Obrazek obyczajow

"Przemiana" - reż: Magdalena Miklasz - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

Premiera "Przemiany" w Narodowym Teatrze Starym nie podobała mi się. Dobrze grane przedstawienie wydało mi się bladą, banalną podróbka oryginału. Zniszczono arcydzieło literackie, by stworzyć prościutki, nieomal realistyczny, obrazek obyczajowy z życia biednych ludzi. Kilka umiarkowanie śmiesznych scen, kilka dramatycznych epizodów portretujących toksyczną rodzinę i szlachetne intencje publicystyczne nie stanowiły wystarczającej rekompensaty

Wiało szlachetną nudą. Reżyserka skupiła się na dramacie pracoholika, którego wysiłek nie mógł wyzwolić rodziny z nędzy, bo też nikt w tej rodzinie nie był zdolny do zmienienia czegokolwiek i zrozumienia czegokolwiek, poza własna biedą. Magdalena Miklasz pokazała ludzi uwięzionych w kieracie codziennych przyzwyczajeń i konieczności. Wszystko, co robią, zamienia się w rutynę. Gregor biega do pracy i z pracy ze swoimi dziwacznymi pakunkami, półprzytomny ze zmęczenia. Jego Siostra, Matka i Ojciec celebrują wspólne jedzenie jabłuszek, czytanie gazet, choć tego nie cierpią. Najchętniej sprawują obowiązki strażników Gregora. Pilnują czy wstał, czy wyszedł do pracy. Nieprawdziwe rozmowy, prawdziwa bieda, choroba, strach przed utratą pracy, brzydota sprzętów, ubrań. Beznadziejność życia, monotonia egzystencji upływającej między turkocącą maszyną do szycia a fotelem do wylegiwania się, rodzi starannie ukrywaną agresję. Gregora w robaka zmienia nuda życia bez perspektyw, obojętność rodziny. Przemiana Gregora jest w tym przedstawieniu po prostu chorobą z przemęczenia, z braku miłości - depresją. Żadnych egzystencjalnych wydziwiań interpretacyjnych, żadnej metafizyki.

Rodzina dostrzega niedyspozycję Gregora dopiero wtedy, gdy mężczyzna przestaje wychodzić do pracy, gdy choroba zagraża ich jakże wątłej równowadze finansowej. Są odporni na jego cierpienie i nieodporni na kompromitację jaką grozi ujawnienie choroby. Utrudnia im i tak trudne życie. Mają prawo wierzyć w lepszą przyszłość, w mizerny sukces. Zmienią mieszkanie. Urządzą się od nowa jeśli tylko sprawę się jakoś załatwi. W końcu maja jeszcze córkę.W przedstawieniu Miklasz Greta (Julia Sobiesiak, pwst) buntuje się histerycznie, dziecinnie i mieszczańsko. Gregor psuje jej koncert, niszczy jakieś dziewczyńskie plany usidlenia Prokurenta. Więc powinien umrzeć. Wtedy wszystko się ułoży. Ona zostanie skrzypaczką w orkiestrze tak jak marzył tata. Albo wyjdzie za mąż. Marzenia rodziny Georga są niewygórowane. Żałośni, gruboskórni mają także prawo żyć. I żyją - dłużej niż frajerzy, którzy czuli się za coś odpowiedzialni, wypruwali sobie żyły.

Oglądając pierwszy raz to przedstawienie myślałam, że nie da się wyjaśnić dramatu Gregora tylko w kategoriach ekonomicznych i socjologicznych. Zmarginalizowanie ulegającego przemianie bohatera i rozbudowanie dość drobiazgowej obserwacji zachowań członków rodziny znacznie uprościło Karkowską wizję świata. W dodatku kompozycja sceny, "zamknięcie" Gregora (Wiktor Loga-Skarczewski) w niemal niewidocznym barłogu zbyt dosłownie eliminowało go z przestrzeni dramatu. Rozpoczynający spektakl dialog Gregora z Nieznajomym (który później okaże się Prokurentem) przeniesiony z Opisu walki wydał mi się nieuzasadniony niczym poza chęcią wydłużenia spektaklu, przeraźliwie nudnym wtrętem. I demonstracją ulubionego przez młodych reżyserów chwytu deziluzji... Stoimy w hollu Teatru, tłoczymy się przed wejściem do Nowej Sceny. Prokurent (Andrzej Rozmus) usiłuje zmusić Gregora, aby wysłuchał jego opowieści o spotkaniu z narzeczoną.

Pewny siebie, dominujący, przecież wewnętrznie rozstrojony, podekscytowany, zaborczy, koniecznie chce się podzielić radością. Gregor skulony, nieobecny, przerażony usiłuje nie dopuścić do poufałości. Wychodzą przed teatr, bo tu zgromadziło się za dużo ludzi. Grają przez chwilę na ulicy. Udają życie? Zaczepiają przechodnia. Prawdziwego? Udają życie, aby za chwilę zaprosić nas na widownię. Tam zobaczymy, osądzimy ich spór. Gregor nie śni swojej przemiany, on ją zagra. Na scenie. Na razie uczy się od Prokurenta pewności, małpuje jego gesty. Nadal sceptyczny wobec jego opowieści, niechętny, "całkowicie obojętny" wobec usiłowań zbliżenia się, zwierzenia. Szydzi z niego. Stoją w przejściu między krzesłami. Na widowni. Za chwilę niemal zamienią się rolami. I Gregor, bezradny robak będzie go błagał o zrozumienie... Tak jakby ten spektakl był karą lub próbą zadośćuczynienia za tę "zupełną obojętność", którą żywił wobec Prokurenta i zapewne innych ludzi. Nawet wobec własnej rodziny. Była dla niego tylko obowiązkiem. Permanentna nieobecność Gregora w świadomości rodziny wiązała się więc z nieumiejętnością okazywania uczuć. Gregor nawet nie łaknie bliskości, nawet nie śni o uczuciach. Wykonuje zadanie: zapewnia rodzinie egzystencję.

Przedstawienie, które obejrzałam ponownie po roku od premiery (w ramach zorganizowanego przez krakowską pwst Forum Młodych Reżyserów) jest niewątpliwie dojrzalsze. Wyrównały się dysproporcje pomiędzy groteskową opowieścią o rodzinie egoistów, a dramatem samotnego umierania człowieka pozbawionego daru kontaktu, zamkniętego w sobie, niezdolnego do przekazywania czy choćby komunikowania swych uczuć innym. Dwie nieskoordynowane ze sobą części spektaklu połączyły się, dzięki czemu wyraziściej zabrzmiało pytanie o kwestię współwiny czy współodpowiedzialności człowieka za samotność, wykluczenie. Gregor Samsa skazany na samotność przez najbliższych, chory na samotność, tę chorobę w sobie jakoś chronił, pielęgnował, a broniąc swej osobności bywał nie tylko ofiarą Matki, Ojca i Siostry.

Śmieszność tych postaci przybrała formę groteskowej deformacji nie pozbawionej grozy. Zwłaszcza Ojciec Zbigniewa Rucińskiego, domowy tyran, z satysfakcją wprowadzający swoją wolę, tchórz wetujący sobie swą drugorzędność wybuchami niekontrolowanej wściekłości, jest postacią z koszmaru. Może zdeptać, zgnieść wszystko i wszystkich. Przeobrażenie Gregora wydaje się budzić najgorsze instynkty w jego otoczeniu. Kiedy półnagi opuszcza swój barłóg, pokazuje się obcemu, kiedy próbując ujawnić swoje bolesne istnienie kreśli na ścianach swoje podobne do labiryntu znaki - nawet Matka, pretensjonalna zahukana, bezradna damulka (Aldona Grochal) znajduje w sobie dość okrucieństwa, by wydać na niego wyrok. Kiedy otwiera okno to nie tylko po to, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, ten robak powinien zrozumieć i uwolnić wszystkich od swej obecności... Bo wszyscy chcą żyć inaczej. Nawet jeśli to tylko mrzonki. Oni właśnie dokonują przeobrażenia swej egzystencji.

Małgorzata Ruda
Dekada Literacka
23 lutego 2012

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia