Od tragedii do śmieszności jeden krok

"Otello" - reż. Paweł Szkotak - Teatr Polski w Poznaniu

Paweł Szkotak po raz kolejny sięgnął po Szekspira w Teatrze Polskim w Poznaniu. Tym razem wziął na warsztat "Otella", tragedię bardziej kameralną i intymną, bo konstruującą przebieg wydarzeń wokół napięć emocjonalnych powstających w relacjach Otella z Jagonem, oraz na drugim planie Otella z Desdemoną.

Reakcje krytyków na poznański spektakl są dość zróżnicowane, od entuzjazmu po absolutny brak aplauzu, co nie znaczy, że inscenizacja Szkotaka nie jest godna odnotowania. Zasługuje na to choćby rola Jagona zagrana przez Michała Kaletę.

Kłopot z poznańskim "Otellem" pojawia się już jednak na poziomie samej scenografii, która nie sprzyja w budowaniu napięć wplątanych w przestrzeń wzajemnych przeciwieństw dramatycznych i moralnych osądów. Agnieszka Zawadowska idzie wbrew "klasycystycznie" pojmowanej całości, co nie pomaga w rozwiązywaniu struktury epizodów komponowanych dla sceny elżbietańskiej. Pomimo dążenia do osiągnięcia efektu przestrzennej głębi, również w sposobie używania efektów świetlnych i dźwiękowych, próba uzyskania wielofunkcyjnej różnorodności scenicznego terytorium, jako bazy wojskowej gdzieś na Bliskim Wschodzie, nie powiodła się. Nieprzystawalność rzeczywistości wykreowanej na scenie do tekstu razi szczególnie w scenach Otella z Desdemoną. Pokazanie intymnej relacji między postaciami nie jest łatwe. Piotr Borowski i Barbara Prokopowicz nie zaistnieli ani jako namiętni kochankowie, ani jako ludzie, związani taką siłą więzi, która zaprowadzi ich do tragicznego finału. Również poufałość między Otellem a Jagonem nie rozwija się, bo nie przekształca się w alians tyleż budzący grozę, co paradoksalny, między zniewalającym a zniewolonym. Z tego też powodu na scenie oglądamy bardziej sensacyjną i koszarową, niż smutną opowieść, do tego inkrustowaną orientalną ornamentyką wydłużającą spektakl ponad miarę. Ta nie znajdująca wytłumaczenia skłonność reżysera do poszukiwania inscenizacyjnych efektów, zabija niestety poezję, która u autora "Hamleta" powołuje do życia ludzkie namiętności i dopełnia tragedię postaci. Cierpi na tym konstrukcja przedstawienia, która nie może utrzymać równowagi, przytłoczona nadmiarem nie zawsze uzasadnionych pomysłów. Najciekawiej, najlepiej, najsugestywniej oraz najsubtelniej zagraną postacią jest Jago i w zasadzie tylko rola Michała Kalety broni się koncepcyjnie w całym przedstawieniu. Kaleta równie wiarygodnie eksponuje lojalność, co hipokryzję, czyniąc ze swego bohatera postać nie tylko tragiczną, ale i głęboko nieszczęśliwą. Widać to zarówno w jego próbach nawiązania bliskiego kontaktu z Otellem, jak w dążeniach do okiełznania swoich frustracji i obsesji konstruowania własnego systematyzowania wydarzeń. Ciekawie wybrzmiewają zwłaszcza monologi, w których zabarwienie triumfu staje się bardziej pastelowe i wyciszone, choć wciąż wynikające z wewnętrznego splątania. Inaczej jest z Desdemoną w interpretacji Barbary Prokopowicz, która tworzy postać pozbawioną wyrazu, mdłą i nijaką, nieprzekonywającą zarówno w scenach eksponujących niewinność zakochanej dziewczyny, jak i w tych, które pokazują kobietę potrafiącą radzić sobie w surowym świecie męskiej wojny i walczyć o siebie. Zupełnie nieporadny w roli tytułowej jest grający w Poznaniu gościnnie Piotr Borowski. Pozbawiony indywidualności aktor, najpewniej zaangażowany ze względu na swoją egzotyczną urodę, nie potrafił stworzyć bohatera tragicznego, ukazać rozpadu osobowości i pogłębić postaci na tyle, by w poszukiwaniu środków wyrazu do sportretowania postępującego upadku wewnętrznego uniknąć śmieszności. Tak samo gniew, jak i rozpacz bohatera mają tutaj wymiar czysto zewnętrzny i nie są w stanie niczym zaciekawić. W rezultacie reżyserska koncepcja Szkotaka, idąca w kierunku skonfrontowania dwóch cywilizacji, a także przesunięcie czasu akcji, nie znalazły odzwierciedlenia ani w konsekwentnie poprowadzonych postaciach (obok Kalety, broni się jeszcze Emilia Barbary Krasińskiej), ani w adaptacji tekstu. Poznańska inscenizacja ograniczyła się do schematów i stereotypów mocno już zgranych, do tego momentami nie do końca logicznych i mimo wszystko pozbawionych mającej sens perspektywy. Okazuje się, że "tragedia zazdrości" Szekspira, będąca dramatem wielkich i niszczących namiętności, nie tak łatwo przekłada się na czasy nam współczesne i współczesną wrażliwość. U Szkotaka napięcia tworzą same wydarzenia, a nie, jak to było choćby u Nekrosiusa, dynamika wysublimowanych obrazów duszy. W efekcie zarówno w warstwie znaczeniowej, jak i estetycznej, powstał spektakl pozbawiony teatralnej magii i hipnotyzującej siły. Bez piekła, bez ludzkich namiętności i uzurpacji. Bez miłości.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
30 lipca 2013

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

5. Międzynarodowy Fest...
Adolf Weltschek
W tegorocznym programie znalazło się ...