieco starszych dzieci, powiedzmy - od gimnazjum wzwyż. I jest to spektakl, jakiego na scenach śląskich teatrów nie uraczycie. Dlaczego? Bo zachwyca pomysłami inscenizacyjnymi, kreacjami aktorskimi oraz a może przede wszystkim sposobem adaptacji tekstu sztuki, który nabrał bardzo współczesnego brzmienia.

Henryk Adamek, który jednocześnie jest autorem adaptacji postanowił ograniczyć liczbę bohaterów. Zamiast plejady, skądinąd pełnokrwistych osobowości powołanych do wiecznego życia przez Williama Szekspira, zostawił jedynie Romea i Julię, ojca Julii i jej piastunkę Martę, księcia Werony oraz przyjaciela Romea - Benvolia. Reszta ważnych bohaterów zaistniała w animacjach wyświetlanych na białych elementach scenografii. Animacje te nasuwały na myśl współcześnie tworzono murale i graffiti, co świetnie korespondowało z wrażliwością młodych odbiorców. Reżyser, ograniczając do minimum bohaterów tego romansu, miał w owym działaniu cel: chciał oczyścić wątek miłosny z innych, mniej ważnych, co mu się w istocie świetnie powiodło.

Wszystko zaczyna się piosenki śpiewanej przez tajemniczego Benvolia (w tej roli interesujący, uzdolniony wokalnie, Damian Strzała) o obecnych i przyszłych wydarzeniach. Następnie naszym oczom ukazuje się pomieszczenie nasuwające na myśl teatralną garderobę: tu ławka, tam lustro i stojak z kostiumami. I aktorzy we współczesnym przebraniu, czekający na swoje wejście. Ten znakomity zabieg powtórnej teatralizacji nawiązuje perfekcyjnie do teatru elżbietańskiego oraz tradycji grywania dzieł Szekspira, który przecież także w swoich tekstach często wykorzystywał motyw teatru w teatrze, przebieranek, wchodzenia w nie swoje role społeczne, a nawet płciowe.

Spektakl w reżyserii Adamka jednak na tej skromnie zaakcentowanej teatralności poprzestaje. Ale wykorzystuje za to inne motywy. Dobrym pomysłem było wykorzystanie kryz, z których znany był dwór brytyjskiej królowej. Każdy aktor przynajmniej na chwilę przywdziewa jedną z nich. Stanowią one pewien rozdźwięk pomiędzy tym, co w spektaklu współczesne (zwyczajne, współczesne ubrania oraz projekcje animacji) a tym, co klasyczne, nawiązujące do czasów, w których William Szekspir żył i tworzył (renesansowe krużganki rzeźbione w białych zastawkach z scenografii, dźwięki muzyki). Niebagatelną rolę pełni także trzyczęściowa scenografia, która z jednej strony imituje mury współczesnego miasta, jest częścią teatralnej garderoby, ścianą dla projekcji animacji i wreszcie miejscem akcji poszczególnych scen: komnatą Julii, celą Laurentego, łożem i w końcu grobowcem.

Tam swoje aktorskie popisy realizują przede wszystkim dwie kobiety, aktorki: Violetta Smolińska jako Marta, nie odstępująca na krok swojej wychowanki oraz Katarzyna Błaszczyńska w roli Julii - niewinna, ale zadziorna, pragnąca wypić życie do cna. Nie ustępuje im Wiesław Kupczak w potrójnej roli: jako pomocny ojciec Laurenty, despotyczny Kapuletii oraz rozgoryczony książę Werony. Trochę mniej zajmujący jest Jakub Margosiak jako Romeo - zbyt fajtłapowaty i mało męski. A Damian Strzała jako Benvolio nadrabia zaś talentem wokalnym. Ale jako że są dopiero świeżo upieczonymi absolwentami szkoły aktorskiej, drobne niepowodzenia można im wybaczyć! Wszak gdzie, jak nie na teatralnej scenie, mają ćwiczyć swój warsztat? Chwała realizatorom za to, że umożliwili im ten niełatwy start w aktorskie życie i za to, że możemy oglądać nowe twarze.

Ogólny rezultat? Żywa, współczesna, ale odwołująca się do tradycji wystawiania szekspirowskich dzieł opowieść przykrojona do percepcji młodych widzów o ich rówieśnikach sprzed kilku wieków. Historia o wielkiej miłości bez happyendu. Prawie półtoragodzinny fresk o ludzkich namiętnościach, pierwszej miłości, skrywanych emocjach, pożądaniu i przyjaźni. Polecam każdemu - młodszemu i starszemu!

Julia Kowalska
Dziennik Teatralny Katowice
13 grudnia 2014
Portrety
Henryk Adamek

Książka tygodnia

Osobliwy dom pani Peregrine. Tom 4. Mapa dni
Wydawnictwo Media Rodzina
Ransom Riggs

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski