Obstawiamy Fredrę

Rozmowa z Jarosławem Gajewskim.

Łatka jest mroczną postacią, ale nie umiałbym jej przypisać rysów tragicznych. Całe swoje życie oddaje pieniądzom i to go gubi. Można grać "Skąpca" Moliera jako postać tragiczną, można grać Shylocka Szekspirowskiego jako postać tragiczną, natomiast w przypadku Łatki tego nie widzę. To raczej biedny szaleniec, oszukany kombinator. Myślę, że zakończenie naszego spektaklu - zdecydowanie nie tragiczne, ale ironiczne, a może nawet komiczne - jest wierne Fredrze.

Kamila Łapicka: Solski, Holoubek, Łomnicki, Pszoniak, Englert. Jak się czujesz w tej sztafecie, przejmując pałeczkę roli Łatki?

Jarosław Gajewski: Zapomniałaś o dwóch wybitnych aktorach, którzy współtworzyli tę postać. Mówię o jej pierwszym wykonawcy, czyli o Janie Nepomucenie Nowakowskim, i o Wincentym Rapackim... Oczywiście to jest presja, ale pod taką presją znajduje się każdy aktor, który wchodzi w repertuar klasyczny. Odczuwałem ją, gdy grałem Malvolia, Papkina i kilka innych ról. Ale ta presja ma dwie strony.

Korzystasz z doświadczeń poprzedników?

- Świadomość tego, co zrobili poprzednicy i jak to zrobili, bywa pomocna - nie wyważa się otwartych drzwi. Choć dla każdego z nich kluczowe było zawsze porozumienie z publicznością, Tadeusz Łomnicki i Jan Englert byli moimi nauczycielami. Mam nadzieję, że czegoś się od nich nauczyłem. Jeśli zaś Janek zechce obejrzeć nasze przedstawienie i stwierdzi jakieś rozpoznawalne zapożyczenia, to do procesu raczej nie dojdzie.

Chociaż stanowicie dla Narodowego dużą konkurencję... Tam "Śluby panieńskie" i autorskie "Fredraszki" Jana Englerta, a u was obok "Zemsty" pojawia się "Dożywocie".

- To raczej, jak widać, uzupełnianie się. Jest ono dobre. Fredro powinien mieć miejsce w polskich teatrach, zwłaszcza w Teatrze Narodowym. Teatr Polski również chce być uważany za dom Fredry. Jest on oczywiście domem nie tylko Fredry, lecz także Szekspira, Wyspiańskiego, Moliera i Mrożka.

Czyli domem klasyki.

- "Klasyka daje więcej wolności" - jak twierdzi Dan Jemmett, który wyreżyserował u nas "Wieczór trzech króli" i "Burzę". Tak się dzieje, bo teatr jest sztuką, a sztuka potrzebuje dystansu do tematu, żeby znaleźć dlań dobrą formę. Sztuka to przede wszystkim forma. Gorąca treść często wymyka się formie i nie zawsze służy sztuce. Gorące i głębokie powinno być przeżycie artysty, twórcy i widza.

Czy mimo wszystko dialogujecie tym "Dożywociem" ze współczesnością?Jest tam gorąca treść?

- Tak, treść "Dożywocia" jest gorąca. To opowieść o chciwości. O walce pieniądza z miłością i innymi wartościami. Fredro napisał tę sztukę w lutym 1835 r., w czerwcu była premiera. Tak to się wtedy odbywało. To była wtedy sztuka bardzo współczesna. Natomiast Filip Bajon lekko przesunął akcję w lata 20. XIX w.

Kim w takim razie jest Łatka?

- Lichwiarzem. I finansistą. Wiemy z tekstu sztuki, że ma kamienicę w środku miasta i lombard, a z kontekstu naszej inscenizacji może wynikać, że jest także jednym z rekinów giełdowych.

W jakiej przestrzeni gracie?

- Powiedziałbym, że to przestrzeń hotelu, w którym jest dom maklerski. Było to rozwiązanie szczególnie popularne w latach 90. Dobrze było ulokować dom maklerski w hotelu, bo były tam już podprowadzone twarde łącza i można było wynająć pokoje, w których maklerzy mogli odpoczywać, pracując praktycznie przez całą dobę - w nocy na giełdzie tokijskiej, w Hongkongu, potem w Europie, a późnym wieczorem w Nowym Jorku.

Próbowałeś kiedyś takich finansowych emocji?

- Tak. Na początku lat 90. grałem na giełdzie. Zainwestowałem w tę grę jedną moją pensję zarobioną w Teatrze Dramatycznym, która wynosiła wtedy, przed denominacją, ok. 3 mln zł. W roku 1997 miało miejsce słynne tąpnięcie na giełdzie w Hongkongu i dużo wtedy straciłem. Na początku, w ciągu ponad roku, miałem ok. 60 mln zł wirtualnych pieniędzy. Dwudziestokrotny zysk! To było szaleństwo. Miałem się za milionera i było świetnie, dopóki nie przyszedł ten krach w Hongkongu i wtedy okazało się, że z 60 mln mam tylko 52.

Zabrałeś je?

- Nie. Pomyślałem: "Nieduża strata, to się jeszcze odbije". Wszyscy dookoła panikowali, ale ja postanowiłem zachować spokój. I zachowałem spokój, aż zostało mi 4 czy 5 mln. Wtedy je zabrałem.

Przynajmniej zyskałeś emocje.

- Zyskałem dużo emocji, ale też nie straciłem finansowo. Włożyłem 3 mln, wyjąłem - powiedzmy - 4,5 więc miałem 50 proc. zysku w ciągu półtora roku. Z dzisiejszej perspektywy to ogromny zysk!

Korzystałeś z pomocy maklera?

- Nie było innej możliwości. Chodziłem do biura maklerskiego i tam przekazywałem maklerowi swoje zlecenia. Najpierw ustnie, siedziało się jak - za przeproszeniem - w banku, potem już telefonicznie, a na końcu z pomocą komputera. Kiedy już można było korzystać z komputera i zobaczyłem, ile to kosztuje czasu, ile wyzwala emocji i jakie zmiany nastrojów, zrezygnowałem.

To ciekawe, bo chciałam cię zapytać, jak wiersz Fredry uruchamia ciało.

- Znakomicie. To bardzo zmysłowy wiersz.

Co to znaczy?

- To znaczy, że "leży w pysku", że dobrze się nim oddycha, a wrażliwe ciało samo tańczy do jego muzyki. To trocheiczny ośmiozgłoskowiec, świetnie harmonizujący z prozodią polskiej mowy. Fredro świetnie wykorzystuje to metrum, nadaje mu znakomite tempo emocjonalne, gęsto nasyca treścią i otwiera na bogactwo intonacji języka polskiego.

Nie dopisujecie Fredrze wiersza?

- Nie. Jesteśmy nieporównywalnie bardziej powściągliwi niż wielu współczesnych inscenizatorów, ale dla celów formy drobne zabiegi na tekście są robione.

Teatr Polski kończy w tym roku 103 lata. W jakiej konwencji czujecie się najlepiej?

- Wciąż jej szukamy, a z poszukiwaniem konwencji w teatrze jest jak z obstawianiem na giełdzie. W znacznym stopniu decyduje o niej repertuar. Różne rzeczy wpływają na wrażliwość ludzi. W Teatrze Polskim "obstawiamy" Moliera, Szekspira, Fredrę, Wyspiańskiego, Mrożka. Publiczność rozpoznaje tożsamość tego miejsca i sama stawia wymagania. Jeśli się okaże, że mamy sukces, że dogadujemy się z publicznością przy pomocy Fredry, że mamy artystyczną satysfakcję, kiedy gramy Szekspira, że wreszcie dostrzega się wartość w naszych realizacjach dzieł Wyspiańskiego, to mamy potwierdzenie dobrego kierunku.

Choć nie "pomagacie" swojej widowni skandalami ani występami golasów.

- Wszystko przed nami... Teatr to zdarzenie głęboko ludzkie i wykraczające poza człowieka. Pozwolisz, że ci przypomnę taką starożytną anegdotę: kiedy Demiurgos stworzył świat, wezwał wszystkich bogów, żeby im pokazać, jakie piękne dzieło powstało. Bogowie się zachwycili, ale jeden z nich powiedział: tak, to oczywiste, że to jest piękne, bo to zrobiłeś ty, nie mogło być inaczej, ale czy mógłbyś nam powiedzieć, jak to zrobiłeś? I wtedy Demiurgos w odpowiedzi stworzył teatr. Z tej perspektywy teatr jest opowieścią o twórczym duchu wszechświata. Da się to zrobić bez skandalu.

Można zaryzykować twierdzenie, że twój Łatka jest postacią tragiczną, choć Fredro tak go odmalował, że nie potrafimy mu współczuć.

- Łatka jest mroczną postacią, ale nie umiałbym jej przypisać rysów tragicznych. Całe swoje życie oddaje pieniądzom i to go gubi. Można grać "Skąpca" Moliera jako postać tragiczną, można grać Shylocka Szekspirowskiego jako postać tragiczną, natomiast w przypadku Łatki tego nie widzę. To raczej biedny szaleniec, oszukany kombinator. Myślę, że zakończenie naszego spektaklu - zdecydowanie nie tragiczne, ale ironiczne, a może nawet komiczne - jest wierne Fredrze.

Konflikt wewnętrzny Łatki zawiera się w słowach: "Ale Rózia. Dożywocie. Tu kochanka, a tu krocie!". Myślę, że to już jest mocno nieaktualne. Ja bym nie miała takiego dylematu.

- Ale Łatka kocha pieniądze. One są jego religią! W nich pokłada większe nadzieje niż w ułomnych ludziach. W nie wierzy! Ty jesteś bardzo emocjonalna. Rozumiem cię, ale myślę, że ten dylemat bywa obecny.

W wyższych sferach?

- Nic podobnego. A skąd się wziął film "Niemoralna propozycja"? Jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest bezpieczeństwo. Pieniądze dają jego namiastkę! To silniejsze niż kultura, to instynkt przetrwania! Kobieta, wybierając mężczyznę, bardzo rzadko nie zwraca uwagi na jego potencjał życiowy, także na to, ile mężczyzna zarabia. Kobiety rzadko zakochują się w nędzarzach! Rózia, bohaterka "Dożywocia", ma np. dobre rozeznanie i mimo pozorów degrengolady słusznie obstawia młodego, cwanego Leona (przedstawia ojcu koncepcję uzdrowienia go!) i nie angażuje się w starego, pechowego Łatkę! Chemia między nią a Leonem musi zawierać kluczowe dla gatunku sprawy! Moim zdaniem to mężczyźni są tu bardziej skłonni do ryzyka i mniej uważni.

Naprawdę tak myślisz?

- Powiedzmy tak: Rózia (jej imię oznacza kwiat, który jest symbolem miłości!) kocha Leona, ta miłość jest jej mądrością, która odmieni Leona i odniesie zwycięstwo nad chciwością Łatki. Amor omnia vincit! Postać Birbanckiego zawiera wiele rysów młodego Fredry - włącznie z nagłym i trwałym miłosnym przełomem! Nie wyklucza to jednak okrutnego mechanizmu doboru naturalnego. Organizm kobiety bywa przecież odpowiedzialny za dwa życia. W związku z tym bardziej troszczy się o siebie i uważnie dobiera ojca swojego dziecka. To należy do jej biologii. Zastanawia się, a nawet "rozważa w sercu", kim jest mężczyzna i czy ma szansę zabezpieczyć byt jej i dziecka. Krótko mówiąc: czy ma jakieś "dożywocie", czy nie.

***

"Dożywocie" Fredry pasuje do współczesnego świata poprzez rozumienie pieniądza. Myślę, że o wiele trudniej pasowało za komuny, bo w komunie nie było pieniędzy, pieniądz nie istniał, był abstrakcją. Natomiast teraz Polak jest chciwy, Polak lubi pieniądz i fantastycznie działa w krainie pieniądza, więc trzeba wydobyć wszystkie akcenty finansowe, zarówno w inscenizacji, jak i w scenografii.
Hasłem porządkującym jest dla nas "Wilk z Wall Street". Część akcji dzieje się w biurze maklerskim, które jest podłączone do giełdy. Widzimy tę giełdę, patrzymy, jak akcje idą w górę i w dół. Nazwy jednych firm będą prawdziwe, innych fikcyjne. Na przykład będzie można zobaczyć, jakie notowania na giełdzie ma "Dożywocie" - czyjego kurs idzie w górę, czy spada.
Komizm tej sztuki wynika przede wszystkim z charakterów, z ich stosunku do pieniądza. Ponieważ chciwość jest kategorią psychologiczną, trzeba ją w sposób aktorski ukomediowić, wprowadzić pewien rodzaj psychologii, która ma być śmieszna, a więc czasami przesadzona.
Przyjąłem propozycję dyrektora Andrzeja Seweryna z powodu pewnej taktyki życiowej, pewnej psychologii. Reżyser filmowy czasami potrzebuje oczyszczenia, a oczyszczenie i sprowadzenie na ziemię najlepiej udaje się w teatrze, w którym odbywa się zamiana ról. Tu rządzi aktor.

Kamila Łapicka
wSieci
4 lutego 2016

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia

Ballady i romanse
Gabriel Gietzky
Cóż może być bardziej romantycznego, ...