O Pięknie

"Jakiś i Pupcze (Smutna komedia)" - reż. Piotr Szczerski - Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

„Zawsze chciałem mieć żonę, ale nie sądziłem, że będzie brzydsza ode mnie.” Tewje Mleczarz (revisited)

1.

Kiedy będziecie oglądać „smutną komedię" Hanocha Levina o szpetocie i impotencji, nikt wam w niej nie zaśpiewa: „Brzydka ona, brzydki on – a taka piękna miłość". Bo u Levina dwoje brzydkich, nieszczęśliwych ludzi nie wytworzy wspólnie żadnego dobra i ciepła. Będą się w sobie przeglądać jak w lustrze i widzieć tylko własną nędzę. Miłość – niestety - nie rodzi się ani z odrazy ani ze współczucia. Świadomość, że drugi człowiek może być tak samo jak my pokrzywdzony przez naturę, nie ułatwia nikomu samoakceptacji i nie prowadzi do gestu solidarności. Skazani na siebie bohaterowie Levina pozostaną na zawsze szpetni, ich akty miłosne będą krótkie i odrażające, nigdy też nie otrzymają nagrody za swoje estetyczne męki. W sztuce Levina nie ma żadnej nadziei ani nawet łatwego pocieszenia.

Historia brzydkiego młodzieńca Jakisia Huszpisza, który poślubił brzydką dziewczynę Pupcze Chrupcze i ku rozpaczy całej rodziny nie mógł dopełnić małżeńskich obowiązków to cyniczna przypowieść Hanocha Levina o krachu boskiego projektu człowieka i świata. Skoro Jahwe stworzył człowieka czyli Jakisia na swój obraz i podobieństwo to żydowski Bóg Levina musi przypominać monstrum. Ale przecież Levin był ateistą. Jego Bóg nie odpowiada za nędzę tego świata, bo nie istnieje. Mamy tylko to, co jest wokół. Brudną, brzydką, okrutną rzeczywistość. Levin nie wierzył w godność egzystencji, nie wierzył, że cierpienie człowieka ma jakiś cel i sens. Dlatego w jego wizji obdarzony rozumem (a także wstrętem i wstydem) człowiek stwarza sobie nierzeczywiste kryterium piękna i potem dziwi się, że jakość życia nie spełnia jego wymogów i oczekiwań.

2.

W sztukach Hanocha Levina cierpienie, samotność i odraza podlegają transakcji wymiennej, są przedmiotem „kupieckich kontraktów". Nikt tu nie ma pieniędzy i każdy robi małe szwindle. Tragedia zostanie sprzedana jako farsa, szmonces licytować się będzie ze szlochem. W „Jakisiu i Pupcze" Levin jest w tej samej chwili żydowskim Brechtem i żydowskim Beckettem. Świntuszy jak Woody Allen i łga jak Icyk Manger. Akcja tej „smutnej komedii" dzieje się chyba przed wojną, w jakimś umownym wschodnioeuropejskim szteltu. Albo w aszkenazyjskim micie bezpiecznego świata na uboczu. Powie Jakiś: „Granice mojego świata to trójkąt: Flaczki-Paluszki-Palaczynki". Taplające się w błocie wioski i zakurzone prowincjonalne miasteczka. Może i nie znają zła, ale znają brzydotę i wiedzą co to beznadzieja. Flaczki, w których mieszka Jakiś i jego rodzina to „antyAnatewka". Kiedy w 1964 roku musical „Skrzypek na dachu" wchodził na ekrany kin na całym świecie, także w Hajfie i Telavivie, Levin ledwo zaczął studia na uniwersytecie. Dwadzieścia lat później siadł do pisania swojej sztuki, bo fikcyjny musicalowy żydowski azyl zmienił się już w swoją karykaturę. Dobroduszność tamtego świata trzeba było zamienić na zgrywę i sarkazm, obniżyć rangę bohaterów, skazić ich egzystencjalnym bólem i uwięzić w godnych pogardy ciałach. Zamiast obrotnej swatki, która pragnie wydać za mąż wszystkie córki Tewje Mleczarza, pojawia się u Levina niejaki Leibech, swat-obieżyświat, okulista z zawodu, który jednak żadnej pracy się nie boi. Trzyma po kieszeniach karteczki z imionami panien i kawalerów na wydaniu. Takie same jak te z życzeniami, które Żydzi wtykają w ocalały mur świątyni Salomona. Bo Leibech to komiczny, nieudany prowincjonalny Bóg i jednocześnie Arlekin z komedii dell'arte, szczwany lis, oszust, co nawet samo przeznaczenie wystrychnie na dudka. Tylko że nie za bardzo zna się na pieniądzach. Wyobrażajcie go sobie jako Woody Allena, pyskatego nowojorczyka wrzuconego w przaśny świat „Skrzypka na dachu".

3.

Pismo jest w tych sprawach kategoryczne i bezwzględne: psim obowiązkiem każdego prawowiernego Żyda jest ożenić się i mieć dzieci. Dlatego desperacja prokreacyjna Jakisia i Pupcze ma również podłoże religijne. Ale i popęd seksualny robi swoje. Brzydki on i brzydka ona jednak spróbują pożycia, choć kiedy na siebie patrzą, robi im się słabo z obrzydzenia. Naprawdę nie mogą już z tym czekać ani chwili dłużej. Jemu z rozporka wydobywają się kłęby dymu, ją trzeba polewać wiadrami wody, by ostudzić rozgrzane namiętnością ciało. W noc poślubną nie dochodzi jednak do współżycia. Jakiś nie staje na wysokości zadania. „Nie jestem i m p o t e n t e m! – tłumaczy się wściekle – Po prostu z brzydkimi mi nie staje!" Jakiś wie, że inne, te ładne istnieją, tylko że „nie są dla nas". Nie są dla niego. Świat należy do innych, tych lepszych, stworzonych przez pięknego Boga gojów, żydowi Jakisiowi zostaje tylko wstyd, że jest byle kim. Mężczyzną ostatniej kategorii. Co dobrego może spotkać takiego nieudacznika? Jakiej kobiety jest się w stanie dorobić? Jaką miłość sobie kupi? „Powiedz mi tylko, że mam rację, że nie wolno mi mierzyć wyżej niż Pupcze – docieka w błysku olśnienia Jakiś – I że przez całe życie będę miał tylko Pupcze?" Sęk w tym, że w diabelskim trójkącie Flaczki-Paluszki-Palaczynki nie ma żadnych innych kobiet, za które warto byłoby pożądać. Jakiś ma co najwyżej szansę na dziwkę z sąsiedniej miejscowości, starą i grubą Forsedes. Ale ona wygląda prawie tak samo źle jak Pupcze. Jest jak deska klozetowa miłości. Domina z przytułku. Bogini Trzeciego Wieku. Jeśli Jakiś ma wybór tylko między nimi dwoma – między brzydką Pupcze i straszliwą Forsedes to miłość fizyczna nie ma żadnego sensu. Akt seksualny musi być upokorzeniem, gorszym jeszcze niż publiczna defekacja. I co się dziwić, że penis Jakisia „nie wstaje, jak mówi do niego kobieta" i nie ulega namowom rodziny? Niczym bohater absurdalny odmawia udziału w tragicznym wyborze (albo Pupcze albo Forsedes), nie uczestniczy w estetycznej kapitulacji. Penis Jakisia jest jedynym wolnym obywatelem w sztuce Levina. Wolnym od obowiązku hańby.

4.

„Jakisia i Pupcze" można wystawić na trzy sposoby.

Pierwsza możliwa stylistyka to tak zwana „żydowska cepelia": aktorzy przebrani w lisie czapy, chałaty, tałesy, dźwigający księgi Tory i tańczący chasydzkie tańce. Jakby grali „Austerię" lub „Sztukmistrza z Lublina". Komedia Levina pełna jest dziwnych, chorych piosenek, jakby z założenia antymusicalowych, absurdalnych, śpiewanych nie w porę. Można pójść tropem przesterowanego czarnym humorem „Skrzypka na dachu" i ośmieszyć tamten mit, tamta złudę. No, ale wtedy nie będzie to „smutna komedia" o impotencji.

W drugim wariancie inscenizacyjnym bohaterowie Levina po prostu nie mogą być brzydcy i biedni. Wszystkie role powinni grać najpiękniejsi i najpopularniejsi polscy aktorzy: zdrowi, zadbani, zliftingowani i duchowo bogaci. Nasyceni życiem i teatrem. W roli mamy Chrupcze obsadziłbym Magdę Cielecką, mamę Huszpisz zagrałaby Maja Ostaszewska, Jakisia – powiedzmy Tomasz Nosiński lub Jaukb Gierszał. Macieja Stuhra widziałbym jako ojca Chrupczego, Andrzeja Chyrę jako starego Huszpisza... W Pupcze wcieliłaby się jakaś ociekająca seksem celebrytka. Skoro cały sceniczny świat wyglądałby jak z żurnala, czym w takim razie byłaby ta brzydota, którą w sobie i w innych widzą bohaterowie? Co byłoby źródłem bólu, hańby i impotencji Jakisia?

Trzeci klucz do sztuki Levina podpowiada Alvis Hermanis. Łotewski reżyser zrobił kiedyś takiego „Rewizora": wszyscy bohaterowie Gogola byli monstrualnie otyli, mieszkali w jakimś postsowieckim kołchozie, wykluczeni, pasywni, skazani na marazm. „Jakiś i Pupcze" też dzieje się w zamkniętej i zdeformowanej rzeczywistości. Wzorem Hermanisa trzeba byłoby poddać szary, smutny świat Levina jeszcze dalej idącej hiperbolizacji. Przerysować komediową rzeczywistość aż do szaleństwa. Pokryć ciała aktorów monstrualnymi zwałami sztucznego tłuszczu, upstrzyć twarze liszajami, przebrać ich w odrażające łachmany. Trzeba byłoby wtedy grać komedię jak grubą farsę, ukrywać jak długo się da tragediowy ton, po to tylko, by w finale przywołać go ze zdwojoną mocą. Nikt nie cierpi bardziej od błazna.

W wersji pierwszej księżniczka Szampinje-Szandilje, którą spotyka Jakiś, ucieleśnienie innego świata, piękna, rozerotyzowana i cała na pokuszenie byłaby jak Josephine Baker tańcząca przed chasydami w spódniczce z bananów i z nagimi piersiami. W wersji drugiej – pięknych i znudzonych bohaterów kontrowałaby postać bliska Iwonie Gombrowicza. W wersji trzeciej księżniczka byłaby pociągającą chudziną, jak tamten Chlestakow od Hermanisa: atrakcyjny choćby tylko dlatego, że inny, chudy, normalny...

5.

Płakaliście kiedyś tak rozdzierająco jak Jakiś Huszpisz w jednej ze scen? Nie dlatego, że odrzucono waszą miłość, nie dlatego, że was zdradzono. Chodzi mi o taki szloch, wycie, zanoszenie się płaczem i zawodzenie, które dobywa się z piersi wtedy, kiedy już wiadomo, że nie ma żadnej możliwości ratunku, kiedy w człowieku płacze zwierzę. Jakiś płacze z rozpaczy, że nie jest kimś innym. Że nigdy nie przekroczy linii między swoim nędznym ciałem a prawdziwym, spełnionym życiem. W udanej inscenizacji Levina płacz Jakisia musi być czymś ostatecznym, trudnym do oswojenia przez widza. I trwać jak najdłużej. To nie jest żaden komediowy, ośmieszający szloch. Jakiś płacze, bo Bóg odmówił mu udziału w Pięknie. Jakiś jest brzydki i świat brzydko się z nami bawi: „Człowieka stworzono tylko po to, by inny mógł zaświadczyć o jego hańbie!"

U Levina nawet śmierć nie przyniesie ulgi. Ojciec Pupcze umiera, jego trup leży na wilgotnej łące i gada do widzów: „Myślicie, że nareszcie uwolniliście się ze szpetoty? Nie macie pojęcia, jakie okropieństwo czeka was po śmierci! Ach! Nędza, brzydota i ciemność. Wszystko tak jak w życiu, tylko jeszcze gorzej." Nie takie zaświaty obiecywał anioł Szmulik w „Księdze Raju". Nie śmiejcie się więc z płaczu Jakisia, z jego porażki w alkowie, z jego tęsknoty za kobietą-księżniczką. Levin nie napisał farsy, ani nawet „smutnej komedii". Levin przywołał śmiechem najsmutniejszy obraz świata, w którym nie ma miejsca na Piękno. Piękno nie istnieje, nigdy go nie było, Bóg zapomniał je stworzyć. A skoro nie ma Piękna – nie ma i Boga. Ludzie zostali sami w otchłani szpetoty. I nie ma na to żadnej rady. Bo wiedza o tym, że człowiek jest właśnie taki, jakim opisał go Levin, nie daje ulgi. W finale Jakiś krzyczy do widzów, jak Horodniczy z „Rewizora": „Wszyscy jesteście szkaradni i wszystko jest obrzydliwe."

Łukasz Drewniak

(-)
Materiał Teatru
17 stycznia 2014

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia