Obcy kontra my

"Obcy" - reż. Anna Smolar - Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

„Obcy” w reżyserii Anny Smolar to spetryfikowany świat zbiorowych konwencji, umieszczony w umownej, nieskazitelnie białej sali sądowej, w której jedynie pewne symbole (toga, stare aktówki, postać prokuratora i adwokata) dookreślają minimalistyczną teatralną przestrzeń.

To miejsce, gdzie liczą się fakty, a decyzje podejmuje się w myśl odgórnie narzuconego systemu wypowiedzi, zachowań i wartości. Ten sterylny i sztuczny świat jest hermetycznie zamknięty na indywidualne potrzeby jednostki. Wszystko podporządkowane jest z góry narzuconym normom, nie tyle nawet prawnym, co przede wszystkim społecznym. Na pytania wystarczy odpowiadać „tak" albo „nie". Werdykt i tak już dawno zapadł. Wyrok – oprócz oczywistej kary śmierci – to przede wszystkim społeczna izolacja.

Podłoże sceny pokryte jest nierówną, gąbczastą materią, która zmienia swój kształt pod wpływem ciężaru poruszających się po scenie aktorów. Można ją interpretować na dwa sposoby. Po pierwsze odsyła nas do miejsca akcji, w którym doszło do zbrodni dokonanej przez głównego bohatera, Meursaulta (Grzegorz Mielczarek), czyli piaszczystej plaży. Po drugie, tworzy niestabilny grunt sali sądowej, znacznie utrudniający postaciom wypowiadanie jednoznacznych, zasadniczych kwestii, dotyczących okoliczności, w jakich doszło do zabójstwa, jak również w trakcie nakreślania kontekstu życia osobistego głównego bohatera. Reżyserka potęguje tę scenograficzną sztuczność – autorstwa Anny Met – ciekawym zabiegiem animacyjno-aktorskim. Wydarzenia sprzed dnia zbrodni projektowane są na wielkiej metalowej konstrukcji, znajdującej się w centralnym miejscu sceny, gdzie czarno-białe animowane postaci „uzupełnione" są głowami i rękoma żywych aktorów wcielających się w co chwilę to inne postaci z życia winnego. Osiągnięty w ten sposób efekt jest tragikomiczny. Uwypukla główny temat przedstawienia, w którym sam proces sądowy jest tylko pretekstem, uruchamiającym skonwencjonalizowaną machinę zbiorowych zachowań. Spektakl nie jest więc kolejnym antysystemowym głosem przedstawiającym nam kulisy niesprawiedliwego, bezwzględnego procesu. Prokurator (Radosław Krzyżowski) i adwokat (Agnieszka Judycka) to nie bezduszne i pozbawione wszelkich emocji pionki sądowej procedury, a młody dziennikarz (Marcin Sianko) – nagrywający wszystkie zdarzenia na dyktafon – to nie stereotypowa „medialna hiena", czyhająca na sensację; wręcz przeciwnie. Wszystkie sceniczne kreacje to karykatury różnego rodzaju afektów.

Postaci przeżywają proces na swój własny sposób (z każdą minutą coraz bardziej nakręcając się emocjonalnie), wszystkie uwikłane są jednak w schematy, których ucieleśnieniem jest ława przysięgłych, czyli my: widzowie, osoby odpowiedzialne za ostateczny wyrok w prezentowanej na scenie sprawie. Nie mówimy i nie powiemy przecież nic w trakcie spektaklu, mimo że głos z offu na samym początku przedstawienia informuje, że nie trzeba wyłączać telefonów komórkowych, można fotografować i rejestrować sceniczną akcję. Być może więc reżyserka odrobinę nas prowokuje – chciałaby, żeby ktoś się wyłamał, krzyknął, że nie wszystko jest takie czarno-białe. My, widzowie, jednak milczymy, bo tak wygodniej, bo do tego zostaliśmy w teatrze przyzwyczajeni. Nikt się nie wyłamuje z teatralnych obyczajów i tradycyjnego mu podziału na bierną widownię i aktywną scenę. Przez to jeszcze dobitniej i widoczniej mniej lub bardziej tego świadoma publiczność ustanawia model zbiorowej, skonwencjonalizowanej „propagandy zachowań". Ostatecznie więc dochodzi do absurdalnego finału. Meursault zostaje skazany nie za zbrodnię popełnioną na spotkanym na plaży Arabie, ale za to, że nie zapłakał na pogrzebie matki. Retrospekcje życia głównego bohatera sprzed popełnionej zbrodni całkowicie zdominowały przebieg sądowego spotkania.

Ponadto ciekawym zabiegiem jest przejście od pierwszoosobowej narracji, którą konstruuje w swej powieści Camus, do wielogłosowego dialogu z podziałem na role, które z każdą minutą stają się coraz bardziej przerysowane i wyolbrzymione. Prokurator krzyczy i wymachuje rękoma coraz intensywniej, podczas gdy adwokat zaczyna się nerwowo zacinać i mieszać w zeznaniach. Reprezentanci prawa dominują w akcji spektaklu, której wyraźnym kontrapunktem staje się finałowa scena w celi, kiedy wreszcie do głosu dopuszczony zostaje Meursault. Ostatnie minuty jego życia przeżywamy wspólnie, zastanawiając się nie dlaczego zabił, tylko dlaczego nie zapłakał na pogrzebie matki...

Magda A. Jasińska
Dziennik Teatralny Kraków
19 grudnia 2012

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia