O nie zawsze zwykłych przechodniach

5. Europejskie Spotkania Teatralne "Bliscy Nieznajomi" w Poznaniu

Europejskie Spotkania Teatralne "Bliscy Nieznajomi", organizowane przez Teatr Polski w Poznaniu, zawsze w centrum swojego zainteresowania stawiały człowieka. Mniej były istotne aktualne mody teatralne, inscenizacyjne nowatorstwo czy też artystyczne prowokacje.

W tym roku dyrektor Paweł Szkotak, w tytule piątej edycji przeglądu umieścił PRZECHODNIÓW. W ten sposób wyraźnie zasugerował, że na scenie będziemy oglądali zwyczajnych bohaterów, ludzi jakby drugiego planu, których nie zawsze zauważamy, bo pozornie wydają się być mało "atrakcyjni"; ale podobnie jak każdy inny człowiek, również i oni poruszają się w egzystencjalnej machinie, którą determinuje ekonomia, historia, polityka, światopogląd, ideologia i szeroko pojęta moralność. I takich właśnie bohaterów dnia powszedniego mogliśmy zobaczyć w ciągu czterech dni trwania przeglądu; nie tylko po to, by usłyszeć ich opowieść , ale i przekonać się jak koleje ich losu są niekiedy bliskie nam samym; jak postaci sceniczne przywołują w nas wspomnienia własnych wyborów, podejmowanych w różnych okolicznościach decyzji, naszych porażek i sukcesów. Wszystkie spektakle zaproszone do Poznania doskonale mieściły się w określonej formule, konfrontowały nasze myślenie i naszą emocjonalność z postawami jednostek ludzkich prezentowanych na scenie. Na jakość naszej empatii czy rodzaj wzruszenia miały wpływ oczywiście również walory czysto teatralne, przede wszystkim umiejętność metaforyzacji przedstawianej rzeczywistości, inscenizacyjna forma, zastosowana konwencja i aktorska wiarygodność.

Jak niewiele trzeba, by stać się kimś innym, kimś podobnym do reszty

Niewątpliwie najciekawszym przedstawieniem tegorocznej edycji Bliskich Nieznajomych była przywieziona przez Teatr Wybrzeże z Gdańska "Sprawa operacyjnego rozpoznania" [na zdjęciu]. Dynamiczny, pełen energetycznych napięć spektakl w reżyserii Zbigniewa Brzozy, pomimo iż poruszał problematykę ruchu Wolność i Pokój z II połowy lat 80. , był przy całej swojej powadze szalenie autoironiczny, nie pozbawiony humoru, lekki i przede wszystkim błyskotliwy formalnie. Interesujące pomysły inscenizacyjne, w ciekawie zaaranżowanej przestrzeni Marcina Jarnuszkiewicza, doskonale realizowali aktorzy, szczególnie Dorota Androsz i rewelacyjny w każdym wcieleniu Robert Ninkiewicz; zarówno te, kiedy trzeba było pokazać odwagę i bezkompromisowość w głoszeniu swoich przekonań w walce o sprawiedliwość , jak i wtedy, gdy do tej walki używali takiego orędzia jak śmiech i nie bali się w swoich antysystemowych działaniach sięgać po elementy komiczno-satyryczne. W tym pozornie tylko dokumentalnym widowisku szczególnej jakości nabierała muzyka Marcina Zabrockiego, wykonywana na saksofonie przez Tomasza Gadeckiego.

Każdy powinien mieć w życiu taką rzecz, coś takiego, na co można popatrzeć w chwili rozpaczy i uspokoić się

W zupełnie inny nastrój wprowadziły publiczność "Iluzje" przywiezione przez Stary Teatr z Krakowa. Iwan Wyrypajew w przepiękny, ale i przewrotny, momentami dość przekorny sposób opowiedział nam o miłości, nie tylko tej stającej się obowiązkiem, ale i tej będącej rozdzierającą pasją, chwilowym zauroczeniem, erotyczną fascynacją , miłości zagadkowej i tej autentycznej, niespełnionej i tragicznej, szczęśliwej i nieszczęśliwej. Już dawno chyba ze sceny nikt tak wzruszająco i prawdziwie nie mówił o miłości, jak w swoim pierwszym monologu Juliusz Chrząstowski. Co wcale nie znaczy, że w przypadku krakowskiego spektaklu mamy do czynienia ze łzawym czy ckliwym melodramatem roztrząsającym kwestie ludzkiego niespełnienia; Wyrypajew potrafi nadać opowiadanym historiom również ton nieco głębszy, niemalże filozoficzny, co powoduje że "Iluzje" można odbierać jako rodzaj traktatu moralnego, który wdziera się nie tylko w nasze serca, ale i w nasz umysł. Traktatu wziętego oczywiście w szalenie inteligentny "nawias", poprzez bardzo prosty pomysł wprowadzenia na scenę młodziusieńkiej dziewczyny w roli "dyrygenta" - tak chce nazywać tę postać sam reżyser - która animuje jakby całym scenicznym światem i kontrapunktuje w ten sposób historie bohaterów dobiegających kresu życia. Monologów opowiadanych do mikrofonu w sposób jak najbardziej prosty, naturalny i prawdziwy.

Najważniejsze, żeby widzieć sens. Sens!

Nie mam z kim porozmawiać!

Jak żyć? Gdzie znaleźć sens naszego życia ? Jak go szukać, w jaki sposób? - te pytania najczęściej zadawali sobie bohaterowie prezentowanych spektakli, na różnych etapach swojego życia, poszukując spełnienia, bliskości, szczęścia, wolności, ucieczki od samotności, sposobów samorealizacji, miłości czy przyjaźni. Bohatera "Miasta" Jewgienija Griszkowca poznajemy jako człowieka wyraźnie zmęczonego życiem, pragnącego uciec przed stabilizacją, która mu doskwiera i nie spełnia jego zawodowych i osobistych oczekiwań. Przyjęta przez Artura Urbańskiego (reżyseria i scenografia) konwencja pokazania odprysków z życia zwyczajnego faceta w sposób realistyczny, również w sposobie zaaranżowania przestrzeni, nie do końca w spektaklu Teatru Ateneum w Warszawie się sprawdziła. Nie pomogła też aktorom, którzy - może z wyjątkiem Mariana Opanii - nie potrafili wyjść w dialogach poza melodramatyczny ton (Sylwia Zmitrowicz jako Tatiana), zatrzymując się zazwyczaj na powierzchni rozmów, brzmiących najczęściej dość trywialnie, niekiedy banalnie i pretensjonalnie. W ten sposób, poprzez brak jakiegokolwiek dystansu i próby zmetaforyzowania przedstawianej rzeczywistości, nie najwyższej zresztą jakości tekst Griszkowca stał się jeszcze mnie nośny, mniej zaskakujący i dotkliwy. A rozterki i los Basina, w interpretacji Przemysława Bluszcza, zatrzymały się na poziomie deklaratywnych stwierdzeń; i choć niekiedy "stawianych na głowie" to i tak budzących obojętność.

W podobny sposób zabrzmiał tekst rumuńskiego dramatu Gabriela Pintilei. "Blifat" z Teatru Odeon w Bukareszcie wydał się spektaklem dość mocno przegadanym i nadmiernie realistycznym. Historia z życia pięcioosobowej rodziny bezrobotnego, który nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości, jest interesująca o tyle, że wprowadza na scenę 13-letniego bohatera, zresztą bardzo dobrze granego przez Davida Petcu. Chłopiec jest egzemplifikacją narastającego w rodzinie konfliktu pokoleń i autorem zaskakującego finału, który w ciekawy sposób zmienia perspektywę i każe inaczej spojrzeć na artykułowane wcześniej zakłamanie, brak rodzinnych więzi i samotność bohaterów.

Chciałam wyglądać tajemniczo - tak, żeby nikt nie mógł mnie przejrzeć

W drugim spektaklu zagranicznym, przywiezionym przez Schaubuhne z Berlina, dużo bardziej interesującym, choćby ze względu na zastosowaną formę, Patrick Wegenroth postanowił zmierzyć się z legendą wydanej 30 lat temu książki "Christiane F. - My, dzieci z dworca Zoo". Spektakl w zaskakujący sposób uniwersalizuje historię narkomanki, nie stara się niczego wartościować, raczej przygląda się w skupieniu temu, co działo się w dawnym Berlinie Zachodnim. Dzięki piosenkom przyjmuje czasami nieco nostalgiczny charakter, choć nie brak w nim elementów nacechowanych drwiną i sugestywnym zdziwieniem. Nie jest to wstrząsający, czy jakoś szczególnie przejmujący obraz, dotykający problemów dorastającego człowieka, bo chłodna narracja na to nie pozwala. Ale też i o taką perspektywę chodziło realizatorom tego przedstawienia.

Rekiny finansjery latają sobie w chmurach a tu na dole miliony ludzi głodują!

"Kazimierz i Karolina", w reżyserii Jana Klaty, z Teatru Polskiego dowodzi, że czas nie zawsze musi być sprzymierzeńcem teatru. Tak też się stało z wrocławskim przedstawieniem, które powstało w październiku 2010 roku. Okazuje się, że klisze, cytaty, aluzje i skojarzenia, przede wszystkim natury ekonomiczno-politycznej, które działały dwa lata temu, dzisiaj już tej siły oddziaływania nie mają. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż oglądamy spektakl atrakcyjny wizualnie, efektowny w formie i bardzo dobrze zagrany. Spośród postaci, które rysowane są najczęściej grubą karykaturalną kreską i plakatowym gestem wyróżniają się najbardziej Marcin Czarnik i Anna Ilczuk; za to Bartosz Porczyk brawurowo wchodzi w rolę Babiarza, stając się mistrzem sztucznych póz i gestów, w czym wtórują mu na drugim planie nie mniej wyraziści Wiesław Cichy i Marian Czerski . Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że próba zdemaskowania czy też ośmieszenia naszej współczesności, z wykorzystaniem wątku polityki historycznej, jest już nieco zwietrzała. Tym razem nie tylko ideały bohaterów, ale i sam spektakl nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
1 czerwca 2012

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia