Obśpiewanie starości

"Klimakterium... i już" - reż. Cezary Domagała - Teatr Rampa w Warszawie

Co począć ze starością, skoro recepty wypisywane przez mistrzów duchowych i filozofów mają się nijak do realności ciała? Osłabłego ciała i osłabłej duszy, rozumu i zmysłów

Cóż z porad Cycerona włożonych w usta Katona Starszego, gdy zestawi sieje z naszym cierpieniem i z niedowładami na granicy śmieszności? Czy naprawdę człowiek współczesny może czerpać satysfakcję z tego, że wraz z odejściem młodości nikną żądze zakłócające harmonijny żywot? Czyż nie podejrzewamy, że Cycero, głosząc taką pochwałę podeszłego wieku, stosował jakąś bardzo subtelną ironię? Czyż nie sądzimy, że wyliczając te przewagi podeszłego wieku, nie uśmiechał się szyderczo pod nosem?

Krzepki staruszek, ćwiczący pamięć, pod koniec szlachetnie przeżytego żywota, owszem, nie dotknięty chorobami, lekko tylko osłabiony fizycznie, w pełni władz mentalnych - pewnie każdy tak chciałby wieńczyć swój żywot. Ale prawda bywa inna!

Zderzenie z Beckettem


Że papież, nawet cierpiący, nasz papież napisał wspaniałe listy do osób chorych i starszych? Że solidaryzując się ze swoimi rówieśnikami, ze współcierpiącymi na szpitalnych łożach i w domach starców, niósł otuchę i nadzieję? No dobrze, ale przecież swoje mądre słowa pisał jako człowiek spełniony, jako osoba, której spojrzenie wstecz pokazywało duchowy wzrost i samorealizację. Jako człowiek, choć zanurzony w rzymskim katolicyzmie, to realizujący klasyczny ideał.

Czy na gruncie sztuki papieskie listy wytrzymałyby próbę zderzenia z "Ostatnią taśmą" Becketta?

Odtwórzmy nagrania świątobliwych rad i pozdrowień skierowanych "do moich Braci i Sióstr - ludzi w podeszłym wieku". Niech kręci się szpula archaicznego magnetofonu, a Łomnicki czy Zapasiewicz przybędą z zaświatów i odstawią spektakl słuchania dobrych rad i komentowania ich przez starca nieszczęśliwego, z zatrutym rozpaczą sercem. Wybuchom gorzkiego śmiechu nie byłoby końca.

Szyderstwo, wyzbywanie się nadziei, niszczenie sielankowego obrazka szlachetnego, pogodzonego z przemijaniem staruszka poczciwinki. Jak w doskonałej "Opatrzności" Alaina Resnais, gdzie pisarz stękający na kiblu stara się wykrzesać ostatnie siły, by aktem twórczym zemścić się na świecie i ze złych emocji czerpać energię twórczą. Zgorzkniały potwór John Giełgud z butelką chablis w ręku bliższy jest współczesnemu odczuwaniu starości niźli postać szlachetnego mędrca.

Nie chcemy się oszukiwać. Nie chcemy być oszukiwani.

Półśrodki na ból


Z całą bezwzględnością, niczym Jean Amery w eseju "O starzeniu się", chcemy punkt po punkcie analizować nasze przemijanie i razem z nim odbyć spacer po Saint-Germain-des-Pres, poczuć się niewidocznym, nierozumiejącym świata, zniedołężniałym... Chcemy wraz z Amerym odtrącić wątpliwe pociechy Prousta i destylować zeń czystą rozpacz traconego czasu.

Ale przecież nie po to, by - jak pisał Amery w następnym głośnym eseju i co uczynił po latach - "Podnieść na siebie rękę"! Ale by dojść doprawdy.

Cóż zrobić ze starością? Co zrobić z rozpaczą? Chyba trzeba oddać ją Bogu, tak jak zrobił to Durer, rysując z całą brutalnością portret swej matki, straszliwej staruchy przerażającej w swym schyłku. I nie opatrywać tego żadnym morałem, jak w obrazach typu alegoria chciwości czy marność nad marnościami. Przeciwnie, pokazać, po prostu pokazać - zapadnięte policzki, obwisłą skórę, mętniejące spojrzenie jakby coraz mniej pojmujące z otaczającego świata. I niech Bóg coś z tym zrobi. Niech coś zrobi z naszymi matkami, ojcami, żonami, z nami. Jak pisał poeta: "Nie chcę, żono, byś przybyła z przeszłości, nie chcę, byś przyjechała młoda, to Bóg niech pertraktuje ze śmiercią".

Rzucić Stwórcy naszą starość, pokazać ją w całym swym zniedołężnieniu, pokazać nasze życie nieudane, złożone ze złych emocji, złych wyborów. I dopiero wtedy szukać nadziei. Po szyderstwie, po szale nienawiści i obrzydzenia.

Owszem. Tak można. Tak trzeba.

Ale są też i ciekawe półśrodki. Półśrodki częściowo uśmierzające ból.

Jak na przykład spektakl "Klimakterium... i już". Muzyczna komedia wędrująca w zmiennej obsadzie od pięciu już lat po całej Polsce, po wielkich miastach i małych ośrodkach, amatorskich scenach i profesjonalnych festiwalach. Prawie 1400 spektakli, bilety wykupione na wiele tygodni w przód i wciąż entuzjazm, prawie kult.

Jakże mylne miałem wyobrażenie o tym widowisku, które kojarzyło mi się z przeznaczoną dla kuracjuszy z Ciechocinka składanką polskich przebojów w wykonaniu naszych ulubionych gwiazd sprzed lat!

Nic z tych rzeczy. Jest to fantastycznie spolszczone przez Elżbietę Jodłowską, rozpisane na cztery role kobiece widowisko o starości i niemożności pogodzenia się z przemijaniem oraz ułomnością.

Z amerykańskiego musicalu Jeanie Linders "Menopause", bijącego rekordy popularności na świecie, Jodłowska zaczerpnęła parę elementów, które zadecydowały o sukcesie.

Cztery kobiety mocno po pięćdziesiątce, szczera opowieść o wszelakich dolegliwościach towarzyszących klimakterium, stare wielkie przeboje z nowymi słowami odnoszącymi się do tematu spektaklu. I szczególny pakt między aktorkami a widownią, umowa, że nie będziemy udawały sprawniejszych, niż jesteśmy, że nie będziemy grały młodziutkich i atrakcyjnych, że staniemy w prawdzie. Już początek spektaklu - scena oczekiwania na telefon od lekarza z wynikami badań, a potem szybki bieg do toalety, by zaspokoić nagłą potrzebę oddania moczu - buduje porozumienie aktorów i widowni, ludzi, którzy wyszli już z komercyjnego targetu i są raczej 50+.

Tłuste, śmiejące się z samych siebie starzejące się kobiety i żal, żal za utraconą młodością, za grzechami niepopełnionymi, za niezatańczonymi macarenami, za nieprzeżytymi wielokrotnymi orgazmami...

Jak opisać strategię "Klimakterium..."? Można spojrzeć na nie jak na spektakl emancypacyjny. Jak na wzorowaną na homoseksualnych comingoutach manifestację kobiet przeżywających menopauzę. Tak jak homoseksualiści i one zrywają społeczne tabu, chcą mówić o sprawach wstydliwie spychanych poza sferę tematów dopuszczalnych, chcą śpiewać, tańczyć, krzyczeć o falach gorąca towarzyszących zmianom hormonalnym, chcą ujawnić przed światem kłopoty z trzymaniem moczu i smutek, i złość z powodu coraz to nowych zmarszczek pojawiających się na twarzy, z cellulitu i dziwnych wybryków natury: pojawiania się wąsików, porastania włoskami, wykwitów, pieprzyków, siwizny.

Wykrzyczeć skandal


To wszystko jak w realizacjach comingoutowych jest zarówno protestem wobec świata strzegącego tabu, jak i rozpaczliwą czasem próbą apoteozy tych zjawisk.

Radość kobiet wyzwalających się z narzuconego milczenia, poczucie solidarności, ulga, że wreszcie można wykrzyczeć swój protest, swoją prawdę... Wyśpiewać je.

"Kuba, wyspa jak wulkan gorąca" zmienia się w song o uderzeniach gorąca, "Czerwony pas" zmienia się w gumowy pas, pozwalający upchnąć uwięzić gdzieś pulchne ciało, by móc pokazać się publicznie, a odśpiewana na koniec "Międzynarodówka" z zapowiedzią "krwawy skończy się trud" zyskuje zupełnie nowy wymiar, gdy wers ten odniesiemy do menstruacji...

No tak, niezły coming out - dotyczy nie jakiegoś marginesu i mniejszości, tylko połowy społeczeństwa, a w zasadzie nie tylko połowy, bo przecież, gdy w pewnym momencie ze sceny pada podziękowanie kobiet do Stwórcy, że oszczędził im prostaty, mężczyźni obecni na widowni, łączą się w brawach ze swoimi siostrami w starości.

Komedia Jodłowskiej, przywołująca cztery z pozoru różne typy kobiet, nie wyczerpuje całego spectrum podejścia do spraw starości. Wszystkie bohaterki "Klimakterium..." godzą się na życie pod dyktatem wielkomiejskiego matrixa. Świata, który wymaga wiecznej młodości i sprawności, który wielbi seks, urodę i szczupłą sylwetkę. W ten sposób do dolegliwości fizycznych dokładają się udręki psychiczne związane z niemożnością dotrzymania standardów narzucanych przez otoczenie.

W wielkomiejskim świecie nie do pomyślenia jest rola matrony czy tradycyjnej babci. W rzeczywistości "Klimakterium..." nie ma miejsca dla moherowego beretu, który miałby inną wizję szczęścia i samorealizacji.

Co by się stało, gdyby na scenie pojawiła się słuchaczka Radia Maryja? To oczywiste, podzieliłaby - jestem o tym przekonany - los Maryjki z "Prezydentek" Wernera Schwaba. Po prostu zostałaby zabita przez rozśpiewane towarzystwo.

Ale od komedii muzycznej nie oczekujemy przecież aż tak ostrych konfrontacji. To, co daje nam Jodłowska, to przecież półśrodek na ból przemijania, to bardzo potrzebne wykrzyczenie skandalu, jakim jest życie w społeczeństwie, które kocha młodość, a starość represjonuje. To wykrzyczenie skandalu, jakim jest pomysł, by ludzie się starzeli. Są to trzy godziny wyśmienitej zabawy i słodko-gorzkiego śmiechu z samych siebie oraz naszych złudzeń.

Andrzej Horubała
Uważam RZe
21 kwietnia 2011

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia