Oczekiwanie na skalę Kinseya

"Tramwaj zwany pożądaniem" - reż: Piotr Kruszczyński - Teatr Miejski w Gdyni

Sezon w Teatrze Miejskim w Gdyni otworzyła niecierpliwie oczekiwana premiera "Tramwaju zwanego pożądaniem".

Kiedy twórca zajmuje się "Tramwajem zwanym pożądaniem" Tennessee Williamsa, powinien obowiązkowo wiedzieć, co dla Ameryki znaczyły powojenne lata od 1947 do co najmniej 1953 roku w kontekście społecznych norm i zachowań. Dwa lata po zakończeniu wojny Alfred Kinsey utworzył Institute for Research in Sex, Gender and Reproduction, gdzie zajmowano się naukowo problemem seksualności człowieka (zbierano dane na temat stosunków seksualnych przedmałżeńskich i w małżeństwie, homoseksualizmu, masturbacji i innych form aktywności seksualnej oraz wzorców zachowań seksualnych w zależności od płci, wykształcenia, wyznania i innych czynników socjologicznych). Badania Kinseya zapoczątkowały przełom kulturowy, podważając ówczesne wyobrażenia o normatywnym seksualnie społeczeństwie. "Jeżeli każde istnienie różni się od drugiego, odmienność staje się niepodważalną normą. Tylko różnice stają się prawdziwe. By je zobaczyć, musicie jedynie mieć otwarte oczy" - to Liam Neeson jako Kinsey w znakomitym filmie Billa Condona . W roku 1948 opublikowana przez Kinseya na podstawie raportów książka "Zachowanie seksualne mężczyzny" została odebrana mniej kontrowersyjnie niż obrazoburcze "Zachowanie seksualne kobiety"(1953). Rozpętana wówczas rewolucja seksualna w różnych odsłonach dokonuje się w Ameryce do dzisiaj , a Instytut Kinseya zajmuje się nieprzerwanie badaniami zachowań człowieka. 

Tennessee Williams, jako homoseksualista i jawny kontestator purytańskich ograniczeń, utrzymywał stały kontakt z Kinseyem, który osobiście pojawił się w Nowym Yorku w 1947 roku, aby przeprowadzić wywiady z aktorami, którzy stanęli do castingu do "A streetcar named desire". Dlaczego tak ważna jest jeszcze znajomość końca lat czterdziestych XX wieku w pracy nad tekstem Williamsa? Ochrona praw autorskich opiera się między innymi na wymogu, by reżyseria i scenografia nie zmieniała wymowy i ducha utworu. Ponadto w Ameryce i na całym świecie "Tramwaj" jest wciąż żywym tekstem, stale wystawianym i dyskutowanym, o niekwestionowanej uniwersalności. 

Gdyńskie przedstawienie w odsłonie Piotra Kruszczyńskiego okazało się maratonem słowa, w którym zabrakło energii. Świetny początek i finał przedstawienia potwierdziły talent reżysera i jego wizjonerskie skłonności, lecz nie miało to przełożenia na całość spektaklu. Przede wszystkim odebrano widzowi doświadczenie smaku skomplikowania natury ludzkiej zilustrowanego w relacjach między postaciami dramatu. Atutem nie stały się powierzchownie przedstawione zależności między Stanleyem i Stellą, Blanche i Stanleyem, ani scenograficzne wpisanie akcji w bardzo rozpięty czas między latami 60. i 80. XX wieku. Cóż, została opowiedziana pewna historia w sposób estetyczny i z niewielkimi modyfikacjami, zgodny z literą oryginału. Zabrakło konsekwentnej odwagi budowania napięcia i energetycznej indywidualizacji zachowań. Tyle przecież mają do opowiedzenia postaci dramatu! 

Blanche, kobieta doświadczona historią licznie umierających członków rodziny, kobieta sfrustrowana i w poczuciu winy za śmierć męża biseksualisty, kobieta zrywająca zakazany owoc miłości do 17-letniego ucznia, wreszcie kobieta strapiona, oddająca swe ciało w burdelu, alkoholiczka. Ale Blanche to także kobieta: elegancka, delikatna, wyjątkowo wrażliwa, czuła, fascynująca, zagubiona, kokieteryjna, niepewna swych atrybutów i roli w świecie, poszukująca wciąż miłości, rozumianej poetycko i "archaicznie" jako prawo przypadku i niewyczerpanego źródła uczuć. Wielokrotne nieszczęścia ogołacają Blanche dotkliwie, ale nie zabijają do końca woli walki o siebie. Pobyt u Stelli powoduje wręcz klatkowe uwalnianie się różnych emocji u starszej z sióstr, poszukującej zrozumienia i akceptacji. "Biały Gaj" (to znaczy po francusku nazwisko Blanche DuBois) umie być rzeczowa, z dokładną pamięcią ludzi i sytuacji, ale jest też wycofana, zalękniona i wzbudzająca szczere współczucie. Blanche pokazuje u Williamsa cały wachlarz zachowań istoty intrygującej, skrzywdzonej i tragicznej, której powolna ucieczka w stan szaleństwa nie dziwi, ale wzrusza. 

Poruszona losami i stanem siostry jest Stella, żona Polaka, Stanleya Kowalskiego. Odnalazła się w roli kochającej permanentnie męża, człowieka prostego, aroganckiego, nieobliczalnego, hołdującego przyjemnościom, ale nie znalazła drogi dotarcia do siostry ani pomysłu na własny udział w życiu Blanche. Stella w oryginale to wręcz antyczna postać tragiczna, której wybory okupione są cierpieniem. Żarliwa miłość do męża jest na pierwszym miejscu, a lojalność wobec niego to podstawa związku, zatem nie ma już miejsca na inne uczucia. Stella umie szaleć z miłości do Stanleya, ale jest bezradna wobec siostry, którą oddaje do zakładu dla obłąkanych. 

Kowalski to ucieleśnienie nowego, silnego świata, w którym motywem przewodnim jest brak skrupułów wobec słabszych i mniej zaradnych. W poczuciu darwinowskiego systemu przetrwania każdy silny i zdrowy ma prawo zniszczyć jednostki nieprzydatne czy niekompletne. Dlatego bez wyrzutów sumienia Stanley gwałci Blanche w dniu narodzin swego dziecka. Świat zwariował? Nie, u Williamsa postacie okazują się być skrojeni na miarę ludzką, odmierzaną wpisaniem się w konkretną rolę społeczną, wyobrażeniem o tej roli i zmaganiem się z nią w sytuacji, gdy przypuszczalnie najlepszym wyjściem byłoby zrezygnowanie z roli. Siłą dramatu jest pokazanie postaci przez pryzmat okresowego uwalniania się ludzkich skłonności względem drugiego, przez zwrócenie uwagi na odmienność przeżywania świata i radzenia sobie z własnymi lękami i pragnieniami. Desire rozumiane jako pożądanie, pragnienie i jako zapowiedź szczęścia. W rozumieniu Kinseya jako poszukiwanie własnej seksualności. 

W spektaklu Piotra Kruszczyńskiego odmienność opierała się głównie na różnicy płci, dlatego każda z postaci jest wyraźnie odmienna kostiumowo. Zabrakło odmienności w akcencie, sposobie poruszania się, tempie mówienia, co nadałoby zgodnie z duchem utworu smaczku i wyrazistości. Beata Buczek-Żarnecka jako Blanche świetnie pasowała figurą i wiekiem do swej postaci, grała z zapałem, lecz bez pazura. Zobaczyliśmy Blanche zwyczajną, która odwiedziła siostrę, ale nie umiała opowiedzieć jej swego dramatu (także dlatego, że "ścigała" się z Katarzyną Bieniek w roli Stelli w wypowiadanych kwestiach). Zapowiedzią doskonałej kreacji Żarneckiej był moment gardłowego krzyku, ilustrującego bezbrzeżną rozpacz i samotność Blanche, krzyku, który został jednak szybko stłumiony. Szkoda, ponieważ gdyńska Blanche pokazała w końcowych scenach, że zrozumiała swą bohaterkę. 

Katarzyna Bieniek odegrała swoją rolę, bez przypisanej jej pomysłowości i żarliwości. Nie było widać wrażliwości, jedynie zmagania z długim tekstem. Nie była autentycznie zakochana w Stanleyu, ani prawdziwa jako ciężarna. Zdecydowanie rola do dopracowania. Jarosław Sucharski gościnnie występujący w Teatrze Miejskim, pokazał, że "Polaczek" Kowalski to mężczyzna miękki i raczej izolujący się niż zaznaczający swoje terytorium. Zbyt łatwo rezygnował z dominacji na scenie. A poza tym nie pocił się i nie nosił wytartego podkoszulka. Na uwagę zasługuje Filip Frątczak grający grubą kreską, a tym samym wpisujący jako lekko nieporadny, zdominowany przez matkę mężczyzna, który już dawno powinien się ustatkować. W jego przypadku dbałość o wierność swemu wizerunkowi przykuwa uwagę. Nie zawiodła Dorota Lulka jako Inez, lekko wampiryczna, swarliwa baba, goniąca męża za zdrady i lenistwo, przepięknym głosem śpiewająca piosenki meksykańskie i hiszpańskie (m.in. fragment utworu z filmu Carlosa Saury "Nakarmić kruki").Rafał Kowal odważył się publicznie zaprezentować własną wizję muzyczną dramatu Williamsa. Będziemy mu kibicować w kolejnych, twórczych odsłonach. 

Kto przyjdzie do teatru zwabiony wyjątkowym plakatem Piotra Naliwajki, plastycznym, wieloznacznym, poszukującym, rozczaruje się. Plakat i spektakl to dwie różne wizje (jak się okazuje - nie konsultowane). Kruszczyński pokazał teatr estetyczny i bezpieczny, z ciekawą, choć głęboko ukrytą na scenie i kameralnie oświetloną scenografią i ogromnym kredytem na wielkość. Młodzież uczestnicząca w pokazie trzeciej generalnej czuła się zagubiona w odbiorze przedstawienia. Najtrudniejszy do uzasadnienia był dramat Blanche, niezrozumiałe okazały się relacje między małżonkami Kowalskimi. 

Brak głośnego scenicznego dyskursu na temat odmienności przeżywania świata wpisuje ten spektakl w szablon społecznego milczenia, które usprawiedliwia ludzką nietolerancję i tendencyjność. A w sześciostopniowej skali Kinseya znowu pozostaliśmy na wygodnych, krańcowych pozycjach.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świetojanska1
13 października 2009

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia