O upadkach

"Dzieje upadków" - reż. Małgorzata Warsicka - Małopolski Ogród Sztuki

Osiem bardzo spokojnych postaci. Kobiety i mężczyźni - cztery i czterech - w niszy o krągłym sklepieniu, po prawej, patrząc od strony mikrej widowni Nowej Sceny Narodowego Starego Teatru.

Wtorek

Osiem pięknych twarzy, doskonale nieruchomych, bez dygotu policzków, fruwania warg, trzepotania powiek, wirowania ocznych gał wytrzeszczonych, tańców grdyk, marszczeń na czołach, operetkowych min mniej lub bardziej głupawych i trzepotów brwi. Zawsze intrygujących w dzisiejszym teatrze, jakby samodzielnie poruszających się uszu - też brak. Jest tylko osiem par uszu statecznych. Żadna z ośmiu bardzo spokojnych postaci najwyraźniej nie znalazła powodu, by nimi falować, jak nie znalazła powodu, aby ogoloną głową swą kolebać i kręcić. Identycznie z ciałami, z których każde jest koloru kawy z mlekiem i nagie dokumentnie, lecz ta ośmiokrotna nagość zdaje się być zamknięta, doskonale taktowna, nie daje szans na dzierganie na jej kanwie wiadomych rojeń. Ani jedna ręka nie kreśli w powietrzu dech w piersiach zapierających esów-floresów, żadna z nóg nie dynda intrygująco, nie nadymają się brzuchy, dając coś do zrozumienia. Więc - ulga. Osiem takich figur, pięknie znieruchomiałych w niszy o krągłym sklepieniu. Niczym rzeźba odarta ze wszystkiego, co zbędne, z tych znaków przeróżnych, które by odsyłały do jakiegoś lokalnego kolorytu, do kolorytu jakiegoś konkretnego czasu - na przykład do Anglii renesansowej lub dzisiejszej Polski, do Londynu wtedy bądź Warszawy teraz. Tak - ulga. Niecodzienna ulga patrzenia przez godzinę i pół na osiem bardzo spokojnych postaci, na sceniczną czystość, na osiem par oczu skupionych na odległych, niedostępnych nam punktach gdzieś za nami.

Czwartek

Na dużej scenie Małopolskiego Ogrodu Sztuki - podobna rezygnacja z banału lokalnych kolorytów, z nadmiaru ozdobników, z papuziej malowniczości nachalnego uwspółcześnienia. "Dzieje upadków" - seans przez Małgorzatę Warsicką wyreżyserowany na kanwie "Kuzynki Bietki" Honoriusza Balzaka. Skrajna nie tak, jak w niszy o krągłym sklepieniu, lecz jednak - czystość. Cóż odpadło z tej mocno w miejscu konkretnym (Paryż) i konkretnym czasie (epoka Ludwika Filipa, monarchy aż tak niemonarchicznego, że mu za godło dawano, miast miecza, parasol) osadzonej powieści Balzaka, który - jak rzekł Jan Kott - był dumny, iż pod czołem każdej ze swych postaci ujrzał złotą pięciofrankówkę? Co się ostało z tej w detalach przez Balzaka sportretowanej mieszczańsko-arystokratycznej gry salonowej, gry w zdobywanie zakazanych ciał i pieniędzy nie całkiem czystych, w pieprzny mrok tajnych pokoi i rachowanie monet?

Piątek

Daleko z tyłu, wysoko nad sceną, obraca się wolno wokół swej osi ustawione w pionie wnętrze gigantycznego mechanizmu - olbrzymi stalowy talerz symfonionu, który był w wieku XIX rodzajem pozytywki. Obraca się bez litości blaszany talerz, trącając wypustkami zęby nieruchomego grzebienia. Bez litości powtarza. U Warsickiej ostało się właśnie to - powracający mechanizm gry, jej nieusuwalne zasady, jej moc hipnotyczna.

Czytam w programie obsadę: Dominika Bednarczyk, Dorota Godzić, Barbara Majewska, Lena Schimscheiner, Katarzyna Zawiślak-Dolny, Karol Kubasiewicz, Marcin Kuźmiński, Sławomir Maciejewski, Antoni Paradowski, Rafał Szumera. To wszystko. Są nazwiska aktorów, nie ma nazwisk postaci, tych fantastycznie konkretnych figur Balzaka. Nie jest ważne, kto gra kogo? Nie. Są figury. Napuszony marszałek Hulot, pretensjonalna pani Hulot oraz mętnie uczciwy Wiktor Hulot. Jest bezlitosny Crevel i lodowata kurtyzana Marneffe. Jest lisio konsekwentna Bietka i kiepski artysta Wacław. Jest cyniczny brazylijski baron Montez i męcząco trywialna córka Crevela. Wszyscy oni są, tyle że raczej jako... znaki, to znaczy słowa, głoszone przez postacie. Jako dźwiękowe detale w półtoragodzinnym mechanizmie, zbudowanym i rozkręconym przez Warsicką. Owszem, da się w ostateczności orzec, że, na przykład, Zawiślak-Dolny to kurtyzana Marneffe - lecz utożsamienie to nie ma wagi wielkiej. Istotne, że gra ona - finezyjną lodowatość. Dokładnie to. Identycznie z resztą aktorów.

Niedziela

Tak, w "Dziejach upadków" jest na scenie człekokształtna finezyjna lodowatość i porównywalnie kształtne: fatalna pyszałkowatość, wierność pretensjonalna, dwuznaczna uczciwość, cynizm, lisia konsekwencja i pustka męcząca. Jest głównie to i to kolebie się między pościelą alkowy a monetami, od zawsze hipnotycznymi ponad wytrzymałość ludzkiej przyzwoitości. Warsicka nie ucieleśnia zdań Balzaka, nie kalkuje jego starej opowieści, nie rekonstruuje tego ze słów zrobionego portretu Paryża zamierzchłej epoki. Ona - raz jeszcze powiem - powtarza na scenie sam mechanizm, nieusuwalne zasady nigdy nie kończącej się gry. Dbając o czystość gestów, intonacji, spojrzeń - celebruje samą strukturę rytuału.

Środa

"Dzieje upadków" - niezły tytuł. Upadków? Lecz gdzie właściwie? Kiedy? A zwłaszcza - czyich upadków? Otóż - czyichś. Na przykład - teraz. I na przykład tutaj - na scenie, przez godzinę i pół, w przestrzeni zamkniętej stalowymi linkami, z ogromnym biesiadnym stołem na dnie. Chłodny to obraz. Czysty. Grze, ożywionej tutaj na chwilę, zbędne są meble tamtego Paryża, tamte kotary, plusze, fotele i komnaty, cały tamten gęsty koloryt lokalny. Lecz gra ta nie potrzebuje też naszego lokalnego kolorytu współczesnego, olśnień, dajmy na to, plazmowego telewizora, laptopa, erotycznych gadżetów z sex delikatesów za rogiem, ani nawet dzwonka, którego brzdęk otwiera i zamyka sesje warszawskiej giełdy, o odzieży najmodniejszej nie wspominając. Współczesnością "Dziejów upadków" okazuje się wieczność "Kuzynki Bietki" Balzaka, podana delikatnie, czysto. Stare igraszki monety z ciałem, powtórzone przez temperamenty, smaki, intonacje aktorów, którzy są - stąd, z dziś. To jedyna forma uwspółcześniania starych opowieści, która ma sens, która nie jest płaską marnością udającej teatr publicystyki scenicznej.

Sobota

Upadają więc. Każda z figur Warsickiej upadnie obok - bliżej, dalej, to obojętne - wielkiego stołu, zastawionego szklanymi naczyniami o łagodnych kształtach, naczyniami ani z tamtego Paryża, ani z tego Krakowa. A z tyłu, za upadkami, będzie, jak było od zawsze. Tam, na podwyższeniu, inaczej niż przy stole - nic nigdy się nie kończy. Kiedy więc upadną - tajemnicza, od początku obecna na scenie kobieta, doskonałe ciało w czarnej, lśniącej sukni, dalej snuć będzie ten sam, co go snuje od zawsze, senny, niekończący się cienisty dźwięk. Ciało jest cierpliwe. Przecież ktoś kiedyś musi przyjść i zająć opuszczone miejsca przy stole. Gdy upadną, niespiesznie obracający się wokół własnej osi talerz, wiszący - w pionie wysoko nad sceną, wielki i lśniący, zrobiony ze szlachetnej blachy lub gigantycznej złotej pięciofrankówki, nie przestanie się obracać, szarpiąc wypustkami zęby nieruchomego grzebienia. Pozytywka jest cierpliwa. W końcu kiedyś wszystko się powtórzy. Musi.

Niedziela

Oglądać "Dzieje upadków" - ulga prawie tak cudna, jak kiedy patrzeć na sceniczną czystość ośmiu bardzo spokojnych manekinów w niszy o krągłym sklepieniu z boku widowni, kiedy na scenie głównej czworo aktorów przez półtorej godziny opętańczo i bezlitośnie skacze, fruwa, kica oraz nie do pojęcia, ale za to ponoć straszliwie aktualne i mocno w lokalnym kolorycie osadzone cudactwa pieje w wyreżyserowanym przez Pawła Świątka "Pawiu królowej" Doroty Masłowskiej. Tadeusz Kantor uczył, że manekin winien być wzorem dla aktora. Cóż by komu w Starym Teatrze szkodziło posłuchać Kantora? Choćby tylko raz w roku. Co?

Paweł Głowacki
Miesięcznik Kraków
9 lipca 2016

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...