O spektaklu...

"Jerry Springer. The Opera" - reż. Jan Klata - Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

Z musicalu "Jerry Springer - the Opera" dowiemy się, jak naprawdę nastąpiło poczęcie Jezusa (anioł Gabriel miał w tym swój udział, choć zgoła odmienny od biblijnego). Maria będzie miała do syna pretensje, że ją zostawił, Adam i Ewa (niezwykle kłótliwe małżeństwo), że ich wygnano za spróbowanie jakiegoś owocu. Pojawi się też na scenie Bóg, który wyśpiewa skargę na swój trudny los. Chrystus użyje wulgarnych słów, o mało nie pobije się z pełnym żalu za odsunięcie od żłobu (żłoba) Szatanem. I tak dalej. Obrazoburcze? Bluźniercze? Odrażające? I co z tego?

Reżyser Jan Klata twierdzi, iż taki spektakl nie powstałby w innym polskim mieście (w innej Polsce, chciałoby się dopowiedzieć). Ma rację. W stolicy tysiąc razy by skalkulowano ryzyko, rozpisano wykresy, zatrudniono firmę badawczą, wysłano zapytania albo od razu wystraszono się nagonki tabloidów. We Wrocławiu istnieje jednak Teatr Muzyczny Capitol, którego dzisiejszy szef Konrad Imiela wystawił kiedyś (wraz z Samborem Dudzińskim i Cezarym Studniakiem) "Wiatry z mózgu", rewolucyjną (i rewelacyjną) kpiarską galę Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Przedstawienie otworzyło głowy przeglądowych bywalców na coś innego niż natchniona panna w czarnej sukience śpiewająca songi Brela. To w "Wiatrach..." Agnieszka Dygant w piżamie śpiewała o "robieniu loda mu". Teraz mamy na festiwalu zarówno Brela, jak i robienie loda, strzelanie z dwururki. I co z tego?

Oto pytanie, które zadawałem sobie dopiero w trakcie drugiej części "Jerry'ego Springera...", bo pierwsza mijała mi na czystej przyjemności chłonięcia pomysłów, słuchania niesamowicie wysokopoziomowych lotów wokalnych (kierownictwo muzyczne Magdaleny Śniadeckiej-Skrzypek). Ogólny i zasłużony aplauz wzbudziła Emose Uhunmwangho jako temperamentna żona, spragniona tańca na rurze zamiast kolejnego dnia z mężem-zoofilem (dotrzymujący wokalnego kroku - sic! - Cezary Studniak). Podobnie świetni byli w operetkowym śpiewie i aktorstwie: Tomasz Jedz (Montel), Tomasz Sztonyk (Dwight), nie wspominając o operowej primadonnie Barbarze Kubiak (Walkiria). Ta pierwsza godzina spektaklu działa uwalniająco, zadziwia zróżnicowaną stylistycznie muzyką (powszechnie chwalony zespół pod dowództwem Rafała Karasiewicza), błyskotliwym scenariuszem i sprytną scenografią (Mirek Kaczmarek). Do łez rozśmieszają multimedialne reklamy (Karol Rakowski). Mnóstwo tutaj wdzięku i w sumie dobrotliwego naśmiewania się z medialnych gier, ludzkich potrzeb. Nie ma słabego punktu. Podobają się soliści, doskonale swą rolę odgrywa chór, czyli publiczność w studiu (sceniczny ruch wymyślił i wprowadził w życie Maćko Prusak). Na widowni też nabieramy ochoty do uczestniczenia w zabawie. Prostej i niewybrednej (taki jest Jerry Springer Show), ale zaprezentowanej na najwyższym artystycznym C. Trudne partie wokalne, znakomicie wykonane, działają euforycznie. Konrad Imiela (Jonathan), Janusz Radek (Tremont), Magdalena Wojnarowska (Andrea) dają powody do radości. Bogna Woźniak-Joostberens (Peaches i Baby Jane) pokazuje nawet baletową biegłość.

Druga część rozgrywa się w piekle, gdzie Jerry trafia po śmierci, by poprowadzić tokszoł z udziałem postaci testamentowych. Też się to kończy rozróbą, bo przecież człowieka stworzono na obraz i podobieństwo. Temperatura bluźniercza wzrasta (w obliczu kontekstu), a w widzu zaczyna się rodzić pytanie o tzw. sens głębszy, może kulturową diagnozę początków XXI wieku. Ta diagnoza tkwi oczywiście w libretcie (bardzo dobry, rytmiczny i naturalny przekład Michała Juzonia), lecz nie powala ani satyrycznym ostrzem, ani społeczną krytyką. Że świętości już nie ma, wiemy od dawna; że etyka pewnego rodzaju mediów nie dotyczy - to jasne. Że religia nie wystarcza, nie jest powietrzem - frazes. Ale też punkt wyjścia do nowej epoki, której mieszkańcy łakną czytelnych reguł. "Muszą być jakieś zasady" - mówi na starcie warm-up man Jonathan, przygotowując widownię do antenowych reakcji. "Co ty powiesz" - odśpiewują goście, ponaglając: "Kurwa, gdzie jest Jerry?". Jerry'ego gra Wiesław Cichy, jeden z najciekawszych polskich aktorów tego wieku, artysta świadomy, dojrzały, chętny do nauki i nowych wyzwań. Jego taniec śmierci budzi autentyczny entuzjazm. 

Będzie zatem w finale próba morału, może serio, najpewniej na niby. Transparentnego jak telewizyjny makijaż, odwieczna walka anioła z demonem, achów z buczeniem. Więc chyba jedyną sensowną odpowiedzią na obecność Brela obok Springera w programie PPA, no i na wszystko, co słychać i widać w najnowszej, bardzo efektownej, ultra komediowej, mega warsztatowej sztuce Jana Klaty są OKLASKI!

[Choć raczej pod warunkiem, że się nie jest: wyznawcą Prezesa, słuchaczem Ojca, posiadaczką Beretu. Pod warunkiem, że się ma: dystans do świata i siebie, a ostatni raz u spowiedzi świętej było się... nie pamiętam, kiedy.]

Grzegorz Chojnowski
www.chojnowski.blogspot.com
28 marca 2012

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...