O samotności odchodzenia i nadziei

"Ojciec" - reż. Iwona Kempa - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

Żyjemy dziś w epoce dehumanizacji życia, uprzedmiotowienia człowieka, niejednokrotnie traktowanego w sztuce, teatrze, kinie, literaturze w sposób stricte instrumentalny. To epoka kultu ciała, biologicznej witalności i młodości, którą należy za wszelką cenę utrzymać.

Nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi podpowiadanemu przez numer PESEL. Albowiem we współcześnie obowiązujących standardach epoki konsumpcyjnej nastawionej na zysk ekonomiczny nie mieszczą się ludzie starzy, a do tego chorzy. Także na scenie teatralnej dość rzadko można spotkać sztukę poświęconą problemom związanym ze starością. To temat niezbyt bezpieczny, ponieważ wymaga od nas przede wszystkim zmiany mentalności w szeroko propagowanej dziś postawie ukierunkowanej wyłącznie na przyjemność.

Najnowsza premiera w warszawskim Teatrze Ateneum "Ojciec" właśnie taki temat podejmuje. Współczesny francuski dramatopisarz Florian Zeller w swojej sztuce pokazuje starego człowieka nie tylko w jego jednostkowym losie starości i choroby, ale w szerszym kontekście. Oto tytułowy bohater sztuki, André (Marian Opania), ma coraz większe problemy z pamięcią. Wiele wskazuje na chorobę Alzheimera. Na szczęście André ma córkę, Annę (Magdalena Schejbal), która z wielką troską i oddaniem opiekuje się ojcem. Jednak pogłębiająca się w szybkim tempie choroba ojca stawia Annę w sytuacji podjęcia moralnie i emocjonalnie trudnej decyzji, zwłaszcza że próbuje ona ułożyć sobie własne życie. W końcu, ulegając namowom swego narzeczonego (Przemysław Bluszcz), godzi się na oddanie ojca do domu starców.

Kiedy André bez uprzedniego poinformowania nagle zostaje oddany przez córkę do domu opieki, wali mu się świat. Nie może pojąć, dlaczego brak w pomieszczeniu znajomych mebli, dlaczego pojawiają się osoby, których nie zna. Kim są? I gdzie właściwie się znajduje? André traci tożsamość, a wraz z nią odwagę i poczucie własnej wartości. Finałowa scena - kiedy pyta pielęgniarkę, "Kto ja jestem?", a potem przywołuje w pamięci matkę i porównując siebie do drzewa, skarży się jej, mówiąc: "Czuję się, jakbym gubił swoje liście" - wybrzmiewa głęboko. Przejmująco ukazuje dramat bezsilności starego człowieka wobec odchodzenia, na które nie jest jeszcze przygotowany. Wszystko mu się miesza. Ten ból niepogodzenia się z rzeczywistym stanem sytuacji jednak po chwili ustępuje. I choć po policzku płynie łza, jego twarz rozpogadza się. Patrząc w górę, wypowiada ostatnie słowa: "Jakie piękne słońce". O ile w kilku wcześniejszych scenach Marian Opania nie za bardzo potrafił przekonać mnie do dramatu granej przez siebie postaci (przeszkadzała mi ta, jak gdyby podskórnie obecna u aktora, skłonność do dowcipkowania, wyrażona czy to mimiką, czy gestem, czy sposobem poruszania się), o tyle w finale zrekompensował wcześniejsze niedostatki. Ostatnia scena to mistrzostwo aktorstwa. Artysta, stojąc nieruchomo, tembrem głosu, pauzą, a przede wszystkim wyrazem twarzy pokazał, co dzieje się w jego wnętrzu, jak wielka jest skala jego przeżyć duchowych i emocjonalnych, jak próbuje bronić się przed ogarniającym go lękiem spowodowanym niezrozumiałą dlań sytuacją. Pokazał wielki dramat odchodzenia w samotności, by po chwili ów lęk przełamać nowym doświadczeniem, z pogranicza metafizyki: światłem nadziei wyrażonym w ostatnich słowach spektaklu.

To interesujący, dobrze zagrany przez cały zespół spektakl. Choć reżyserski pomysł z ową przesadną mozaiką zmieniających się postaci chwilami denerwuje i nie zawsze znajduje motywację w danej scenie, niemniej sztuka skłania widza do wielu istotnych refleksji nad własnym życiem i życiem bliskich. Tym bardziej że we współczesnym świecie w szybkim tempie następuje laicyzacja społeczeństw, co prowadzi do wypierania z przestrzeni publicznej Pana Boga i do zastępowania Dekalogu lewicowymi, zgubnymi dla człowieka prądami pseudofilozoficznymi przychodzącymi z innego porządku rzeczy aniżeli wartości chrześcijańskie. W tej sytuacji następuje degradacja tradycyjnej rodziny jako wartości, do czego nierzadko przyczynia się teatr, prezentując normalną rodzinę w kategoriach niemal wyłącznie negatywnych, jako przeżytek, natomiast propagując związki homoseksualne.

Ale na szczęście w Polsce są jeszcze tradycyjne, wielopokoleniowe rodziny, gdzie zachowuje się silne więzi między członkami rodzin, gdzie dzieci wychowywane są tak, by owe więzi przekazywać następnym pokoleniom. Ale takich rodzin jest coraz mniej. Niestety.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
8 maja 2017

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia