O roli Niżyńskiego i fascynacji Heleną Modrzejewską

Wywiad z Kamilem Maćkowiakiem

Podczas rozmowy z Kamilem Maćkowiakiem, odtwórcą Niżyńskiego wciąż trudno było nam uwierzyć, że rozmawiamy z aktorem, a nie z Niżyńskim, którego zobaczyłyśmy na scenie. Ku naszemu zaskoczeniu Maćkowiak okazał się mężczyzną z dużym poczuciem humoru. Z Kamilem Maćkowiakiem, tuż po spektaklu rozmawiały Monika Stando i Karolina Śluz.

- Pierwsze pytanie, które się nasuwa tuż po obejrzeniu dzisiejszego monodramu. Czy utożsamiasz się z postacią Niżyńskiego?

- Pracując staram się nie tworzyć roli na identyfikacjach. Uważam, że to może mieć bardzo krótki żywot i być niebezpieczne dla aktora. W filmie można sobie na to pozwolić, gdzie kamerą chwyta się konkretny moment życia. Natomiast w Teatrze, jeżeli spektakl gram już czwarty rok, gdybym bazował na identyfikacji to wydaje mi się, że bardzo szybko bym się spalił. Oczywiście, jest między nami kilka podobieństw. Chociażby to, że mam teraz 29 lat tak jak Niżyński, jestem wykształconym tancerzem. Jeszcze parę zbieżności by się znalazło, ale nie to spowodowało, że ten spektakl zrobiłem.

- Ja też byłam kiedyś tancerką, jednak kontuzja spowodowała, że musiałam porzucić moją pasję. Wiem jaki to jest ból dla tancerza. Dlaczego więc Ty porzuciłeś balet i stałeś się aktorem? Czy wcielenie się w postać Niżyńskiego jest powrotem do przeszłości, bo przecież ten monodram to Twój pomysł?

- Też mam za sobą kontuzję. Jestem po sześciu operacjach kolan. Lecz to nie był główny powód mojego odejścia, ponieważ – na szczęście – w moim życiu bardzo szybko pojawiła się druga pasja.

- Na początku liceum zaczął fascynować mnie Teatr. Pasja przeszła w pasję. Aktorstwo wydawało mi się bardziej intrygujące niż balet. Byłem zmęczony baletem. Byłem wyczerpany bardzo ciężką pracą i krótką perspektywą rozwoju artystycznego. Myślałem o tym co będę robił jako trzydziestolatek. Za parę lat byłbym na rencie. I co ja miałbym robić? 

- Wtedy wydawało mi się to zbytnio monotonne, jednostajne. Codzienna dyscyplina ciała wymaga dyscypliny w życiu prywatnym, której nie umiałbym osiągnąć. W szkole baletowej jeszcze jakoś potrafiłem. Potem otworzyły się przede mną różne furtki, które wydawały mi się bardzo kreatywne niż tylko ruch.

- Gdy gram Niżyńskiego to się nawet nie rozciągam, co nie raz odczuwam podczas spektaklu. Jestem za leniwy, żeby poświęcić życie baletowi.

- Teraz mamy taki moment, że taniec jest tak obecny w mediach, że wypacza się ciężka praca tancerza. Wydaje się, że w tydzień można nauczyć się jive’a , włożyć fajny kostium i jest super. A taniec to są lata oddanego życia i potem płacenia rachunków, które czasami są bolesne.

- Czy to prawda, że u źródeł twojej pasji do Teatru leży fascynacja kobietą?

- Tak, jest to fascynacja Heleną Modrzejewską. Od tego się zaczęło. Wróciłem ze Stanów Zjednoczonych z dwumiesięcznych warsztatów letnich tańca nowoczesnego. Byłem w drugiej klasie liceum. Poszedłem do biblioteki i poprosiłem bibliotekarkę, żeby mi dała bibliografię albo autobiografię jakiegoś aktora. I ona mi dała Modrzejewską. Ta fascynacja to był zupełny przypadek. Pozostała mi do dziś. Koledzy na ścianie wieszają sobie plakat z Beyonce na ścianach, a ja mam drzeworyt Modrzejewskiej. To jest taki zawodowy punkt odniesienia. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach, gdzie jeszcze mimo wszystko młodemu aktorowi trudno jest oprzeć się temu chłamowi, który zewsząd nas atakuje.

- Mówi się o Tobie, że nie jesteś aktorem, który ma „parcie na szkło”. Czy to jest rodzaj buntu wobec panoszącej się komercji?

- Też. Ale i rodzaj dumy. Nie dzwonię i nie mówię: „Proszę Pana nazywam się Kamil Maćkowiak. Czy mogę zagrać u Pana w filmie?”. Nie jestem osobą, która o coś prosi. To mnie mają prosić. Po tym względem mam specyficzne usposobienie. Ono pewnie ma podłoże lękowe.

- Przed wejściem na scenę słucham bardzo głośno muzyki. Do ostatniego momentu słucham popu. Cały mój wysiłek przed „Niżyńskim” polega nie na tym, żeby się skoncentrować, tylko żeby nie myśleć o stresie. Nie myślę o tym, że za chwilę wychodzę na scenę i, że te dwie godziny są takie ciężkie. Jeżeli o tym nie myślę tylko w biegu wpadam na scenę to jest ok.

- Natomiast mnie najbardziej zżera stres. I za każdym razem obawiam się czy widzowie pójdą dzisiaj za mną. Mam świadomość, że przez te dwie godziny mam wprowadzić widza w tak ciemny świat. Nie jest to świat atrakcyjny w takim sensie, że nie jest zabawny, śmieszny. Nie każdy lubi oglądać taką biologię. To jest dość odważna propozycja. Ale dzisiaj elbląska publiczność mnie zaskoczyła. Spektakl został przyjęty bardzo ciepło, mówię o owacji na stojąco.

- W monodramie odgrywasz także sceny taneczne, robisz kilka figur, szpagat, a widz chce więcej i więcej... Jednak monodram ten nie skupia się na tańcu, a wręcz jest on ograniczony do minimum. Czy z łatwością przychodzi ci ta powściągliwość wobec pasji, która była kiedyś całym twoim życiem?

- Tak naprawdę chciałem zostawić niedosyt. Nie chciałem epatować tańca, żeby nie przegiąć. „Że, oto koleś po balecie i zrobi teraz fajny występ”. Taniec pojawia się dopiero w połowie spektaklu. Przez spektakl rozgrzewam ciało. Po różnych drobiazgach widać, że ta postać to tancerz. Nie chciałem zrobić tego w taki sposób, że będę „odtańcowywał” jakieś sekwencje.

- Uwielbiam balet. Oglądać. Mój ulubiony wieczór w domu to jest nowy balet na dvd, butelka wina i niekoniecznie sam.

- Jeżeli chce się być naprawdę wielkim tancerzem - a tylko to się opłaca - to trzeba zrezygnować ze wszystkiego.

- Czy miałeś kontakt z osobami chorymi psychicznie?

- Tak. Przygotowując się do spektaklu – jako rzekomy stażysta - chodziłem do szpitala i oglądałem chorych. Widziałem naprawdę ciężkie przypadki. Aczkolwiek niewiele mi to dało. Ludzie byli tak otumanieni lekami, że to nie było to.

- Finalnie, ta choroba na scenie to jest już bardziej moja intuicja, wyobrażenie choroby. Więcej, żyjemy w XXI wieku. Możemy zobaczyć filmy dokumentalne w telewizji, czasem można zobaczyć chorą osobę na ulicy. To nie było tak zupełnie odległe. Natomiast jeżeli chodzi o kontakt z osobami chorymi, nie chciałbym ponownie tego oglądać. Chyba, że sam bym wylądował w szpitalu dla psychicznie chorych. Ale to już jest inna perspektywa.

- Dziękujemy bardzo za rozmowę.

- Dziękuję.
(mb)

Karolina Śluz, Monika Stando
Elbląski Dziennik Internetowy
28 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia