O psie bez psa

"Febe, wróć", Teatr Powszechny w Warszawie

Kilka lat temu mój pies gdzieś zniknął. Zwyczajnie - był pod sklepem, a za chwilę już go nie było. Wszyscy domownicy bardzo nad tym ubolewali, włącznie ze mną, najmłodszą i najbardziej zapłakaną w tym czasie. Rozwieszałam ogłoszenia, szukałam go na osiedlu... Podobna sytuacja przydarza się bohaterom sztuki "Febe, wróć" wg Michaela Gowa, której realizację od grudnia ubiegłego roku prezentuje Teatr Powszechny.

Ta sama, przykra skądinąd, historia urasta jednak w spektaklu do tragedii nienaturalnego rozmiaru. Może dlatego, że pies, który ginie małżeństwu nie jest ich własny, a tylko tymczasowo powierzony? A może tak naprawdę wcale nie chodzi o psa.

Wszędzie potworna, osaczająca czerń, a w niej niewielki punkt światła na podłodze. Z tyłu niski metalowy stolik, dwie pufy przy nim, trzyczęściowa rozsuwana szafa wnękowa z lustrami w głębi – ot, pokój. Wszystko nieistotne, ważne jest tylko to małe kółeczko rozświetlające ciemne deski sceny. Czegoś lub kogoś tu wyraźnie brak. Jest za to dziwny niepokój, świadomość, że ten jasny punkt wlepiony w ziemię – pierwszy obraz, jaki dostaje widz – to z pewnością najistotniejszy element w toku rozumienia spektaklu. Przyjrzyj się więc dokładnie, zaraz zgaśnie. Już.

Wednesday. Ona czeka, on wraca z pracy. On: „Jak dzień? Dobry?” U niego wszystko świetnie, jej dzień był koszmarny – problemy z nowym projektem, klientka zmienia zdanie, Helen chwilowo traci wiarę we własne zdolności, ale usilnie się uśmiecha. W końcu Frazerowi wszystko dziś się powiodło. Seks? Ona nie ma ochoty, ale stara się tego nie okazywać i zgadza się. W końcu Frazerowi…

Thursday. Lustrzane odbicie – on czeka, ona wraca z pracy, „Jak dzień? Dobry?”, u niego kiepsko, ale ona wreszcie wróciła na szczyt swoich możliwości, więc trzeba się uśmiechnąć, w końcu żonie się udało. „Mam ochotę zdjąć ci krawat…”. Tylko tym razem on nie chce i mówi o tym głośno.

Dzień do dnia podobny. W związki małżeńskie wkrada się rutyna, która zabija świeżość uczucia. Relacje Frazera i Helen wydają się być całkowicie normalne, para nie kłóci się, obie strony są dla siebie miłe, liczy się tylko ta druga połówka – jej dobro jest najważniejsze. To tylko gra pozorów. Bohaterowie robią dobrą minę do złej gry. Uśmiechają się i cieszą  ze szczęścia partnera, ale w głębi mają do siebie żal pod tytułem „Halo, jestem tu! Fajnie, że ci się wiedzie, ale nie widzisz, że u mnie jest źle, nie możesz raz pomyśleć o mnie?” Gdzieś, coś kiedyś przestało grać, ale nie zostało wyjaśnione od razu – po co krzywdzić drugą stronę? Niech lepiej zostanie jak jest, tak wygodniej, tak – bezproblemowo. Helen i Frazer rozminęli się i nie przeczuwają jeszcze, że jeden telefon odmieni ich życie…

Friday. Małżeństwo kocha się w salonie, ale akt miłosny przerywa telefon od sąsiadów, którzy wyjeżdżają na weekend i nie mają co zrobić z psem o imieniu Febe. Główni bohaterowie przygarniają pieska. Saturday, Sunday, Monday. Z każdym dniem przywiązują się do zwierzaka (który de facto fizycznie nie pojawia się w przedstawieniu) chodzą z nim  na spacery, mąż i żona osobno. Razem z wtorkiem nadchodzi katastrofa – Febe znika.

Nie bez powodu używam słowa „katastrofa”. Od tego momentu – i tak wcześniej już fatalnie oglądające się przedstawienie – przeradza się w wynaturzony twór, który mało ma wspólnego z rzeczywistym życiem, a jako sztuka razi przerysowaniem. Łukasz Simlat – Frazer – który  na początku spektaklu przypomina plastikowego Kena (gdyby lalka ożyła, mówiłaby jak on), w dalszej części równie sztucznie odgrywa zdenerwowanie wywołane utratą Febe. Inscenizację sztuki w takim kształcie, w jakim zaprezentował ją Adam Guziński, mógłby zrobić każdy. Banał, nienaturalność, przejaskrawiona gra aktorska, nie wspominając już o – nie można tu użyć innego słowa – wprost żałosnej scenie stosunku między małżonkami.  Na scenie rozgrywa się niezrozumiała psychoza dwójki ludzi. Katastrofa.

Wartość spektaklu tkwi tak naprawdę w czym innym. Fabuła stanowi jedynie przykrywkę  do opowiedzenia czegoś istotniejszego. Tym czymś jest to, co pozornie znajduje się  na którymś z kolei planie – takie tam historyjki, które opowiada Helen po zetknięciu z ludźmi, dotychczas jej nie znanymi. Żadne historyjki, tylko tragedie ludzkie, które dzieją się tu i teraz, w małym M3 na drugim piętrze, za ścianą obok, w sąsiednim mieście, wszędzie, każdego dnia. Samotny mężczyzna rozpaczliwie szukający towarzystwa płci pięknej, żona przy łóżku męża w hospicjum, kobieta zamykająca się na 10 zamków i żyjąca w sterylnym domu, gdzie meble pokryte są folią. A w tym wszystkim również osobista tragedia Helen i Frazera – zaczynając od tego, że Helen chce działać razem z mężem przy poszukiwaniach Febe, on zaś oddzielnie, a na zdradzie Frazera kończąc.

Zebrane w ciągu zaledwie kilku dni doświadczenia doprowadzają Helen do opłakanego stanu. Dopiero wówczas jej mąż zbiera się w sobie; widać potrzebował do tego ucieczki psa, zdradzenia żony i nocy w pustym mieszkaniu – sam na sam z natrętnymi wyrzutami sumienia. Od tej pory również diametralnie zmienia się sposób gry Simlata, dlatego rodzi się wątpliwość – czy wcześniejsze zagrywanie się aktora było zamierzone, by ukazać na koniec zupełną przemianę wewnętrzną czy poprawa jego gry wyniknęła z czasem samoistnie,  z procesu myślowego, wymuszonego pogarszającą się sytuacją bohatera. 

Światło punktowe. A jednak! Jeszcze tylko wzruszające męskie łzy, jego błagania, jej nieruchomość i wreszcie – splecione ręce. Popełniliśmy błędy, teraz działamy razem…

Widz po takim zakończeniu nie wie, co myśleć. Ostatnie, naprawdę dobre pięć minut spektaklu zaciera zupełnie wrażenie beznadziejności poprzednich dziewięćdziesięciu pięciu. Pamięta się, jak jeszcze na pół godziny przed końcem myślało się o zdrętwiałych  od niewygodnych siedzeń plecach, o jak najszybszym opuszczeniu sali, w której przyszło nam spędzić 100 minut życia bez możliwości wyjścia lub, jak niektórzy – o rezygnacji  z zabawy w recenzowanie. I po wszystkim przychodzi kac moralny. Okazuje się, że pozornie mało ważne opowiastki o nieszczęściu zwyczajnego człowieka docierają bardzo głęboko.  
Na tyle, że można wybaczyć realizatorom „Febe…” nienajlepszy poziom artystyczny. Powiedzieć „tym razem po prostu nie wyszło”, machnąć ręką i w pamięci ocalić punktowe światełko, przynoszące niepokój, pokazujące samotność i – wreszcie - dające nadzieję.

Anna Popis
Dziennik Teatralny Warszawa
10 lutego 2009

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia