Obeszło się bez Wyspiańskiego

"Wesele" - reż. Radosław Rychcik - Teatr Śląski w Katowicach

Były „Dziady", i była „Grażyna"; był Paszport Polityki, i była furora. Tymczasem w dniu premiery „Wesela" w reżyserii Radosława Rychcika na Scenie Głównej Teatru Śląskiego, wbrew przewidywaniom, nie było ani furory, ani nawet – „Wesela". To jest było, ale raczej bez Wyspiańskiego.

Taki recenzent to nie ma lekko. By dowiedzieć się czegoś o „Weselu" Radosława Rychcika, którego premiera tuż-tuż, zdany jest na własną inwencję i zaradność. Z pustego i Salomon nie naleje, więc ostatecznie pozostaje z dostępem do trzech źródeł. Źródło numer jeden: teaser. Pierwsze wrażenie (drugie zresztą też): karabiny, kominiarki, jatka w plenerze. No film akcji, po prostu. Źródło numer dwa: wywiad z reżyserem. Wywiad przedpremierowy, z którego wyłaniamy jedyną wypowiedź na temat („Wesela"), a brzmi ona następująco: „Wesele jest w gruncie rzeczy o dwóch grupach: chłopach i panach, czyli inteligencji. Nic innego tam nie ma – tylko chłopi i panowie. I między nimi trwa rozmowa. Czasem ostra, jak w Irlandii Północnej między republikanami i rojalistami, między katolikami i protestantami. Może „Wesele" jest takim tekstem, który udźwignie cudze dylematy?"

Źródło numer trzy: krótka informacja w strefie widza na internetowej witrynie Teatru Śląskiego. Przytoczę ją w całości: „Kiedy w 1974 roku „Kłopoty" w Irlandii Północnej pochłonęły tysięczną ofiarę grupa nowożeńców postanowiła stworzyć Północno-Irlandzkie Stowarzyszenie Małżeństw Mieszanych (NIMMA). Czterdzieści lat później, segregacja religijna nadal obejmuje 90% osiedli i 94% szkół. Kolegia nauczycielskie, kluby sportowe, dyskoteki i puby wciąż są podzielone. „Tak - mówi Roisin, - miłość to miłość, a religia jeśli ma jakieś znaczenie nigdy nie powinna stawać zakochanym na drodze miłości". Obywatele Irlandii Północnej poszukują alternatywnych dróg pojednania. W urzędach stanu cywilnego odnotowano znaczny wzrost liczby małżeństw mieszanych. Czy wesele może odmienić naród?"

No właśnie, wesele - nie zaś „Wesele", a na pewno już nie to z roku 1901. Umówmy się, adaptacja Rychcika ma się do sztuki Wyspiańskiego mniej więcej tak, jak sylwy staropolskie do tych współczesnych. Czy z tego, że - bez większych ku temu powodów - spektakl z parą młodą w rolach głównych postanowił reżyser wystawić pod sztandarem kolejnego narodowego wieszcza, można uczynić mu zarzut? Tego nie wiemy. Ale ponoć kto pyta, nie błądzi, dlatego pytamy: po co reżyser tak zrobił? Czy to czasem nie po to aby reżyserskie opus kupy się trzymało? Bo „Dziady" były, i „Grażyna", więc czas na Wyspiańskiego, a że bez Wyspiańskiego krztyny choćby - nic to?

Nie czekając odpowiedzi, pozwalamy sobie odrzucić stanowczo dramat wieszcza jako kontekst w dalszych dywagacjach na temat sztuki, która miała być jego adaptacją. Czego dotyczyć miał spektakl, wiemy z lektury witryny internetowej teatru. A o czym w istocie był, trudno orzec. O tym i owym, o rozmaitych konfliktach, nawet piosenki po angielsku były.

A mówiąc zupełnie poważnie, niewiele w „Weselu" obiecywanej polityki, konflikt na tle religijnym ledwo zasygnalizowano, a jak idzie o problem rasowy, to ograniczył się chyba do obecności Żyda i jego córki Rachel. Tak właściwie, to nie Rachel, a Jenny (Barbara Lubos) - kowbojki ostrzeliwującej Bogu ducha winnego tancerza, następnie ochryple a brawurowo wykonującej piosenkę w blasku estradowego światła. Pozostając przy elementach muzycznych, a tych nie zabrakło, ich świetność zawdzięczamy tancerzom Studium Aktorskiego przy Teatrze Śląskim, a także aktorom, spośród których znaleźli się i tacy, co dali popis wokalny.

Dobrze, więc o czym to „Wesele" w końcu? Powiedzmy to sobie szczerze, łatwiej ustalić, o czym nie jest niż o czym jest. Bez dogłębnej lektury programu, można co najwyżej zgadywać. I zgadywaliśmy w piątek, ale jak się później okazało, z marnym skutkiem. Oto program w imponującym formacie, zapełniony drobną czcionką, dwujęzyczny – boć przecież „Wesele" oddano w ręce Innego. I czytamy w nim, np., że Rachel – Jenny to ex-dowódczyni jednostki IRA, że straciła synów, że „do ideologii doszła chęć zemsty"; że Panna Młoda (w tej roli znakomita Ewelina Żak) pochodzi z rodziny robotniczej, ale dla odmiany, że uczona – trudno w istocie wpaść na to, bo wypowiada ona kwestie napisane dlań przez Wyspiańskiego. Dalej: że Ksiądz Wayne za młodu zabijał protestantów. Dalibóg, myślimy, gdybyż to wszystko człowiek wiedział, gdybyż wpadł na to! Może wówczas doceniłby złożoność koncepcji, nie zaś zarzucał historii nieprzejrzystość.

Mikroporty także nie ułatwiły odbioru - dosłownie i w przenośni. Symultanizm tak wspaniale pomyślany i rozpisany przez Wyspiańskiego, na piątkowej scenie zastąpiony został przez chaos. Bywało, że trzeba nam było powieść wzrokiem po dużej i przepełnionej scenie w poszukiwaniu aktora, który akurat wypowiadał swoja kwestię. Dźwięk był rozproszony i trudny do zlokalizowania. Akustyka Dużej Sceny Teatru Śląskiego jest niewątpliwie dobra, czemu więc realizatorzy tak przeciw-skutecznie silili się ją poprawić?

Popisowa rola należała do Artura Święsa (Dziennikarz, Stephen Nolan). Kunszt jego uwydatniła zwłaszcza scena rozmowy z Widmem, w które z kolei wcielił się młody statysta. Kontrast był istotnie jaskrawy, pytanie tylko, czy to dobrze. Rzecz w tym, że jak dla kogo. Chyba tylko dla reżysera, który tę parę z sobą – jakże nieszczęśliwie – zestawił.

Sztuka Rychcika jako widowisko jawi się imponująco. Złożyły się na to: spektakularna choreografia Jakuba Lewandowskiego, w detalach przemyślane kostiumy i scenografia Anny Marii Karczmarskiej, czy światła funkcjonujące na prawach osobnego bohatera, a to za sprawą Marii Machowskiej i Szymona Adamczyka. Z widowiskowości Radosław Rychcik słynie, z „Weselem" rzecz ma się więc po staremu. Syntetyczną wisienką na torcie jest finał spektaklu. Estradowy, do bólu optymistyczny, powiedziałoby się wręcz – kompulsywnie euforyczny. Aktorzy, pochowawszy chochoła, tańczą i klaszczą w dłonie, wybrzmiewa gospelowe alleluja, szkocka whisky wędruje z rąk do rąk. To chyba bruderszaft na modłę protestancką, protestancką – to chyba tak dla odmiany i ku nauce.

Na „Wesele" do Teatru Śląskiego polecamy się wybrać, ale uprzednio rekomendujemy nabycie i dokładną lekturę programu spektaklu. Koszt niewielki, a zysk niepomierny. W tej jednej bowiem sprawie zachodzi między „Weselem" Rychcika a Wyspiańskiego zasadnicze podobieństwo, mianowicie – bez dokładniej znajomości historii i kontekstów, niewiele widz ze sztuki zrozumie. Na koniec, zapytamy raz jeszcze: czy można uczynić reżyserowi zarzut z tego, że - bez większych ku temu powodów - spektakl z parą młodą w rolach głównych postanowił wystawić pod sztandarem kolejnego narodowego wieszcza? Mawiał Owidiusz: „Ars est celare artem" – 'Sztuką jest ukryć sztukę'. Cóż, wygląda na to, że Rychcikowi się to udało. Ukrył szczelnie i Wyspiańskiego, i własne intencje.

Paulina Żebrowska
Dziennik Teatralny Katowice
11 stycznia 2016

Książka tygodnia

Dostojewski. Portret intymny
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Alex Christofi

Trailer tygodnia

"Odlot" - reż. Anna Au...
Anna Augustynowicz
Tytułowy Odlot nie jest jednak tylko ...