"Od tego jest teatr!"

rozmowa z Elżbietą Golińską

Dla siebie i dla publiczności wciąż na nowo odkrywam wiersze i piękny język Wisławy Szymborskiej. To jest moja „Chwila". To jest również "Chwila" widzów, którzy przychodzą. Jedni pojawiają się, by sprawdzić, czy poezja jest dla nich. Drudzy już tę świadomość posiadają. To są niezwykłe spotkania! Kiedyś pan profesor fizyki wstał i powiedział, w podziękowaniu dla mnie, wiersz Słowackiego. Spektakl się gra, opuszcza scenę i idzie się do domu. Nie ma okazji, by porozmawiać z widzem. Tutaj ona jest! Można dowiedzieć się, o czym on myśli i dlaczego do teatru przychodzi...

Grzegorz Ćwiertniewicz: Ponad miesiąc temu zmarł Tadeusz Różewicz. Wielka strata dla Wrocławia?

Elżbieta Golińska: Żal, że odszedł poeta, wielki poeta, symbol naszego miasta- Wrocławia. Tadeusza Różewicza darzę ogromnym szacunkiem i ogromnym sentymentem. Moje pierwsze poważne spotkanie z jego twórczością nastąpiło podczas pisania pracy magisterskiej, którą poświęciłam inscenizacji "Kartoteki". Kiedy ukazał się dramat, historycy literatury i znawcy teatru rozpisywali się o genialnym utworze, natomiast niewielu badaczy pisało o jego adaptacjach teatralnych. Nie było więc opracowań, z których mogłam korzystać. Musiałam wówczas bardzo dokładnie zapoznać się z dorobkiem poety. Zagrałam w kilku spektaklach opartych na sztukach Tadeusza Różewicza: "Pułapka" w reż. Kazimierza Brauna, "Świadkowie albo mała stabilizacja" w reż. Jana Różewicza, "Odejście głodomora" w reż. Piotra Kruszczyńskiego, "Kartoteka" w reż. Michała Zadary, "Białe małżeństwo" w reż. Krystyny Meissner. Dla mnie udział w tych przedstawieniach był zawsze wielkim przeżyciem. W czasach mojego grania, Różewicz nie przychodził już na premiery swoich sztuk. Zawsze jednak, graliśmy tylko dla niego: albo przed premierą, albo po premierze. To były niezwykłe i wzruszające chwile! Przychodził często w asyście. Na "Białe małżeństwo" przybył z aktorkami, które grały w spektaklu, reżyserowanym jeszcze przez Kazimierza Brauna. Był bardzo życzliwy, uśmiechnięty. Bardzo żywo reagował na to, co dzieje się na scenie. Zastanawiałam się, o czym myślał. Zależało nam, żeby był zadowolony. Po przedstawieniach dużo rozmawialiśmy.

Wiem, że jest Pani zakochana w poezji Szymborskiej, ale niedoszłego noblistę zapewne darzy Pani sentymentem, choćby ze względu na swój debiut sceniczny. W 1975 roku zagrała Pani Paulinę w "Białym małżeństwie" w reżyserii Kazimierza Brauna. Dla studentki było to chyba ogromnym wyróżnieniem?

To nie był mój debiut!

Taką informację znalazłem w wirtualnym archiwum Pracowni Dokumentacji Teatru Instytutu Teatralnego w Warszawie. Skąd ta nieścisłość?

Nie debiutowałam w "Białym małżeństwie". Wtedy byłam jeszcze studentką. Przychodziłam do Teatru Współczesnego, ale jako widz. Oglądałam "Białe małżeństwo", wspaniałą "Annę Livię". Po skończeniu szkoły wyjechałam jednak do innego miasta. Niebawem jednak wróciłam, gdyż udało mi się dostać do Teatru Współczesnego. Był to dla mnie zaszczyt i ogromna nobilitacja. Dyrektor Braun zaproponował mi zrobienie zastępstwa za Paulinkę. A był to rok 1980 lub 1981.

Jak to się stało, że po ukończeniu Wydziału Lalkarskiego wrocławskiej filii krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej wyjechała Pani do Bydgoszczy, zamiast rozpocząć współpracę z jednym z naszych teatrów?

Byłam zafascynowana teatrem lalek. Chciałam związać się z tego rodzaju instytucją. Podczas studiów, spotkałam się z wieloma wspaniałymi twórcami, m.in. z Andrzejem Dziedziulem, Janem Dormanem, Andrzejem Witkowskim, Krzesisławą Dubielówną, Janem Peszkiem, prof. Józefem Kelerą czy prof. Januszem Deglerem. To tylko niektórzy, choć na uwagę zasługują wszyscy, którzy mieli na mnie ogromny wpływ . Kiedy skończyłam studia, okazało się, że nie ma dla mnie miejsca w teatrze lalek, który mnie interesował. Wyjechałam więc do Bydgoszczy. Pracę w Teatrze Polskim zaproponował mi Grzegorz Mrówczyński, mój wykładowca ze szkoły teatralnej. Później już nigdy nie starałam się o angaż w teatrze lalek.

W Teatrze Polskim w Bydgoszczy występowała Pani prawie przez dwa lata. Zagrała Pani w sześciu spektaklach, m.in. u Krzysztofa Rościszewskiego, asystenta Kazimierza Dejmka przy realizacji „Dziadów" Mickiewicza w Teatrze Narodowym w Warszawie, Andrzeja Waldena, odtwórcy roli Juliana Tuwima w filmie pt. "Papusza", Grzegorza Mrówczyńskiego, obecnego dyrektora warszawskiego Teatru Rampa, Wiesława Górskiego, który obsadził Panią w roli Julii, Konrada Szachnowskiego, kierującego dziś gdańskim Teatrem Miniatura. Jak ten kujawsko-pomorski okres ukształtował Pani teatralną osobowość?

To właśnie na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy miał miejsce mój sceniczny debiut. Zagrałam Ninon w " Popasie króla jegomości" w reż. Krzysztofa Rościszewskiego. Osobowość artystyczna aktora kształtuje się przez cały okres pracy, dzięki graniu małych i dużych ról. Trzeba mieć dużo pokory. I w życiu, i w pracy. Nigdy nie uważałam, że powinnam grać jedynie główne role. Przyjęcie małej nie jest dla aktora żadną ujmą. One też potrafią dać ogromną satysfakcję. Ważne jest spotkanie z reżyserem, z zespołem aktorskim. W 1991 roku otrzymałam Nagrodę Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru za Najlepszy Epizod w „Zbrodni i karze". Grałam Lizawietę. Scena trwała nie więcej niż minutę. To jest dla mnie bardzo ważna nagroda.

Życie zawodowe składa się z ważnych i mniej ważnych okresów. To było moje pierwsze zetknięcie z teatrem innym niż teatr lalek, którym się fascynowałam. W Teatrze Polskim w Bydgoszczy poznałam wspaniałych aktorów, zarówno młodych, jak i tych teatralnie dojrzałych. Chciałabym wspomnieć o pani Ewie Studenckiej- Kłosowicz, pani Teresie Wądzińskiej. Przyglądałam się ich pracy, byłam zafascynowana ich kreacjami. Doświadczeni aktorzy byli dla mnie wzorem, byli "prawdziwym teatrem". Okres ten wspominam bardzo sentymentalnie.

Do Wrocławskiego Teatru Współczesnego im. Edmunda Wiercińskiego trafiła Pani w 1980 roku. Dlaczego właśnie ta scena wzbudziła Pani zainteresowanie?

Rozglądałam się po Polsce. Oglądałam spektakle. Wrocławski Teatr Współczesny był wówczas jedną z najważniejszych scen w Polsce. Kazimierz Braun, ówczesny dyrektor, propagował wtedy nowoczesną formę teatralną, wciąż czegoś poszukiwał, stale eksperymentował. Nie pamiętam czy marzyłam o tym, aby grać we Współczesnym. Pewnie tak. Przychodziłam na spektakle. Do dziś mam w pamięci "Annę Livię" w reż. Kazimierza Brauna. To był wspaniały spektakl teatralny z wielką kreacją Teresy Sawickiej. Pamiętam, jak szłam bydgoską ulicą 1 Maja. Miałam przy sobie stare pięć złotych, które wrzucało się do automatów telefonicznych. Wcześniej zastanawiałam się, do jakiego teatru mogłabym spróbować się dostać. Było po godzinie piętnastej. Weszłam do budki telefonicznej i wykręciłam numer do Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Zgłosiła się sekretarka. Zapytałam, czy mogę rozmawiać z dyrektorem Braunem. Dyrektor zgodził się. Zapytałam go wtedy, czy nie potrzebuje dziewczyny. Zapytał, w jakim charakterze. Odpowiedziałam, że w aktorki. Nazajutrz, o dziewiątej rano, siedziałam w zielonym płaszczyku na ławeczce przed Teatrem Współczesnym i czekałam na spotkanie z dyrektorem Braunem. I tak się zaczęła moja przygoda z tą sceną.

Dyrektor naczelny i artystyczny Wrocławskiego Teatru Współczesnego, Kazimierz Braun, zaprosił Panią do spektaklu pt. "Kronika wypadków miłosnych". Jak wspomina Pani współpracę z miłośnikiem Norwida i Różewicza?

Zapamiętam go jako człowieka przyjaźnie nastawionego do świata. Byłam szczęśliwa, że zaproponował mi "Kronikę wypadków miłosnych". Później zrobiłam zastępstwo w "Przyroście naturalnym". Zaprosił mnie również do "Dżumy". Bardzo się cieszyłam, że mogłam grać w jego spektaklach. To było dla mnie niezwykle ważne. Kazimierz Braun przynosił na próby papier nutowy, na którym miał rozrysowany cały swój spektakl. Niesamowity człowiek!

Konflikt z władzą komunistyczną spowodował, że Braun został odwołany ze stanowiska. Wraz z nim odeszło wielu aktorów. Pani jednak została. Dlaczego?

Zostałam. Nie miałam odwagi. Pozostanie w teatrze było dla mnie bardzo trudną decyzją. Trudniejszą okazało się jednak odejście. Pozostanie ze świadomością, że grupa odchodzi w proteście, nie było łatwe.

W jednym z wywiadów, Renata Jasińska, Pani koleżanka ze studiów i z teatru, powiedziała, że: "We Wrocławskim Teatrze Współczesnym zostali ludzie, którzy nie byli związani z działalnością "Kultury Niezależnej" i "Solidarności" albo nie wiedzieli, albo udawali, że nie wiedzą. Wiedziała Elka Golińska. Ona też się w jakiś sposób angażowała". Na czym wobec tego polegał Pani udział w tej wolnościowej walce?

Solidaryzowałam się z tym, co się działo. Uczestniczyłam w walce, może nie w taki sposób, jak Renata Jasińska. Poza tym- nie wiem o jej działalności wszystkiego. Robiłam to, co czyniło wówczas wielu ludzi. Nie musieli przecież wszyscy wiedzieć, że roznosiłam ulotki, że docierałam z nimi do mniejszych podwrocławskich miejscowości. Brałam udział w demonstracjach ulicznych, śpiewałam w kościołach. Byłam przy Janie Pawle II w 1983 roku, wokół kordon SB-eków. A ja, na ołtarzu, mówiłam wiersz o wolnej ojczyźnie. Uważałam, że tak trzeba. Wynikało to z potrzeby serca. Ale tak robiło wielu! Gdy został ogłoszony stan wojenny, mój ojciec- górnik- siedział pod ziemią. Wraz z grupą kolegów demonstrował sprzeciw.

W latach 90. dyrektorką Wrocławskiego Teatru Współczesnego została Krystyna Meissner. Pełniła tę funkcję przez ponad dziesięć lat. To za jej sprawą scena przy Rzeźniczej wpisała się w życie kulturalne Wrocławia i zaczęła uchodzić za jedną z najbardziej interesujących w Polsce. Obecnie dyrektorem jest Marek Fiedor. Miała Pani możliwość przyglądać się pracy wielu dyrektorów, którzy przyczynili się do rozkwitu tego miejsca. Jaki teatr, według Pani, udało stworzyć się przez te sześćdziesiąt lat?

Dyrektor Fiedor zakłada inną wizję teatru od tej, którą proponowała pani Meissner. Jan Prochyra kreślił ją jeszcze inaczej. Wszystko zależy od dyrektorskiej wizji. Na wizerunek teatru mają wpływ nie tylko dyrektorzy, ale również reżyserzy odpowiedzialni za poziom realizowanych spektakli. A jedni i drudzy byli bardzo różni. Przy Rzeźniczej wystawiano spektakle piękne i wielkie. Wystarczy przywołać "Sztukmistrza z Lublina" w reż. Jana Szurmieja, w którym miałam szczęście grać Magdę. Były również przedstawienia średnie i kiepskie, ale o tych nie chciałabym mówić. Przyznam, że zdarzało mi się brać udział w realizacjach, których nie ceniłam. Pamiętajmy jednak, że opinia widza mogła być zupełnie inna. Spektakle powstają z myślą o nim i dlatego należy go słuchać. Jeśli polubi klimat teatru- wróci, jeśli nie zaakceptuje proponowanego poziomu- odejdzie. Przez te ponad trzydzieści lat, dane było mi przeżywać wzloty i upadki tego teatru. Były to również moje triumfy i klęski, ponieważ bardzo utożsamiam się z tym miejscem. Nigdy nie było i nie będzie mi obojętne.

W jakim spektaklu, wystawianym na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego, czuje się Pani najlepiej?

Bardzo lubię grać w "Zamku" w reż. Marka Fiedora. Daje mi to i ogromną przyjemność, i niebywałą satysfakcję. Na czym bardziej może zależeć aktorowi? I oczywiście "Chwilę"...

Szanuję Wrocławski Teatr Współczesny za odwagę. Ciężko w dzisiejszych czasach o sprawiedliwą, przez co gorzką, ocenę rzeczywistości, a w spektaklach Współczesnego jest ona zarysowana bardzo mocno. Aktorzy stanowczo wypowiadają się w imieniu nie tylko swoim, ale również widzów, są wykrzyknikami ich sumień, swoją prawdziwością i głoszoną prawdą doprowadzają publiczność do emocjonalnego rozhuśtania. Można tak publicznie, solidarnie i bezkarnie mówić o złej kondycji państwa i człowieka?

Od tego jest teatr! Trzeba mówić o rzeczach ważnych i prawdziwych, unikając przerostu formy nad treścią.

Nie przesadzę, jeśli powiem, że jest Pani ikoną Wrocławskiego Teatru Współczesnego...

Ikona i gwiazda to dziś pojęcia, których się stanowczo nadużywa. Dla mnie przestały mieć one znaczenie. Nie czuję się ani ikoną, ani gwiazdą.

Nie zmieniam zdania. Dla mnie, używającego tych pojęć bardzo rzadko, jest Pani ikoną Wrocławskiego Teatru Współczesnego. To z jednej strony powód do dumy, z drugiej- ogromna odpowiedzialność. Wiem, że widzowie przychodzą tutaj, by posłuchać, co Elżbieta Golińska ma im do przekazania. Musi być Pani na scenie mądra, wiarygodna, Pani obecność musi mieć sens. Czym kieruje się Pani, przyjmując rolę?

Nie mam możliwości wyboru ról. Propozycji jest bardzo mało. Jestem pracownikiem teatru i staram się solidnie wywiązywać z powierzonych mi obowiązków. Udaje się, jeśli pomyślnie układa się współpraca z reżyserem, kiedy rozumiem i akceptuję jego wizję. Jeśli jestem jej przeciwna, trudno mi się z nią identyfikować, a tym samym brać odpowiedzialność za jej realizację. A tak powinno być!

Aktorzy, którzy mówią, że odrzucają role sprzeczne z ich moralnością, kłamią?

Myślę, że nie. W stanie wojennym, i później również, odmawiałam udziału w produkcjach telewizyjnych, na przykład w "07 zgłoś się". Tutaj zacytuję mojego kolegę, który wiele lat temu powiedział mi: "Elu, mam jeden taki najsilniejszy głos w sobie. To jest głos mojego sumienia". I ja tak po prostu mam!

Monodram "Chwila", oparty na tekstach Wisławy Szymborskiej, to już Pani autorska koncepcja.

Mogę spokojnie powiedzieć, że za ten wieczór z Szymborską jestem odpowiedzialna w stu procentach, bo to mój wieczór! Dokonałam wyboru utworów, ułożyłam kolejność, mówię je, to ja spotykam się z publicznością, rozmawiam z nią.

Pomimo iż monodram wystawiany jest od jedenastu lat, wciąż cieszy się wśród publiczności ogromną popularnością. Skąd fascynacja poezją Szymborskiej?

Już w szkole podstawowej miałam szczęście uczyć się pod kierunkiem cudownej polonistki. W liceum spotkałam dwie kolejne wspaniałe osoby: panią Marię Sobolską- polonistkę i panią Jolantę Ajlikow- Czarnecką- artystkę, malarkę, która prowadziła teatr w moim liceum. To właśnie w liceum zetknęłam się z Szymborską, która była w nim bardzo mocno obecna. W moim życiu jest nadal. W 2002 roku wyszedł tomik "Chwila". W 2003 roku dostałam propozycję z Uniwersytetu Wrocławskiego, żeby zorganizować wieczorek literacki dla uczestników międzynarodowej konferencji językowej, która wówczas odbywała się we Wrocławiu. Czytałam wtedy akurat "Chwilę". Zaproponowałam monodram poetycki oparty o ten i inne teksty Szymborskiej. Pomysł spotkał się z aprobatą. To był jeden z najpiękniejszych moich aktorskich wieczorów. Pojawił się na nim tłum! Później zastanawiałam się, czy taka forma przyjęłaby się w teatrze...Spróbowałam. Do dziś "Chwila" w moim wykonaniu cieszy się zainteresowaniem publiczności.

Po każdej "Chwili" Wisławy Szymborskiej, następuje "Chwila" Elżbiety Golińskiej- dla chętnych widzów. Co dają Pani te żywe dyskusje z publicznością?

Są one dla mnie ważne tak, jak ważny jest cały wieczór! Dla siebie i dla publiczności wciąż na nowo odkrywam wiersze i piękny język Wisławy Szymborskiej. To jest moja „Chwila". To jest również "Chwila" widzów, którzy przychodzą. Jedni pojawiają się, by sprawdzić, czy poezja jest dla nich. Drudzy już tę świadomość posiadają. To są niezwykłe spotkania! Kiedyś pan profesor fizyki wstał i powiedział, w podziękowaniu dla mnie, wiersz Słowackiego. Spektakl się gra, opuszcza scenę i idzie się do domu. Nie ma okazji, by porozmawiać z widzem. Tutaj ona jest! Można dowiedzieć się, o czym on myśli i dlaczego do teatru przychodzi...

Stworzyła Pani, wraz z Markiem Tyburem, teatr więzienny. Od 2009 roku prowadzą Państwo, na terenie wrocławskiego Zakładu Karnego nr 1 przy ul. Kleczkowskiej, zajęcia terapeutyczno-artystyczne. Teatr w więzieniu- brzmi bardzo szlachetnie i interesująco. A jak jest?

Jest interesująco. Czasem jest ciężko, czasem śmiesznie. Ta praca jest dla nas bardzo ważna. Dokładnie pięć lat temu, czyli 26 maja, weszliśmy do więzienia na pierwsze zajęcia.

Skąd pomysł na taki teatr?

Ja tego pomysłu nie szukałam. Nigdy bym go sobie również nie wymyśliła. Dostałam propozycję od pani Beaty Grabińskiej, dyrektorki działu penitencjarnego. Chodziło jej o terapię poprzez teatr. Przeraził mnie ten pomysł. Nie wyobrażałam sobie w ogóle wejścia do tego miejsca, a co dopiero pracy w nim. Powiedziałam Markowi o tej propozycji. Wiedziałam, że jeśli podejmę się tego zadania, to tylko z nim. Jak już wspomniałam, 26 maja 2009 roku odbyły się pierwsze zajęcia i trwają do dziś. Ta praca daje ogromną satysfakcję. Wierzę, że może ona komuś pomóc. Nie jestem maniakalną optymistką i wiem, że nie da się uzdrowić wszystkich. Bardzo się jednak staramy pokazać tym ludziom inny świat.

Pracuje Pani z kobietami. Jakie one mają oczekiwania?

Zdarza się, że nigdy nie były w teatrze. Może kiedyś brały udział w jakimś szkolnym przedstawieniu. Dziś zaproponowana przez nas forma żyje w ich świadomości. Wiedzą, że jest teatr, chcą, żeby był. Myślę, że często nie wiedzą, czego mogą oczekiwać, bo stykają się z materią, której nie znają. Teksty stworzone przez nie, dotyczące ich marzeń, win i krzywd stały się tematami spektakli, które graliśmy, zanim doszliśmy do Szymborskiej, a później Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. To niełatwe dla nich zwierzenia. To czasami ukrywanie się. Bo łatwiej siebie ukryć niż pokazać. Kiedy zaufają i poczują się bezpieczne, odkrywają się. Wykonują ciężką pracę. Nie są do niej przyzwyczajone. Odbywamy mnóstwo prób. Niektóre dziewczyny mocno się angażują, inne rezygnują. Gdy przychodzi publiczność, mają możliwość otrzymania zapłaty w postaci braw, komplementów, łez. Pani dyrektor Meissner, po jednym spektaklu, zapytała mnie, skąd wzięłam taką aktorkę? Zwróciła również uwagę na rangę artystyczną przedstawienia, choć nie taki jest jego cel. Bogusław Kierc, po premierze "Ogrodu" wg M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, powiedział do nich: „Nie znałem takiej Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej. Dziękuję. Ja ją dzisiaj pierwszy raz taką usłyszałem". Ja znałam, ale nie miałam na nią wcześniej pomysłu. W końcu się urodził i dojrzał. Dziewczyny to kupiły, a nawet się z tą poezją utożsamiły. Prawdą jest, że nie mogę być tam tylko panią od teatru. Zdarza się, że występuję w roli psychologa...

Gdy dziewczyny wychodzą na wolność, zespół aktorski zmienia się. Pomimo rotacji, teatr "Protezownia" ma na swoim koncie piętnaście premier. Jak udaje się Pani skoordynować pracę tak ruchomej grupy?

Udaje się, choć sama nie wiem jak. Tu jest areszt śledczy. Dziewczyny przebywają w nim czasowo. Kiedy zaczynałam spektakl w zeszłym roku, miałam w grupie dwanaście kobiet, a skończyłam z siedmioma. Premierę zagrałam z sześcioma. I było pięknie! To nawet nie jest kwestia tego, że one wychodzą na wolność, ale jadą na przykład do innego zakładu karnego. Tutaj są przez chwilę. Kilka dziewcząt uczy się jednocześnie tych samych tekstów, aby w razie czego można było zrobić zastępstwo.

W kwietniu prowadzony przez Panią teatr więzienny uczestniczył w I Ogólnopolskim Konkursie Więziennej Twórczości Teatralnej, który odbywał się w Poznaniu. "Protezownia" otrzymała wyróżnienie za stworzenie poetyckiego klimatu przy pomocy kunsztu aktorskiego oraz oprawę sceniczną. Jak nagroda wpłynęła na grupę, którą się Pani tak profesjonalnie opiekuje?

Napisały mi o swoich przeżyciach w związku z tą wycieczką. Ten wyjazd bardzo je wzmocnił, przekonał do istoty teatru. W Poznaniu poczuły się naprawdę wolne i co najważniejsze- doceniły tę wolność, przemyślały swoje życie. Dostały skrzydeł! Zapragnęły wyjść jak najszybciej z więzienia. Chcą zasłużyć na przedterminowe wyjście. W Poznaniu odbywał się przegląd. Ale moje dziewczyny również i w poprzednich latach występowały na zewnątrz, poza więzieniem. Myślę tu o Wrocławskiej Kampanii Przeciwdziałania Przemocy. Miały już okazję pokazać swoje spektakle. Często po raz pierwszy dostały kwiaty, usłyszały, że są dobre, że są coś warte. To są ich słowa: „Jestem coś warta, więc może nie wszystko stracone. Więc może uda mi się w życiu, skoro udało mi się tutaj, zasłużyć na oklaski, a nawet na brawa na stojąco". Teatr daje im siłę do walki.

Poza aktorstwem, zajmuje się Pani również dubbingiem. Niewiele osób wie, że podkładała Pani głos bohaterce głośnych "Włatców móch", nauczycielce- pani Frał. Jak w pamięci zapisała się ta dubbingowa przygoda?

To była dla mnie niezwykła przygoda. Zaskakujące, jak ta nauczycielka zaczęła żyć w świadomości widza. To coś nieprawdopodobnego. Nie spodziewałam się takiego efektu. Dostałam wiele listów od fanów tejże pani Frał. Widzowie szukali w internecie zdjęć, żeby przekonać się, jak wyglądam. Jakiś chłopak z Wilna napisał do mnie, że taką samą nauczycielkę miał w szkole...To niesamowite. Poznałam świetny zespół realizatorów, na czele z Bartkiem Kędzierskim, wspaniałych kolegów aktorów, rysowników, animatorów. Uważam "Włatców móch" za sukces. Traktuję tę realizację jako niezwykłe doświadczenie.

Elżbieta Golińska - aktorka we Wrocławskim Teatrze Współczesnym im. E. Wiercińskiego

Grzegorz Ćwiertniewicz
Dziennik Teatralny Wrocław
20 czerwca 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia