Oddajcie nam las!

Siedmiu krasnoludków" - reż. Michał Derlatka - Miejski Teatr "Miniatura" w Gdańsku

Las jest nasz. Wie to każde dziecko, któremu dano się w lesie wyszaleć. Wie to również każdy krasnoludek. W najnowszym spektaklu Miejskiego Teatru Miniatura to właśnie las i mieszkające w nim krasnoludki są najważniejsze.

Autorka scenariusza, Agnieszka Kochanowska, stworzyła oryginalny tekst, opierając się na motywach baśni braci Grimm. Scenariusz jest dość pomysłową reinterpretacją znanej baśni o królewnie Śnieżce, w którym, zgodnie z aktualnym trendem opowiadania baśni na nowo, bajarka wprowadza unowocześnienia i stara się opowiedzieć swoją historię tak, by jak najpełniej przemówić do współczesnego odbiorcy. "Siedmiu krasnoludków" to opowieść przede wszystkim o grupie małych wzrostem, ale silnych duchem, istotek zamieszkujących królewski las, u braci Grimm pełniących rolę bohaterów drugiego planu. Tutaj zdecydowanie są postaciami pierwszoplanowymi, czego nie można powiedzieć o Królewnie, której obecność nabiera znaczenia w miarę rozwoju fabuły. Już tytuł "Siedmiu krasnoludków" przywołuje takie skojarzenia, jak "Siedmiu samurajów" czy "Siedmiu wspaniałych". Chyba nie do końca przypadkowo, tam bowiem siódemka nieugiętych, zindywidualizowanych bohaterów broniła bezsilnych wieśniaków przed zagrożeniem, tu siedmiu "małych wspaniałych" ratuje przed zagładą swój las.

Agnieszce Kochanowskiej oraz reżyserowi Michałowi Derlatce zależało przede wszystkim na pokazaniu, jak ważna jest współpraca w grupie, a także to, że największą siłę ma zróżnicowana grupa, taka, w której szanuje się i docenia indywidualność i odmienność osobowości i talentów. Minimalny, sugerowany wiek widza to pięć lat, na pochwałę więc zasługuje fakt, iż twórcy potraktowali młodych widzów poważnie, pozwalając im poczuć takie wspólnotowe emocje, pokazując przy tym, że nawet krasnoludek chojrak, "sam, najsamniejszy sam", dobrze zrobił dając się namówić do działania w grupie. Roman, grany przez Andrzeja Żaka, bo o nim tu mowa, od pierwszej sceny przechodzi stopniowo zdecydowaną przemianę, i ta właśnie postać, choć już nie sama, najsamniejsza, bo w grupie, jest naj, najjaśniejszą gwiazdą przedstawienia. Postać grana przez Żaka przyciąga uwagę jako najbardziej krasnoludkowo ubrany krasnoludek, jako ten, który pierwszy dowiedział się o niebezpieczeństwie grożącym lasowi, oraz jako ten, który ma dobre pomysły i największą odwagę. To postać zagrana wyraźnie, czytelnie, każde wypowiedziane przez nią słowo jest w pełni zrozumiałe.

Zresztą nie ma tu "słabych" krasnoludków, każdy z tej siedmioosobowej ekipy ma własny charakter. Scenograf Michał Dracz podkreślił tę pochwałę różnorodności ciekawymi, nieszablonowymi kostiumami, skomponowanymi z tego, co, niestety, z łatwością znaleźć można dzisiaj w lesie. Niezdolny do milczenia Misiek, któremu za strój służyła rękawiczka, rzeczywiście okazał się w krasnoludkowym planie "pomocną dłonią" i niemal prawą ręką Romana. Podobnym poświeceniem wykazał się grający go Wojciech Stachura, aktywnie biorący udział w spektaklu pomimo złamanej nogi. Jacek Gierczak przekonująco pokazał się jako Wiesiek, ubrany w puszkę po konserwie "głos rozsądku", pełen kojącego ciepła. W przemyślnym planie nie mogło zabraknąć specjalisty od technologii i gadżetów, eksperta podobnego do Q z cyklu o Jamesie Bondzie. W rolę Zdziśka, tego właśnie speca, z całą powagą wręczającego niezbędny do misji sprzęt, wcielił się Jakub Zalewski, strojem nieco przypominający bohaterów innej krasnoludkowej historii,"Kingsajzu" J. Machulskiego. Pozostała trójka o równie swojskich imionach, Czesiek, Jasiek i Stasiek, zagrana została na nutę bardziej komediową, ale i tu aktorzy, Agnieszka Grzegorzewska, Jakub Ehrlich i Piotr Kłudka, zadbali o nadanie postaciom odrębnych rysów charakteru.

Krasnoludki, tylko teoretycznie małe, jak przystało na bohaterów tytułowych, zdominowały spektakl także od strony wizualnej. Nie tylko stanowiły jego najbarwniejszą materię, ale nawet występowały w trzech postaciach, różniących się formą i rozmiarami: jako tradycyjne kukły, jako tamareski (żywa twarz aktora, uzupełniona o animowane ciało lalki) i jako aktorzy w kostiumach. Barwne, wręcz wymyślne kostiumy, kontrastowały z oszczędną, nadmiernie chyba minimalistyczną scenografią. Jej koncepcja na poziomie estetycznym mogła imponować spójnością i niebanalnością ręcznie rysowanych dekoracji, zabrakło jednak tak istotnej dla baśni baśniowości, odrobiny magii. Las, naturalne środowisko krasnoludków i tło dla nich, pojawia się głównie pod postacią biało-czarnych plansz i schematycznie naszkicowanych drzewek. Krasnoludki więc, zmagając się z groźbą zabetonowania go, walczą w istocie o las, którego nie ma, a widz, także ten pięcioletni, zmuszony jest wyobrazić go sobie. Mało przekonująca była też w tych sekwencjach muzyka i odgłosy lasu, dobitnie podkreślające umowność przyjętej konwencji. Z tej samej przyczyny słabo wybrzmiał wątek ekologiczny: przecież śmieciowe stroje krasnoludków to przypuszczalnie wynik bałaganu w lesie, dlatego tak dobrze maskują bohaterów. Tyle że na scenie oglądamy las tak sterylnie czysty, że tę sterylność burzą jedynie właśnie krasnoludkowe kostiumy. Za bardzo zawierzono dziecięcej wyobraźni.

Można też zastanawiać się nad celowością wprowadzenia przez scenografa trzeciego planu, w którym pojawiały się tradycyjne kukiełki. Były one po prostu zbyt małe, za słabo widoczne i przez to trudno rozpoznawalne. Walec, który się tam pojawił, by stworzyć zagrożenie zabetonowania lasu, był dostosowany do skali krasnoludków, nie do ludzi, przez co był zbyt mały, by wbudzić strach.

Znacznie lepiej pod tym względem wypadły epizody rozgrywające się w pałacu królewskim i w klinice naprawiania królewien, w dużej mierze za sprawą lalek planszetowych, sprawnie animowanych wielkich, dwuwymiarowych głów i innych części ciała, rodem z komiksów i rysunków karykaturzystów. Tego rodzaju formy świetnie sprawdziły się też przy spotkaniu krasnoludków z ogromną z ich perspektywy królewną (pojawienie się jej gigantycznej nogi mogło się skojarzyć z pamiętną czołówką Latającego Cyrku Monty Pythona). I temu efektowi zaszkodziły nie do końca przemyślane efekty dźwiękowe. Zbliżaniu się Królewny (w tej roli Magdalena Żulińska) towarzyszył równomierny odgłos kroków, tak jednak donośny, jakby las już został zabetonowany. Takie ja miałam skojarzenia, wyobraźnia jednak podąża różnymi drogami. Jeden z małych widzów zapytał w tym samym momencie: "Mamo, kto tak strzela?".

W odróżnieniu od leśnych bohaterów, dwór królewski "zaludniały" osoby dwupostaciowe, występujące jako animowane lalki planszetowe (monidła) oraz żywi aktorzy. W tym gronie wyróżniała się Edyta Janusz-Ehrlich, grająca Paola, zausznika Królowej, a zarazem jej stylistę i doradcę do spraw wizerunku. Aktorkaokazała się być po włosku żywiołowa i rozśpiewana. Sama Królowa (Jadwiga Sankowska) odeszła od stereotypu macochy, zazdroszczącej pasierbicy jej urody. W tej bajce była matką, toksycznie rozkochaną w swej córce, bezwzględnie pragnącą zmienić ją, za pośrednictwem zabiegów klinicznych, w piękność, zasługującą na tytuł Miss Bajki. W tych zabiegach, podobnie jak w pragnieniu "zagospodarowania" lasu, ślepo i nieświadomie poddawała się presji i magii złowrogich mediów, uosobionych przez Lustro, demoniczną postać w czerni (Wioleta Karpowicz).

O stronę muzyczną spektaklu zadbała Sówka Sowińska, djka i trójmiejska animatorka kultury, także projektantka przestrzeni dźwiękowych do przedstawień teatralnych, współpracująca wcześniej z Michałem Derlatką w Teatrze Off the Bicz i Teatrze Wybrzeże, a w Gdyni znana ze współpracy z Teatrem Gdynia Główna. W "Siedmiu krasnoludkach" wsparli ją muzycy gorzowskiej formacji Żółte Kalendarze, Wojciech Brożek i Maurycy Kiebzak-Górski. Głównym motywem muzycznym stało się nieśmiertelne "Hej ho, hej ho, do pracy by się szło", klasyk Franka Churchilla z disneyowskiej ekranizacji baśni o Królewnie Śnieżce. Motyw ten zabrzmiał szczególnie dobrze, podany w wersji romantycznej, w chwili, gdy Roman dostrzegł w Królewnie miłą i mądrą pannę, ona zaś w nim przystojnego i całkiem fajnego kawalera.

Jeden z morałów tej bajki głosił bowiem, że dobrze jest działać w siódemkę, ale jeszcze lepiej w ośmioro, mając za sojuszniczkę "taką wielką" Królewnę. Dopiero ta współpraca umożliwiła przerwanie czarów diabolicznego Lustra, które otumaniło Królową, a Króla zamieniło w małego krasnoludka. Zabawne i absurdalne? Owszem, bo taka właśnie miała być i jest ta opowieść według Agnieszki Kochanowskiej i Michała Derlatki. Nie tyle baśń, zdolna przestraszyć nawet dziecko, co komediowa, aluzyjna i dydaktyczna bajka z morałem, dla dzieci i rodziców. Warte pochwalenia są wysiłki teatru, aby była widoczna oprawa okołospektaklowa. W dniu premiery przed Miniaturą odbyła się dziecięca pikieta. Główny postulat: las jest nasz!

Małgorzata Bierejszyk
Gazeta Świętojańska
23 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia